Strona 1 z 33

: 06 lipca 2018, 18:05
autor: Keth
[center]KREW TWA BŁOGOSŁAWIONA[/center]

Montpellier, czerwiec 2595

Promienie słonecznego światła przebijały listowie gęstej roślinności w delcie Rhone na podobieństwo złocistych oszczepów, migotały w pomarszczonej toni płynącej leniwie wody. Niczym klejnot ułożony na zielonym kobiercu mangrowców, białe Montpellier pyszniło się śnieżną barwą swoich wysokich obronnych murów. Czerwone płaszcze patrolujących wały Sangów przypominały z oddali krople rozpryśniętej po pasie bieli krwi, tak symbolicznie ważnej dla zamieszkujących wielkie miasto Franków. Strzeliste dachy pałacu neolibijskiego konsula wznosiły się wysoko w pogodne letnie niebo, widziane z pokładów setek pracujących na odnogach delty rybackich łodzi.

Montpellier - klejnot czystej frankańskiej krwi strzeżony pieczołowicie przez afrykańskich protektorów miasta. Kolebka odradzającej się potęgi dawnego dumnego kraju. Siedziba wykształconych i układających dalekosiężne plany ludzi o wielkich ambicjach. Nadzieja na odzyskanie utraconej bezpowrotnie chwały i wpływów mogących zadecydować o losach całej Europy.

Montpellier - gniazdo mrocznych intryg i skrytobójstw, bezwzględnej walki o przychylność starej arystokracji, wyrachowania, zimnego okrucieństwa i gotowości do poświęcenia wszystkiego w imię dobra własnego rodu.

Dwie strony tej samej monety, jakże obojętne dla prostych ludzi mozolących się w pocie czoła na łodziach do połowu ryb i małży, w portowych magazynach, w fabrykach i warsztatach, przy krosnach, hydraulicznych prasach i tartacznych piłach. Dla maluczkich, pełnych szacunku wobec błękitnokrwistej szlachty, oczarowanych egzotyką neolibijskich rezydentów i głęboko wdzięcznych wielkim tego świata za ochronę przed potwornościami Wynaturzonych, ważny był każdy przeżyty w sytości i spokoju dzień.

Montpellier czuwało nad nimi niczym troskliwy rodziciel, chroniąc przed zakusami feromanserów, zapewniając rynek zbytu na plony i pozwalając snuć pełne optymizmu plany na przyszłość.

Tajemnice innych planów, układanych w sekretnych pokojach narad, za zamkniętymi oknami albo w głębokich kazamatach rodowych rezydencji, miały na zawsze pozostawać tajemnicą dla tych, którzy swą ciężką pracą utrzymywali błękitnokrwistych suzerenów.

: 07 lipca 2018, 01:55
autor: Suriel
Montepllier, kilka tygodni wcześniej

Jak mógł mu to zrobić. Jego własny ojciec, swojemu pierworodnemu synowi. Abdel siedział przy swoim biurku, a w właściwie zwisał z niego psychicznie przygnieciony tragedią jaka go spotkała. Rozpięta biała koszula z najlepszego zamorskiego jedwabiu unosiła się miarowo, kiedy nie wiadomo po raz który analizował ogrom nieszczęścia jaki spadł na jego barki. Przez chwilę miał ochotę rzucić się na kryte baldachimem łoże i płakać. Ale czyż nie to właśnie robił przez cały dzisiejszy poranek? Aż do południa, bowiem wówczas wypłakał już chyba wszystkie łzy.

Abdel popatrzył na swe odbicie w lustrze. W zmęczone, lekko podkrążone oczy na które wprawnym ruchem pędzelka kończył kłaść pudrowy tuszujący podkład.

- Mój boże, jak to wszystko zniszczyło mi cerę. - Kolorowa kredka zatrzymała się w pół ruchu. Zbliżył twarz do zdobionego lustra oglądając dokładnie niezauważalne dla każdego niewprawnego oka straty. Chwilę to trwało, nim doprowadził swój urok osobisty do zadowalającej go jakości. Kilka psiknięć perfum i już zarzucał długi zdobiony płaszcz. Podszyte szkarłatnym płótnem, oficjalne odzienie rodu Sanguine idealnie dopasowało się do smukłej sylwetki młodzieńca. Poprawił lekko pofalowane, długie blond włosy i postawił kołnierz. Nie chciał by ludzie z ulicy ciekawsko patrzyli w jego szlachetne oblicze, piękno nie było tego dnia dla byle plebsu.

