Żelazne Królestwa - opowiadania

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 08 października 2013, 18:41

Caine szedł ciemną ulicą z żądzą mordu lśniącą w oczach. Mimo towarzyszącego chłodnej nocy zimna w jego sercu kipiała wściekłość gorętsza od niewielkiego bojlera przyłączonego do naplecznika ciężkiej zbroi. Szybko okazało się, że znalezienie Horacego nie było trudnym wyzwaniem. Kilku zastraszonych pijaczków bez ociągania wyznało, że uliczny zbir i jego szajka bawili się w Parowym Bojlerze, spędzając tam większość nocy. Zbliżając się do karczmy techmanta usłyszał grającego głośno skrzypka i towarzyszących mu chaotycznie śpiewaków. Dobył bezwiednie runoletu, wyciągając broń z olstra przy boku. Gromadka stojących opodal wejścia ludzi obrzuciła przybysza niespokojnymi spojrzenia i usunęła się natychmiast w cień czyniąc mu przejście - wszyscy z wyjątkiem jednego. Mimo zaciemniającej zdrowy rozsądek wściekłości, Allister z miejsca rozpoznał w stającym mu na drodze człowieku starego ochroniarza Horacego, dostrzegając w półmroku jego okaleczoną dłoń. Wielki strażnik miał w sobie dość odwagi, by sięgnąć po własną broń.

Rzecz jasna nie zdążył.

Caine przypadł do niego w trzech krokach, uwalniając duszony w sobie gniew. Fala niewidzialnej energii cisnęła oprychem prosto w grube drewniane drzwi, roztrzaskując je w kawałki. Grający w środku karczmy skrzypek urwał w jednej chwili melodię, a śpiewający mu do wtóru tłumek słuchaczy natychmiast ucichł.

Caine przekroczył ponad rozbitymi drzwiami i pogrzebanym pod nimi nieprzytomnym bandytą, mijając zbierających się nieporadnie z podłogi nieszczęśników mających pecha bawić się zbyt blisko wejścia.

- Horacy! - krzyknął omiatając przerażonych ludzi gorzejącymi nienawistnie oczami - Wyzywam cię!

Horacy siedział w jednej z wnęk, obejmując ramionami dwie przyciśnięte do boków służebne dziewki. Zamrugał w iście komiczny sposób, przechylając głowę. Mimo upływu lat niemal wcale się nie zmienił od chwili, w której Caine widział go po raz ostatni, wciąż wyglądając niczym czaszkogowy rzezimieszek z zaułków Bainsmarketu. Lecz zarazem różnił się od starego Horacego w diametralny sposób - gdzie bowiem wcześniej Caine widział groźnego adwersarza, teraz spoglądał jedynie na bezradną ofiarę.

Wyraźnie się ociągając, Horacy wstał w końcu z ławy, otwierając szerzej oczy.

- Pewnie, pewnie... już idę - oznajmił przyjaźnie brzmiącym głosem, przybierając ów ton na użytek struchlałego tłumku gapiów. Wmieszani między bywalców karczmy opryszkowie obserwowali swego przywódcę czekając na jakikolwiek znak. Horacy osadził ich w miejscu ruchem dłoni, wychodząc niezgrabnie z wnęki.

Caine okręcił się na pięcie i ruszył w kierunku wyrwanych z zawiasów drzwi. W wypełniającej wnętrze knajpy ciszy usłyszał bez trudu szczęk odwodzonego kurka.

Nie zdołał powstrzymać cisnącego się na usta uśmieszku.
Obrócił się w miejscu z niewiarygodną szybkością, pociągając za cyngiel runoletu. Huk wystrzału zdał się wszystkim ogłuszający w ciasnej przestrzeni karczmy. Horacy wrzasnął przeraźliwie, kiedy ołowiona kula wytrąciła mu pistolet z ręki. Pocierając zdrętwiałą od niespodziewanego uderzenia dłoń, wbił nienawistne spojrzenie w rzucającego mu wyzwanie przybysza.

