W drodze do Burat-aru, 26 orakt-ran
Dziesiętnik nie był w nastroju do rozmów, o czym szybko przekonali się i Eco i w gruncie rzeczy sympatyczny brodaty woźnica. Pierwszy z nich ściągnął na siebie długą wiązkę przekleństw, drugi potężnego kopniaka w tyłek. Obaj zamilkli zatem przezornie, rozglądając się po gęstym lesie.
Miejski strażnik trzymał broń na podorędziu, spięty do granic możliwości niepokojącymi odgłosami dobiegającymi z zielonej gęstwy. To coś tam trzasnęło głośno, to zaszeleściły krzewy, to powietrze przeszywał donośny łopot skrzydeł spłoszonego ptaka. Eco spodziewał się w każdej chwili napadu jakiegoś głodnego drapieżnika albo leśnych rabusiów, od których roiły się podobno puszcze wokół ogromnego jeziora. W strażnicy w Kroczu co rusz opowiadano sobie mrożące krew w żyłach historie o bestialskich watahach goblinów, które pod wodzą zbuntowanego księcia Guara grasowały w dziczy pożerając każdego napotkanego Ostrogarczyka.
Eco przeklinał w myślach tę chwilę, gdy w głowie Fleituha zakiełkowała szaleńcza idea wyprawy poza stolicę. Nawykły do ciżby budynków, bruku, miejskiego hałasu i smrodu surelianin czuł się w prastarej gęstej kniei niczym nowonarodzone szczenię gnolla. Wszystko tutaj było dla niego obce i groźne, nawet straszące dziwacznymi cieniami chaszcze leszczyny.
Cuchnący łojem furman jechał środkiem wąskiej trawiastej drogi przypominającej czasami wręcz zwierzęcą ścieżkę. Nie raz i dwa Eco podejrzewał w duchu, że w koźle wozu siedzi ukrywający się pod maską wieśniaka morderca i złodziej, wywożący nieświadome ryzyka ofiary w dzicz, gdzie nikt nie usłyszy ich przedśmiertnych krzyków. Nie ważąc się wypowiedzieć miana Kielicha na głos, gwardzista modlił się żarliwie w duchu o ocalenie i ocalenie sobie w końcu wymodlił.
- Patrzajta wielgchne pany - odezwał się milczący dotąd trwożnie chłop, spoglądając przy tym ze zgrozą na gotowego go znów kopnąć w krzyż dziesiętnika - Tamoj woda, brzeg za drzewami. Burat-ar już niedaleko.
Fleituh pomruczał coś pod nosem w odpowiedzi, pojaśniał nieco na posępnej przez całą drogę twarzy. Eco domyślał się, że jego przełożony też nie czerpał radości z podróży przez dzicz, tylko wzdragał się przed wyjawieniem tego towarzyszom. Sam strażnik też z miejsca poweselał, bo faktycznie między rzedniejącymi drzewami na lewo od wozu dostrzegł taflę wody.
- W sam czas, bom znowu zgłodniał - rzucił do właściciela starej baranicy - A jak tam u nich z gospodą?
Furman nie zdążył odpowiedzieć. Pośród donośnego trzasku łamanych gałęzi na dróżkę wysadził bez ostrzeżenia jakiś przerażający stwór, pohukujący niczym mastug z piekła rodem. Zaprzężone do wozu woły zaczęły ryczeć przeraźliwie jakby ktoś obdzierał je ze skóry, jęły szarpać chomątami i dyszlem. Ich właściciel zaryczał niewiele ciszej od zwierząt, naciągając baranią czapę na głowę w złudnej nadziei na ukrycie się przed potworem.
Zlany lodowatym potem Eco dostrzegł ogromny pękaty kształt o wielkich rękach i nogach, cały porośnięty kędzierzawą sierścią, o rogatym łbie potrząsanym tak energicznie, że nie sposób było dostrzec szczegółów paszczy czy ślepiów stwora.
- Khurrwa mutra! - wrzasnął w orklashu przestraszony nie na żarty Fleituh, stając w rozkroku na rozkołysanym wozie i dobywając przypasanej do boku szabli.
Chodzi mi po głowie jakiś test na strach, żeby sprawdzić, czy Eco nie zemdlał, ale może nie będę aż taki wredny...