Ze zdobionej kozetki zabrał jeszcze dwa zalakowane listy. Każdy z nich włożył w osobną kieszeń. Obrócił się w drzwiach starając zachować w pamięci obraz tego pomieszczenia takim jakie je kochał ale nie było mu to dane. Niegdyś urządzone z przepychem, obecnie niemal ograbione ze wszystkich pięknych przedmiotów jakie zgromadził. Część ostatnio sam sprzedał, by w cyklu niekończących się zabaw zapomnieć o dramacie jaki go spotkał. Część została zniszczona podczas owych upojnych orgii, przesączonych muzyką i dymem z zakazanych źródeł. Resztę rozebrali mu dłużnicy, którzy postanowili ostatnio ze zdwojoną siłą odzyskać pieniądze, jakie był im winien, czyli właściwie wszystko co oprócz nazwiska posiadał. Zbiegli się do niego nagle wszyscy jak zlatują się na raz sępy. Nic dziwnego. Każdy kto miał czułe uszy w mieście już wiedział, że jego wysoko postawiony ojciec uruchomił maszynę biurokratyczną, która właśnie wypychała go poza mury miasta. Z daleka od wystawnego życia jakie do tej pory prowadził w Montepllier. W odległą i niebezpieczną podróż, która z dużą pewnością zakończy się jego zgonem. Czuł podskórnie, że jego kości miały zbieleć gdzieś pośród zapomnianych przez bogów bezdroży przeklętego Purgare.
I to właśnie było przyczyną jego wielkiego dramatu.

Szedł ulicą, nie zwracając uwagi na schodzących mu z drogi przechodniów. Karmazynowy pałasz rodu i sztywna sylwetka to wszystko co dostał od ojca. No i garść drobnych, które ledwo starczyły mu na raptem kilka miesięcy wystawnego życia.

Stary sknera. Bodaj by sczezł na jaką przywleczoną z za murów sepsę. Odziedziczyłbym wtedy dość dóbr by nie martwić się o topnienie środków, aż do końca świata.

Pomyślał, lecz zaraz się skorygował w myślach.

Jak mogę tak myśleć o własnym ojcu. Przecież, gdyby ten pomarszczony wór zachorował, mógłby niechcący zarazić również i mnie.

Poczuł obrzydzenie. Myśl o chorobie na jego doskonale wypielęgnowanym ciele wzdrygnęła nim dogłębnie.

Święta krwi, którą nosze w sobie...

Rozpoczął w myślach modlitwę do królewskiej krwi jaką miał w sobie, nie wierzył bowiem w nic innego. Myślenie o wzniosłości tego co płynęło w jego żyłach często go uspokajała. Pomagało zebrać myśli. Skoncentrować się na nowo. Wspiął się szybko po marmurowych schodach mijając dwóch Sangów*, strzegących wejścia do siedziby rodu. Wewnątrz starej gotyckiej katedry przerobionej na siedzibę i pałac rodu zawsze czuł się nieco dziwnie.

[center]Obrazek[/center]

W półmroku świętego miejsca nie czekał długo, aż młody Baisse** przyprowadzi kogoś wyższego stopniem. Nie liczył, że uda mu się dostać do głowy rodu by bezpośrednio na jego ręce złożyć petycję. Sam jeszcze zresztą nie wiedział który list przekaże. Były sprzeczne.
W prawej kieszeni było zrzeczenie się klanu. Wolność, jak kto woli. Jednak wolność okupiona wydziedziczeniem, nędzą i kto wie może czymś jeszcze gorszym. W lewej zaś lista rzeczy niezbędnych do wyprawy. Wyprawy która jak czuł miała stać się jego wyrokiem i grobem.

Dlaczego. Dlaczego mnie właśnie wysyła, a nie tą jego ukochaną sukę. Moja siostra jest wprost stworzona po to by gnić w błocie. Nie JA. Przecież wie, że nie jestem kimś do takich niebezpiecznych zadań za murami, czemu więc nie pośle tej pizdy. Wredny stary pryk.

Kroki. Stanął przed Vertebre***. Głębokie oczy starego zmierzyły go bacznie. W półmroku zdawało się, że jego oczodoły wypełnia ciemność nie oczy, ale były tam. Czujne i ostre jak sztylety.

