[center]Siedziba Kapitana Galaktyki. Przed nastaniem poranka. 14 maj 1996[/center]
Kiedy Kapitan Galaktyka kończył swoje czary i zaczął zmazywać pentagram, dym z kadzideł unosił się jeszcze dobrą chwilę. Architekt nie przewidział klimatyzacji w tym pomieszczeniu, ale Świrowi to nie przeszkadzało. Uważał, że nieoddychanie jest fajne, bo nikt cie nie zagazuje. Co było częstym problemem batmana na początku jego kariery.
Jego czuły słuch od razu wychwycił, że ktoś otwiera szafę i przechodzi do kryjówki Kapitana.
Kapitan założył powoli pas, z którego wyciągnął swój magiczny pistolet. Przez tajemnicze przejście przeszła jednak jego dobra przyjaciółka pochodząca z tego miasta.
- Ale nadymiłeś. Jak ci minęła noc?
- A nie do końca dobrze. Wiele tajemnic, duże wyzwanie. - Powiedział to chowając szybko broń.
- Coś cie martwi? Coś związanego z tym zaproszeniem.
- Szykuje się misja. - Zastanowił się przez chwile. - Wiesz coś o Sorke Kirke?
- Nie wiem co to jest.
- Nawet lepiej.
- Czemu?
- To niebezpieczne miejsce. Dlatego wole byście nie wiedzieli nic o nim. Jutro będzie tam wyjątkowo groźnie zwłaszcza dla kogoś takiego jak ty.
- Co, LARP tylko dla twardzieli?
- Dokładnie. Będzie masa złych i niewielu tych dobrych.
- Brzmi nieźle.
- Na pewno nie będę się nudził. Jeszcze nie podziękowałem wam za ten garnitur i rozczesanie moich kudłów.
- Nie ma sprawy, wiesz kiedyś miałam być fryzjerką. Lubiłam czesać i robić warkocze. Po za tym to my mamy bardziej u ciebie dług wdzięczności, rozwiązałeś nasz problem z tymi palantami od haraczu. Jak z nimi wyszedłeś tak nie wrócili.
- Mam swoje sposoby, powiedzmy, że nie będą was niepokoić. Umiem polubownie załatwiać pewne problemy.
No ładnie omijasz resztę prawdy. Nie powiem jej, że ich zakułem i wezwałem policje by ich zabrali do zakładu dla umysłowo chorych. W końcu pokazałem im własne demony, które trawią ich od środka. Uważam, że taka terapia wyjdzie im na dobre.
- A to co zrobiłeś dla Sindi... Wiesz było o tym w radiu.
- No im się należało, szczególnie Alfonsowi, poza tym wierze, że system resocjalizacji i lekarze pomogą im dojść do siebie.
Pfff parę złamanych żeber, zwichnięta noga, no przesadziłem z nadgarstkiem ale chciał wycelować bronią.
Świr szybko dodał.
- Mówili coś o mnie?
- Nie, całą zasługę przypisali sobie policjanci.
- I dobrze. Nie lubię rozgłosu. Grunt, że Sindi i inne dziewczyny są wolne.
- Z tego co wiem policja pomoże jej wrócić do własnego kraju, okazało się, że rodzina ją szukała.
- Ciesze się z szczęśliwego zakończenia.
- A co do twojej misji.
- W tym miejscu bliżej jest Walhalla mogła byś mi zrobić taką fryzurę żeby w razie czego godnie mnie tam przyjęli?
- A skąd wiesz, że tam cie przyjmą.
- Dziś ściskałem dłoń Thorowi więc myślę, że mam jakieś szanse tam trafić.
- Właśnie czemu tak wcześnie wstałaś?
- Dziecko zaczęło płakać. Jak już zasnął to postanowiłam zejść na dół. Już prawie świta i nie chciałam wracać do łóżka. Zastanawiałam się czy już wróciłeś.
- Mam więc prośbę zrób mi na jutro warkocze w stylu wikingów.
- Dobra siadaj na krześle.
Kapitan Galaktyka po raz kolejny poczuł się dziwnie, tym razem błogo przy zmianie fryzury. Kiedyś nie dostrzegał sensu dbania o włosy. Jednak przy swojej przyjaciółce dostrzegał jakie to przyjemne. I tak w błogim hedonizmie zasnął.
Po przebudzeniu Świr wstał i energicznie zaczął się pakować i ubierać. Nikogo przy nim niebyło. Wydostał się ze swojej siedziby i przeszedł krótką drogę do garażu w którym stał samochód i motocykl. Już chciał otwierać klapę i wyjeżdżać z tego miejsca kiedy usłyszał.
- Witaj nieznajomy. - Kobiecy głos wydobył się z ciemności.
Odwrócił się w stronę wypowiadanych słów.
- Witaj Sidni. Co cie tu sprowadza?
- Nie miałam okazji podziękować, wiesz za wszystko. Ostatni raz widziałam cię jak zamykałam drzwi na klucz z... .
Przy zawahaniu drżących słów kobiety Malkawianin dokończył zdanie za nią.
- Twoimi najgorszymi koszmarami. Plan się powiódł. Jesteś wolna.
- Tak, w ambasadzie wszystko idzie dobrze, niedługo wrócę do mojego ojczystego kraju.
- Jak mnie znalazłaś?
- Daj spokój ty masz swoje sposoby a ja swoje. Po za tym. -Zaczęła zbliżać się w stronę Kanity. - Chciałam ci podziękować na swój sposób. Nie musisz zdejmować maski.
- Może zrobimy to po mojemu. - Mówiąc to Malkawianin przytulił dziewczynę odsłonił lekko maskę i najpierw pocałował jej szyje delikatnym pocałunkiem kochanka a następnie zatopił swe kły w jej szyi.
Uzupełniam krew.
- To było przyjemne.
- Nie mów nikomu, że gryzę. Musze uciekać dziś mam kolejną akcję.
- Bosko całujesz. Mogę skosztować twych ust? Zamknę oczy.
- Śpieszę się bardzo mocno. - Mówiąc to otworzył klapę od garażu.
- Jedziesz ocalić jakieś niewiasty?
- Tego nie wiem. Mam nadzieje, że wrócę. Misja nie będzie łatwa.
- Jak wrócisz szybko, może dokończymy to co zaczęliśmy.
- Na to się nie zapowiada. Liczę jednak na to, że wrócę. - Mówiąc to wyprowadził motor z garażu.
- Mam nadzieje że jeszcze tutaj będę kiedy wrócisz.
- Jak wszystko się uda, kto kiedy wracasz do swojego kraju? -Zamknął klapę od garażu.
- W poniedziałek.
- Życzę więc powodzenia. Musze lecieć.
- Wzajemnie wróć cały.
- Dzięki. - Mówiąc to założył słuchawki na uszy i odpalił utwór który zawsze mobilizuje go do działania. Następnie ruszył na omówione spotkanie.
https://www.youtube.com/watch?v=OBwS66EBUcY
Ulice przemierzał szybko na swoim pojeździe, wsłuchując się w utwór. Gnał jak kometa po niebie, by spotkać się z przeznaczeniem.