- Chcesz się pojedynkować tutaj? Dobrze. Podnieś broń - rozkazał Caine wsadzając runolet w olstro i krzyżując ramiona na piersiach.

Bandyta runął bez ostrzeżenia ku swej broni, wyciągając jednocześnie wolną rękę po jedną ze swoich ulubionych kochanic. Złapawszy przerażoną dziewczynę za szyję zasłonił się nią niczym tarczą próbując jednocześnie wycelować samopał w postać techmanty.

Długi jęzor ognia wytrysnął z lufy drugiego runoletu Allistera, niosąc ze sobą ogłuszający huk i obłoczek gryzącego w oczy dymu. Horacy zawył wypuszczając z uścisku posługaczkę i tarzając się w niewysłowionym bólu po podłodze. Jego lewa dłoń zmieniła się w bryzgający krwią kikut. Nie spuszczając oprawcy swego ojca z oczu Caine przeładował własne pistolety i wsunął je w olstra na biodrach.

- Podnieś broń! - warknął dygoczącym od nadmiaru wściekłości głosem.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 08 października 2013, 20:02

Trzęsący się z bólu i gniewu Horacy schylił się po upuszczony ponownie pistolet. Prostując się z ogromnym wysiłkiem, dyszał pod wpływem głębokiego wstrząsu. Caine obserwował go zmrużonymi oczami, wciąż krzyżując ramiona na piersiach. Dygocząca ręka bandyty uniosła się w górę w próbie nieporadnego złożenia do strzału. Przestrzeń karczmy rozpalił kolejny płomień wylotowy, wstrząsnął nią huk wystrzału.

Wyjący przeraźliwie Horacy runął na zbryzganą krwią podłogę trzymając się za roztrzaskane kulą kolano. Caine ruszył w końcu z miejsca, podszedł do wijącego się z bólu rzezimieszka. Tym razem Horacy już nie odważył się sięgnąć po pistolet. Z jego ust wydarł się półzwierzęcy jęk, kiedy Allister spróbował wetknąć swej ofierze samopał do ręki.

- Nie? To wszystko, na co cię było stać? A może zmierzy się ze mną ktoś inny? Jest tu ktoś, kto chciałby się spróbować? - krzyknął techmanta obrzucając spojrzeniem wnętrze karczmy. Odpowiedziała mu zduszona cisza. Zdjęci zgrozą bywalcy karczemnego przybytku wyzierali zza przewróconych stołów, kręcący się wcześniej przy loży Horacego bandyci zniknęli zaś w jednej chwili bez śladu. Caine wziął głęboki oddech, biorąc w ryzy rozgorączkowane emocje i odzyskując przynajmniej po części trzeźwość umysłu.

- Skoro tak chcecie.

Odrzuciwszy samopał Horacego za siebie techmanta złapał swego przeciwnika za odzienie i podniósł go z mokrej od krwi podłogi zarzucając sobie ramię nieszczęśnika na szyję. Wzmacniając uchwyt na ciele mężczyzny, Caine pomógł mu stanąć na chwiejnych nogach.

- Chodź, Horacy. Czeka nas mała przechadzka.

Obaj mężczyźni wyszli na zawnątrz, na rozległy plac targowy udekorowany licznymi lampionami i świątecznymi wieńcami. Okaleczony bandyta z trudem posuwał się przed siebie chcąc dotrzymać kroku ciągnącemu go prześladowcy, pokrzykując co chwila mimowolnie z bólu. Przed twarzami obu wyrosła licząca sobie pięć pięter zegarowa wieża, obwieszona licznymi dekoracjami. Horacy spojrzał na nią blednąć w nagłym ataku paniki.

- Pamiętam cię… posłuchaj, przecież możemy się dogadać - wykrztusił błagalnym tonem.

- Niewątpliwie.

- Wiesz, że mam pieniądze? Weź sobie.. ile tylko zechcesz - rzezimieszek przywołał na swe szpetne oblicze rozpaczliwy uśmieszek, próbując pozyskać życzliwość Allistera, ale otrzymując w zamian jedynie lodowate spojrzenie.