Garnitur białych zębów Abdela błysnął na powitanie, nie było tam nawet śladu gniewu, który nadal brzęczał w jego duszy niczym drżąca stal. Wszystko doskonale skryte pod maską etykiety.

- Ekscelencjo... - jednym wyuczonym ruchem bezbłędnie wykonał dworski gest szacunku - ...oto lista skromnych potrzeb niezbędnych do wyprawy aby godnie reprezentować nasz szlachetny ród. Mam nadzieję, iż nie okaże się nazbyt licha w oczach naszego czcigodnego Ventricule****. - powiedział uprzejmym aksamitnym głosem. - I by nie zabierać więcej niż potrzeba, twego jakże cennego czasu, pozwól, że się oddalę w tej chwili. Niech krew naszych przodków rośnie w tobie i twej rodzinie z siłą, mój panie.

Skłonił się i obrócił na pięcie. Nie chciał być świadkiem złamania pieczęci i gniewu Vertebre. Lista była bowiem długa.

Przecież, nie pozwolili by mi odejść z klanu. Zdrajców się nie zostawia samych sobie. Zdrajców się usuwa. Niezwłocznie. Nie zamierzam dawać im takowej satysfakcji.

Rozmyślał zbiegając po schodach.

A więc, zostało mi zaledwie kilka dni normalnego życia przed wygnaniem. Pora tedy zażyć prawdziwego życia raz jeszcze, pókim jeszcze żywy i póki jeszcze w trzosie coś zostało. Zatem... Oto nadchodzę nierządnice i kurtyzany, muzykanci i wy zdradzieccy przyjaciele, którzy mnie opuściliście. Za ostatni grosz i na mój koszt, kupcza miłość i zabawa wszelaka byście mnie zapamiętali...niech zawiruje raz jeszcze świat!

Podkład: Tainted Love

[center]Obrazek[/center]

https://ak4.picdn.net/shutterstock/vide ... -part.webm

* żołnierz klanu
** najniższy rangą członek klanu
*** dyplomata i doradca rodu
**** głowa klanu
Spoiler!
Obrazek

: 07 lipca 2018, 16:32
autor: Kargan
Siedziba rodu Sanguine, Montpellier

Płomyki świec migotały w półmroku rozległego pomieszczenia. Angeline Léa Sanguine znała wnętrze sali audiencyjnej dostatecznie dobrze, by nie potrzebować ich słabego światła, ale świadoma piękna słonecznego dnia po drugiej stronie grubych okiennych kotar, zżymała się w duchu na jedno z wielu dziwactw swego ojca.

- Usiądź przy mnie - polecił oschłym tonem Ventricule, kiedy szeleszcząca suknią kobieta ukłoniła się dwornie przed jego tronem - I podaj mi wino.

Angeline Léa ucałowała zdobiący rękę ojca sygnet, usiadła na wskazanym miejscu i sięgnęła po ustawioną na trójnogu srebrną paterę z kryształowymi karafkami.

- Nie sądzę, abyś przywołał mnie tutaj spragniony trunku, ojcze - powiedziała podając Emmanuelowi napełnioną karafkę - Widziałam na dole posłańca Piquetów. Coś się stało?

- Otrzymałem korespondencję od cereau - odrzekł Ventricule i szlachcianka zastygła natychmiast w bezruchu, nadstawiając bacznie uszu - Wyraziła zgodę na zmieszanie krwi, aczkolwiek pod pewnymi warunkami. Abdel musi dowieść swej wartości dla całego klanu, dla Montpellier. To dlatego wysyłam go do Bergamo. Zawiąże dla nas sojusz z Białym Wilkiem, obłaskawi Purgaryjczyków i otworzy ich rynki na nasze towary. W nagrodę będziemy mogli związać go małżeństwem.

- Kim jest szczęśliwa wybranka, ojcze? - pożerana ciekawością Angeline Léa przechyliła się do przodu w krześle, próbując wyłowić w półmroku wzrokiem ostre rysy twarzy Emmanuela - Czy już dokonaliście wyboru?

- Tak - odparł patriarcha - Maria Antonina Picard. To dobra partia.

W ciemnej sali przez krótką chwilę panowała pełna zdumienia cisza, przerwana w końcu niepohamowanym perlistym śmiechem młodej kobiety, zupełnie nie pasującym swą radosną nutą do posępnej atmosfery pomieszczenia.

- Maria Picard? Ojcze, ona jest po czterdziestce! Urodziła swemu zmarłemu mężowi pięcioro dzieci! I waży tyle, co dwóch twoich kucharzy razem wziętych! Powiedz proszę, że to żart.

