: 25 grudnia 2012, 14:03
Czarnygłaz, 11 dzień Ostatnich Siewów
Trond i towarzyszący mu kotołak przylgnęli do ziejących chłodem ścian po obu stronach zatrzaśniętych wrót kurhanu, nadstawiając bacznie uszu w próbie pochwycenia najmniejszego dobiegającego z wewnątrz odgłosu. Wiatr wciąż wygrywał na ostrych krawędziach skał potępieńcze nuty, które nie robiły żadnego wrażenia na obytym z takimi dźwiękami góralu, ale które budziły dziwne uczucie zalęknienia u stroszącego futro khajiita.
Trond obejrzał się szybko w stronę tarasu, odetchnął w duchu z odrobiną ulgi widząc jak jego towarzysze znikają za starymi kamiennymi kolumnami tworzącymi niegdyś wiszące ponad tarasem zadaszenie. Ciała zabitych strażników zostały w ułamku chwili odciągnięte poza zasięg widzenia z wysokości wejściowych schodów i jedynie rozmazane na kamieniu ślady krwi zdradzały ponury los zabitych rozbójników.
Trond westchnął bezgłośnie, przypominając sobie w duchu magiczne popisy dunmera, strugi płomieni tryskające z wyciągniętej dłoni mrocznego elfa i palące żywcem norskiego łucznika. Góral nie żywił zbytniej miłości do grasujących na przełęczach i turniach rabusiów, ale nie życzyłby podobnej śmierci nawet najbardziej zajadłemu wrogowi.
Przybysze z południa okazali się istotami pełnymi niespodzianek i Trond wciąż nie potrafił ochłonąć z wrażenia wywartego ich niepospolitymi talentami.
Wielkie żelazne wrota drgnęły znienacka, poruszyły się z cichym zgrzytem, którego niemal wcale nie było w zawodzeniu wiatru słychać.
- Sigvard?! - do uszu rozpłaszczonego na ścianie górala dobiegł wyraźny dziewczęcy głos, dobiegający zza progu wrót - Krzykaliście?! Co się stało?!

Trond i towarzyszący mu kotołak przylgnęli do ziejących chłodem ścian po obu stronach zatrzaśniętych wrót kurhanu, nadstawiając bacznie uszu w próbie pochwycenia najmniejszego dobiegającego z wewnątrz odgłosu. Wiatr wciąż wygrywał na ostrych krawędziach skał potępieńcze nuty, które nie robiły żadnego wrażenia na obytym z takimi dźwiękami góralu, ale które budziły dziwne uczucie zalęknienia u stroszącego futro khajiita.
Trond obejrzał się szybko w stronę tarasu, odetchnął w duchu z odrobiną ulgi widząc jak jego towarzysze znikają za starymi kamiennymi kolumnami tworzącymi niegdyś wiszące ponad tarasem zadaszenie. Ciała zabitych strażników zostały w ułamku chwili odciągnięte poza zasięg widzenia z wysokości wejściowych schodów i jedynie rozmazane na kamieniu ślady krwi zdradzały ponury los zabitych rozbójników.
Trond westchnął bezgłośnie, przypominając sobie w duchu magiczne popisy dunmera, strugi płomieni tryskające z wyciągniętej dłoni mrocznego elfa i palące żywcem norskiego łucznika. Góral nie żywił zbytniej miłości do grasujących na przełęczach i turniach rabusiów, ale nie życzyłby podobnej śmierci nawet najbardziej zajadłemu wrogowi.
Przybysze z południa okazali się istotami pełnymi niespodzianek i Trond wciąż nie potrafił ochłonąć z wrażenia wywartego ich niepospolitymi talentami.
Wielkie żelazne wrota drgnęły znienacka, poruszyły się z cichym zgrzytem, którego niemal wcale nie było w zawodzeniu wiatru słychać.
- Sigvard?! - do uszu rozpłaszczonego na ścianie górala dobiegł wyraźny dziewczęcy głos, dobiegający zza progu wrót - Krzykaliście?! Co się stało?!

Wrota kurhanu uchyliły się na tyle, by dziewczyna zdołała przez nie wyjrzeć, ale jeszcze nie spostrzegła Tronda i Barr'teha! Trond ma łatwiejsze pole doskoku, khajiit znajduje się za uchylonym skrzydłem, więc celu nie widzi!
