Skalny taras, świt
Ork opowiadał coś z emfazą Gusłkowi i reszcie, posługując się odmianą asseru, której Huskun niemalże wcale nie rozumiał. Zaklinacz wytężał co sił uszy i nawet wystawił język z ust przybierając skrajnie zaaferowaną minę, pojął jednakże tylko piąte przez dziesiąte.
Ze słów właściciela instrumentu w kształcie pałki wynikało, że przybysze objawieni na skalnej półce są w mniemaniu orka nieulękli. Huskun poczuł się mile połechtany taką opinią, bo chociaż chwilami poddawał w wątpliwość swe męstwo, pochwała z ust obcego, zwłaszcza pochodzącego spoza plemienia, zawsze cieszyła.
Ork wspomniał jeszcze, że w miejscowej dolinie coś było ukryte i że coś było zaszczytem. Marszcząc czoło Huskun doszedł do wniosku, że zaszczytem będzie zapewne odszukanie tego czegoś i że dobre zdrowie przybyszów bardzo się w tym zadaniu przyda.
I koniec końca wyszło szydło z worka - a przynajmniej tak się Huskunowi wydawało. Otóż rzecz szła jakoby o dwa niebieskie jelenie należące do tana Baribala, które należało ugościć u mnichów.
Po krótkim zastanowieniu goblin uznał, że przemowa orka jest jakimś niebywałym bełkotem, toteż cofnął się przezornie o kilka kroków stając w cieniu Gusłka i wyglądając zza pleców kleryka.
Pian uchodził za opiekuna obłąkanych, więc czcigodny Gusłek wiedział najlepiej z wszystkich obecnych na tarasie jak obejść się z nieszczęsnym szaleńcem...
Ciekaw jestem, co czeka nas w zamku...