- Nie podoba mi się drwina w twoim głosie- odparł nieprzyjemnym tonem Ventricule - Cereau dokonała słusznego wyboru. Maria Picard jest wciąż płodna i może rodzić dalsze dzieci, potwierdziły to badania przeprowadzone na życzenie dworu przez specjalistów Szpitalników. Co więcej, ma dość doświadczenia w porodach, by nie groziły jej żadne poważne komplikacje. A jeśli o jej wygląd idzie, nie dbam o to. Wygląd zewnętrzny nie przesądza o czystości krwi.

- Ty może nie dbasz, ojcze, ale mój brat może mieć odmienne zdanie - Angeline Léa podjęła rozmowę poważnym i wyzbytym emocji tonem, nie chcąc dłużej drażnić surowego rodzica - Nie wiem jak przyjmie te wieści...

- Na razie nie przyjmie - przerwał jej Emmanuel - Nie dowie się do chwili powrotu z Bergamo i nie dowie się tego od ciebie. Jego męska duma i rozczarowanie urodą żony są kwestią drugorzędną. Wszystko, co robimy, robimy dla dobra rodziny Sanguine. Dlatego chcę, abyś dołączyła do niego w tej podróży.

Zdumienie ponownie odebrało Angeline Léi mowę, chociaż tym razem inny był tego powód.

- Chcesz, żebym pojechała do Purgare - stwierdziła bardzo ostrożnym tonem - Mam opuścić bezpieczne zacisze tego domu i mury Montpellier, by wyjechać do sąsiedniego kraju. Ja, która musi prosić po dziesięć razy o zgodę na wyjazd do Tulonu. Czyżbyś przestał mnie kochać, ojcze?

- Twój sarkazm drażni mnie równie mocno, co wcześniejsza drwina - patriarcha odłożył karafkę na tacę i pochylił się w stronę córki - Ciężar przewodzenia temu dumnemu rodowi sprawia, że nie mogę ufać nikomu, wszelako wiesz, że ciebie darzę najmniejszą podejrzliwością. Pojedziesz wraz z Abdelem, by pokierować jego krokami. Będziesz go chronić przed błędami mogącymi sprowadzić porażkę na misję w Bergamo. Dopilnujesz, aby dowiódł, że jest godzien wzmocnić ród i przekazać nasienie następnemu pokoleniu.

- Sądzę, że on przekazał już dostatecznie dużo nasienia bez zgody cereau - mruknęła Angeline Léa sięgając po własną karafkę i butelkę wina - Ale mniejsza z jego dziwkarskimi bękartami. Spełnię twe życzenie z wielką przyjemnością, ojcze. Prawdę mówiąc, wciąż nie potrafię uwierzyć w twą decyzję. Sądziłam, że przyjdzie mi dokonać żywota w tych pięknych białych i nie do zniesienia nudnych murach.

Ventricule milczał przez dłuższą chwilę. Rozbawiona małżeńskimi perspektywami brata Lea upiła nieco wybornego trunku, rozkoszując się bukietem rozlanych po języku i podniebieniu smaków.

- Kiedy powrócicie z Purgare, będziemy mogli poświęcić się ustaleniu szczegółów ślubów - patriarcha przerwał w końcu ciszę.

Tym razem to Angeline Léa milczała dłuższą chwilę, Emmanuel zaś tkwił pogrążony w głębokiej zadumie.

- Ślubów, ojcze? - w głosie szlachcianki czaiła się jakaś niedopowiedziana zgroza, wymieszana w równych proporcjach z niedowierzaniem i podejrzliwością - Skąd ta liczba mnoga?

- Cereau nie poprzestała na jednej zgodzie - wyjawił beznamiętnym tonem Emmanuel Geoffroy Sanguine - Kiedy zwiążemy już Abdela z Picardami, sama wyjdziesz za mąż. Czas najwyższy, byś poszła w ślady innych szlachetnie urodzonych dam Montpellier. Ale zapewniam cię, że to nie będzie ślub podobny do tego, który czeka Abdela. Pisany jest ci inny los. Kto wie, czy nie najważniejszy w historii naszej rodziny. Wyjdziesz za mąż za syna króla Oppulusa z Brestu.

Niedopita kryształowa karafka roztrzaskała się o marmurową posadzkę, drobinki szkła prysnęły na wszystkie strony, zazgrzytało odsuwane krzesło.