- Chciałbym jednej chwili. Zabrałeś mi ją. Możesz zwrócić?
Nie rozumiejący pytania opryszek wlepił w Caine'a swe otwarte szeroko oczy.

Caine spojrzał w górę, koncentrując swe myśli. Zamykając oczy zawinął rzeczywisty świat wokół siebie, wypaczył jego naturalne prawa i zasady, pociągając za sobą rannego opryszka. Para wspierających się ramionami mężczyzn zniknęła w mgnieniu oka po to, by ledwie moment później pojawić się na niewielkiej kładce ponad zegarem wieży. Oddychając ciężko pod wpływem przemożnego wysiłku, Caine puścił Horacego, ten zaś runął na kolana wymiotując konwulsyjnie i brudząc zwróconą strawą całą kładkę. Odzyskując oddech Allister przyjrzał się jednemu z gargulców wyrzeźbionych w narożniku wieży.

Ten się nada.

Pochylając się przed siebie oficer poluzował przymocowaną do rzeźby linę, obwieszoną świątecznymi ozdobami. Jedno szarpnięcie uwolniło jej przeciwny koniec od jednej z usytuowanych poniżej wieżyczek, posyłając deszcz dekoracji na głowy zdumionych gapiów. Caine zwinął linę w rękach, obserwując podświetloną tarczę widocznego nieco niżej zegara i jego przesuwające się w rytm regularnych stuknięć metalowe wskazówki.

Wciąż zdezorientowany i tkwiący na kolanach, Horacy nie zwrócił uwagi na wiążącego linę w pętlę prześladowcy. Spoglądając z wysokości parapetu zegarowej wieży, Allister ujrzał rosnące z każdą chwilą zgromadzenie gapiów na targowisku, wśród nich również miejskich konstabli. Stróżowie prawa krzyczeli na całe gardło nakazując mu zejść i oddać się w ich ręce. Sprawiający wyjątkowo żałosne wrażenie Horacy podniósł wzrok spoglądając na Caine'a i ocierając jednocześnie rękawem cieknącą z kącika ust ślinę.

- Nie w ten sposób. Nie... - wycharczał Horacy, kiedy Caine zacisnął mu stryczek na szyi.

- Dokładnie w ten sposób.

Caine strącił Horacego z gzymsu jednym kopnięciem. Cieszący się powszechnym lękiem rzezimieszek wyprężył się na napiętej z głośnym trzaskiem linie, po czym zwiotczał stając się najnowszym dodatkiem do licznie zawieszonych na wieży świątecznych ozdób.

Caine zniknął w ułamku chwili z gzymsu, pojawiając się niemal w tym samym momencie na bruku przed wieżą. Stracił panowanie nad nogami i osunął się na kolana, otoczony przez nadbiegających z wszystkich stron konstabli. Widząc broń w ich rękach uniósł w górę obie dłonie przywołując na twarz sardoniczny grymas.

- To wszystko. Już skończyłem.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 08 października 2013, 20:13

[center]Obrazek[/center]
Na obrazku powyżek Allister wieszający na wieży Horacego (żeby nie było, że cały czas trzeba czytać, a nie ma obrazków). Nie wiem, czy ktokolwiek dotarł wraz ze mną do tego fragmentu historii Caine'a, ale mam nadzieję, że nie tłumaczyłem tych pierwszych 30 stron oryginału na próżno ;)

Nie jest to rzecz jasna literatura najwyższych lotów, ale czytywałem znacznie gorsze pozycje tyczące się światów Warhammera, WH40k czy Warcrafta, dlatego spoglądam na dzieło pana Holmsa z pobłażliwą aprobatą. Jest w tej powieści pewien klimat ironsów, a na dodatek historia tyczy się jednej z ikonicznych postaci świata IK, toteż jej znajomość dla fanów settingu jest niejako obligatoryjna ;)

Jeśli znajdzie się choć jeden ciekawy ciągu dalszego czytacz, pobawię się jeszcze troszkę w translatora...

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times