- Ojcze, raczysz sobie ze mnie drwić! - Angeline Léa podniosła mimowolnie głos, pod wpływem ogromnego wzburzenia zapominając o należnym patriarsze szacunku - To nie może być prawda! Chcesz mnie oddać jakiemuś pośledniemu watażce z północy?! Łowcy morsów, który cuchnie starym tranem i ubiera się w zwierzęce skóry?! Czystą krew Sanguine?! Podeszły wiek zaczyna odbierać ci trzeźwość osądów...

- DOSYĆ!

Wykrzywiona w gniewnym grymasie twarz Ventricule wychynęła z półmroku, jego zapadłe oczy zalśniły wściekłym blaskiem, a palce obu dłoni zastukały w drewno podłokietników. Zmrożona tym widokiem Angeline Léa zadała sobie pytanie, czy właśnie taki widok ujrzała jej matki w nocy swej śmierci. Czy te wściekle płonące oczy były ostatnią rzeczą widzianą w jej życiu?

- Bacz, bym nie musiał przywołać cię do porządku na sposób przynależny rozkapryszonemu bachorowi - lodowaty głos Emmanuela Geoffroya Sanguine ciął niczym brzytwa, paraliżując stojącą z uniesionymi w geście protestu rękami córkę - Wypełnisz moją wolę tak samo skrupulatnie jak Abdel. Wyjdziesz za mąż za dziedzica tronu Brestu, będziesz grzała jego łóżnicę i rodziła jego dzieci. A kiedy przyjdzie na to czas, zasiądziesz obok niego na tronie Bretonii. Montpellier będzie nadal szukało najczystszej krwi, błękitnej krwi nowego króla Franki. To potrwa wiele lat, najpewniej nawet twoje dzieci nie doczekają tego momentu. Lecz my, Sanguine, nie będziemy czekali na decyzje, które ktoś podejmie za dwie albo trzy dekady. Nim władcy Montpellier się obejrzą, krew z krwi Sanguine będzie już rządziła północnym wybrzeżem, od Brestu po Aquitaine. To nasze przeznaczenie, Angeline Léa, i nikt mu nie stanie na przeszkodzie, nawet moja własna córka.

Szlachcianka nadal milczała, niezdolna wykrztusić z siebie choćby słowa.

- Jeśli ktokolwiek jest w stanie zrozumieć to, co jako Sanguine musimy poświęcić w imię nowej monarchii, to jesteś nim ty, Angeline Léa. Nigdy więcej nie kwestionuj moich decyzji. Nigdy więcej nie waż się oponować, kiedy na szali spoczywa przyszłość naszej rodziny. Liczy się wyłącznie błogosławiona krew, nic innego.

[center]Obrazek[/center]
Moi drodzy, oto prezentacja ostatniej postaci w drużynie. Angeline Léa, piękna i inteligentna córka Emmanuela Geoffroya Sanguine, przyrodnia siostra Abdela i bezdyskusyjna faworytka patriarchy... chociaż rewelacje usłyszane podczas ostatniego spotkania z ojcem zapewne każą jej nieco inaczej spojrzeć na swoją przyszłość i rodzinne relacje.

: 07 lipca 2018, 22:19
autor: Keth
Delta Rhone na północ od Montpellier

Porośnięte kożuchem wodnych lilii rozlewisko tkwiło w pozornym bezruchu, chociaż tu i ówdzie jego nieruchomą powierzchnię znaczyły zmarszczkami żerujące ryby. Łachy białego piasku lśniły niewielkimi wysepkami wzdłuż gęsto zalesionych brzegów, gdzie powykręcane sękate korzenie starych drzew wnikały w dywan kwitnących lilii. Stojące wysoko słońce odbijało się miliardem refleksów od tafli wody, prażyło swym żarem zieloną gęstwę delty Rhone.

Samica rzecznego żółwia wygramoliła się niezgrabnie na jedną z piaszczystych wysepek, sunąc po sypkim gruncie na podobieństwo ożywionego głazu, rozgarniając wielkimi łapami białe drobinki. Okres lęgowy żółwi trwał w najlepsze i zwierzęta walczyły zawzięcie o dobre miejsce do złożenia jaj. A sąsiadujące z kanałem delty rozlewisko sprawiało wrażenie doskonałego terytorium lęgowego.

Żółw zorientował się w niebezpieczeństwo dopiero wtedy, kiedy wielki dwunożny kształt wylądował tuż obok jego skorupy, skacząc z kładących się na wodę gałęzi karłowatego cyprysa. Zaalarmowane widokiem drapieżnika zwierzę okręciło się w miejscu z zadziwiającą ruchliwością, z jego zaopatrzonego w ostry dziób pyska popłynął wściekły syk.

- Siekiery! - wrzasnął Bastien łapiąc rękami za ogromną skorupę i sadowiąc się na niej niczym kawalerzysta na koniu - Odrąbcie jej łapy!

Dwaj inni Frankowie skoczyli ze nadrzecznej skarpy prosto w zieloną toń pomiędzy brzegiem rozlewiska i wysepką. Jeden z nich zapadł się po pierś w błotnistą topiel, zaczął młócić wodę ramionami złorzecząc na całe gardło. Spłoszona tymi krzykami czapla poderwała się w powietrze z korony pobliskiego drzewa, odleciała majestatycznie na południe kierując się ku morzu.

- Gaston, kurwi synu! - Bastien wyszarpnął z pochwy przy pasie nóż o wąskim ostrzu i złapawszy za krawędź skorupy nad głową rozwścieczonego żółwia zaczął dźgać stalą kark zwierzęcia. Żółw zadygotał, gorąca krew spryskała palce myśliwego. Próbując za wszelką cenę uwolnić się od napastnika i zanurzyć w bezpiecznej głębinie, gad rzucił się w stronę rozlewiska, wówczas jednak wyrósł przy nim drugi z towarzyszy Langloisa, Jean-Pierre. Jeden zadany siekierą cios wystarczył, by zwierzę straciło jedną z przednich łap i zaczęło okręcać się bezradnie w miejscu.

Skazana na klęskę walka o życie dobiegła końca, nim całkowicie przemoczony Gaston wydostał się na piach wysepki, bezlitośnie wydrwiony przez Bastiena i swego brata-bliźniaka.

- Przyznaj się, obszczymurze, że się zesrałeś na widok tej paszczy - rzucił Bastien ześlizgując się z poplamionej żółwią krwią skorupy - Niemożliwe, żebyś był po tym samym ojcu, co Jean-Pierre.

Drugi z bliźniaków rzucił w piasek zakrwawioną siekierę i roześmiał się złośliwie, wyciągając jednocześnie zza pasa zakrzywiony nóż do patroszenia zwierzyny. Rozzłoszczony Gaston otworzył usta chcąc się zrewanżować docinkiem, zamknął je bez słowa, wbił wzrok w główny nurt kanału.

Bastien potrzebował jednego uderzenia serca, by rozpoznać znaczenie grymasu na twarzy myśliwego. Momentalnie obrócił się w miejscu, dla pewności zmieniając układ palców na rękojeści noża i kryjąc ostrze wzdłuż przedramiona.

Spomiędzy drzew w górze delty wychynął płynący leniwie ciemny kształt, niczym martwy cień prześlizgujący się pomiędzy ścianami zieleni. Duża rybacka łódź, zaopatrzona w nadbudówkę i obwieszony uszkodzonym żaglem maszt, wpłynęła na płyciznę i zaryła się dziobem w grząski brzeg kanału. Woda chlupotała cicho wzdłuż kadłuba, olinowanie skrzypiało, w powietrzu niósł się ledwie słyszalny dźwięk poruszanej wiatrem okiennicy.

Zostawiwszy martwego żółwia na wysepce, trzej Frankowie przepłynęli rozlewisko i wdrapali się na cypel lądu opodal opustoszałego wraku, bacznym wzrokiem lustrując pokład intruza. Potem jeden za drugim wspięli się na łódź szukając jakiegokolwiek śladu załogi.

Wrak musiał od dłuższego czasu dryfować po rozlewisku, świadczył o tym kożuch glonów porastających jego kadłub. Podejrzliwe oczy myśliwych nie dostrzegły nigdzie żadnego człowieka, ani żywego ani martwego.

- Pszczeli obłęd - wycedził w końcu przez zęby Bastien - Głupcy, którzy nie posłuchali ostrzeżeń. Popłynęli za wysoko w górę nurtu, na łowiska feromanserów. Nikt już im nie może pomóc.

Jean-Pierre zdusił w ustach przekleństwo, dał dowód swemu zabobonnemu lękowi przed władcami umysłów kreśląc dłonią na piersi znak strzegący od złego.

- Niczego nie zabierajcie - dodał Langlois - Wszędzie może być zatrute nasienie Wynaturzonych. Schodzimy z pokładu, natychmiast. Niech ten wrak tu murszeje, póki szlag go nie trafi.
Spoiler!
Bastien Langlois (ver 5.0)

Oto finalna wersja postaci Koszala. Bezwzględny porywczy Frank z delty Rhone, obdarzony nadludzkim wręcz instynktem, bardzo sprawny fizycznie i zwinny. Potrafi przetrwać w dziczy, dobrze strzela i skrada się do ofiary. Utalentowany w walce wręcz. Radzi sobie z opatrywaniem lekkich ran, słyszał to i owo o świecie poza Montpellier i deltą. Niełatwo go podejść i zaskoczyć, czasami też potrafi uwieść kobietę łapiąc ją na swój szorstki męski urok.

W świcie Abdela Sanguine pełni rolę dowódcy zwiadowców oraz myśliwego (czy to w celu zapewnienia prowiantu czy do polowań ku rozrywce dziedzica).

[center]Obrazek[/center]

Dołożyłem dwa atuty. Pierwszy to Lifeguard (pochodzi ze ścieżki rozwoju klanyty, pierwsza ranga): +1 kostka do wszystkich testów walki w obronie dziedzica. Drugi to Danger sense (z listy ogólnych atutów): +1 kostka do testów Percepcji w sytuacji zagrożenia.

Ekwipunek

Jedno znoszone ubranie podróżne. Plecak, a w nim śpiwór, siatka przeciwko owadom. Tuba pasty maskującej. Przybornik śniadaniowy, zapalniczka, lina z kotwiczką. Prosty stalowy miecz (zadający 6+1 obrażeń), nóż zwykły (+1 kostka do testu ataku, zadaje 2+1 obrażeń, za 2 triggery dodatkowy atak), dwa noże do rzucania (3+1 obrażeń) oraz Rewolwer 44. (18 pocisków).

Pas, a w nim wszytych dwadzieścia dinarów.
Oto Bastien Langlois, nieokrzesany i bezwzględny myśliwy pracujący dla dworu Sanguine, lojalny wobec błękitnokrwistego suzerena i nieubłagany dla jego wrogów!

: 07 lipca 2018, 22:35
autor: Keth
Siedziba rodu Sanguine, Montpellier

Emmanuel Geoffroy Sanguine, Ventricule Domu Sanguine od dwudziestu trzech lat, lubił przyjmować gości w zacienionej sali audiencyjnej na najwyższym piętrze okazałego rodowego gmachu. Złośliwe języki rozsiewały po Montpellier plotki, że bezwzględny przywódca rodu zapadł na przewlekłą chorobę, że jął żywić niezrozumiałą awersję do słonecznego światła i odwrócił się od tętniącego życiem świata dworskich intryg, ale członkowie rodziny nie dawali tym oszczerstwom wiary. Umysł patriarchy pozostawał ostry niczym brzytwa, zdolny do układania skomplikowanych planów i przewidywania wszystkich posunięć politycznych rywali, a drobne dziwactwa wynikające z podeszłego wieku w niczym nie umniejszały jego autorytetu.

Ci, którzy na salonach Montpellier pozwalali sobie żartować ze skalanej rzekomą chorobą krwi Sanguine, winni byli starannie baczyć na swe plecy, na cienie w bocznych alejkach i dziwne punkty zapisane drobnym druczkiem w kupieckich kontraktach. Emmanuel Geoffroy Sanguine przez wiele lat budował reputację niezwykle groźnego i pozbawionego skrupułów gracza w świecie Sanglier. Jako doświadczony oficer Sangów, patriarcha miał za sobą wiele lat spędzonych na wojnie przeciwko marionetkom feromanserów, a okrucieństwo tych zmagań tylko wyostrzyło jego wojownicze instynkty.

Leon Thibaut Sanguine bardzo rzadko bywał w sali audiencyjnej rodu, zazwyczaj jedynie podczas rodzinnych przyjęć dla najbliższych członków rodu. Od zawsze żywił wobec swego stryja trwożny lęk, mieszaninę podziwu dla legendarnego wojskowego stratega i zgrozy na samo wspomnienie jego surowości. Kiedy w '74 owładnięte szaleństwem hordy Murnakira utopiły w krwi i bagiennym błocie ekspedycję Wachsmanna i Lacroix, kiedy Szpitalnicy cofnęli się na obrzeża delty nie potrafiąc zatrzymać chmar ludzkich i owadzich symbiontów, a anabaptyści stracili serce do dalszej ofensywy na matecznik plagi Demiurga, to właśnie szaleńczo odważni generałowie Sanglierów uratowali wycofujące się z mokradeł Rhone niedobitki i ochronili uciekających do Aquitane Kronikarzy przed gniewem porzuconych na pastwę Murnakira Franków. Sam Leon był wówczas nie rozumiejącym niczego niemowlęciem, ale nauczyciele rodziny nie omieszkali mu w odpowiednim czasie wpoić poczucia wierności, podziwu i oddania wobec czcigodnego Ventricule.

- Wasza miłość - młody wynalazca skłonił się przed siedzącym na masywnym tronie patriarchą, po czym pocałował zdobiący prawicę Emmanuela rodowy sygnet - Stawiam się na wezwanie.

- Doceniam twą punktualność, drogi Leonie - starczy głos Ventricule wciąż skrywał w sobie zgrzytliwą nutę wysuwanego z pochwy ostrza - Jak się miewa twoja piękna żona? Ile pozostało do rozwiązania? Dwa miesiące?

- Dwa miesiące, wasza miłość - odpowiedział Leon wiedząc doskonale, że pytanie było retoryczne i stanowiło jedynie element powitalnej etykiety - Loretta czuje się bardzo dobrze, chociaż zaczynają jej dokuczać upały. Prawdę mówiąc, żałuję, że nie będę mógł towarzyszyć jej przy porodzie.

Ledwie wypowiedział te słowa, siostrzeniec patriarchy oblał się lodowatym potem uświadamiając sobie, że wyjawionym w taki sposób wyrzutem ośmielił się uskarżać na polecenie głowy rodu. Oczy Ventricule ukryte były w głębokim mroku zacienionej komnaty, ale Leon nie mógł się oprzeć wrażenie, że stryj dosłownie przeszywa go lodowatym wzrokiem.

- Ogromnie doceniam twe poświęcenie, Leonie - jeśli nawet Emmanuel Geoffroy Sanguine odczuwał irytację, w jego głosie pobrzmiewała jedynie wystudiowana uprzejmość - Gdyby to była misja pośledniejszej wagi, rozważyłbym kandydaturę kogoś innego. Zwróciłem się do ciebie, albowiem jako syna swej siostry darzę cię wielkim zaufaniem.

Niejeden członek rodu Sanguine gotów byłby zabić, by tylko usłyszeć podobną pochwałę z ust głowy rodziny, ale wynalazca poczuł jedynie lodowaty dreszcz strachu.

- Mój pierworodny syn obdarzony jest licznymi talentami - ciągnął dalej Ventricule, a w jego głosie pojawiła się nieco sardoniczna nuta stojąca w sprzeczności z komplementami pod adresem Abdela - Jednocześnie jego ekstrawagancje sprawiają, że podejmuje czasami nierozważne decyzje. Nieprzemyślane. Mogące w niezamierzony sposób komplikować interesy rodziny. Wyjeżdżając do Purgare będzie potrzebował zaufanego doradcy, człowieka obdarzonego trzeźwym ścisłym umysłem.

- Wasza miłość... ja dziękuję - wyjąkał zmieszany Leon - To zaszczyt.

- Ależ nie, Leonie, to ja ci dziękuję - Emmanuel Geoffroy Sanguine przechylił się w przód i migotliwe światło zawieszonych na ścianach świeczników padło w końcu na jego pomarszczoną szczupłą twarz, na drapieżnie zarysowany nos i wąskie bezkrwiste wargi - Twoja pomoc wiele dla mnie znaczy. Pragnę cię też zapewnić, że otoczę skrupulatną opieką twoją piękną żonę i jej nienarodzone dziecko. Będę ci to winien, wszak ty zatroszczysz się w tym czasie o mojego syna. Im mniej będę się musiał martwić o niego, tym więcej czasu będę mógł poświęcić dla Loretty.

- Dziękuję, wasza miłość - Leon starał się z całej siły, by jego głosu nie skaziła drżąca nuta, w czym nie pomagał targany niewidzialnymi szczypcami żołądek - To wręcz nadmiar troskliwości.

- Przysługa za przysługę, drogi siostrzeńcu - Ventricule powrócił do swej poprzedn