Kamień ofiarny z totemem i Przywódcy hordy
W chwili, kiedy kształt wynurzył się spośrod drzew,
Kyrie pomyślał, że jego szalone wizje jednak się sprawdziły i naprawdę mają przed sobą olbrzymiego świetlika, który pełznął otoczony przez
stado zwierzoludzi. To coś było, bowiem długie, okrągłe jak ciało robaka i miało wiele odnóży. Po chwili jednak, gdy udało mu się skupić i dojrzeć więcej w oślepiającym świetle pochodni, zrozumiał,
że to, co brał za odnóża, to w rzeczywistości zwierzoludzie maszerujący w szeregu, noga za nogą. Na barki mieli zarzucone olbrzymie drewniane kłody, na nich nieśli to, co
Kyrie wziął za ciało
robaka, a co tak naprawdę było największym menhirem, jaki widział w życiu.
-
Na Katana! wymsknęło się templariuszowi Kyrie, gdy obserwowali
olbrzymi kamień wysuwający się spomiędzy drzew. Co to jest?
To Plemienny totem, rzekł
Radagast. Ale... jest taki wielki, zbyt wielki. I zwierzoludzie nigdy ich nie przemieszczali.
Kamień był położony na boku i miał długość łodzi. Był to ciemnoszary granit o niedbale ociosanym kształcie, pokryty runami. Na czubku wąski, rozszerzał następnie się w dół, aż do mniej więcej dwóch i pół metra średnicy pośrodku. Postrzępione żyłki kwarcu pulsowały na jego powierzchni dziwnym niebieskim światłem w rytm zaśpiewu wydobywającego się z gardeł zwierzoludzi.
Każdy z was nie tylko widział pulsowanie niebieskiego światła, czuł je także na skórze jak ciepły wiatr, a także w umyśle jak złowieszczy szept rodem z koszmaru. Sprawiał on, że jednocześnie chciał stąd uciec, ale również biec w stronę kamienia, odrzucić broń i przyłączyć się do szalonego tańca. Wymagało to nie lada siły woli, żeby pozostać na miejscu i tylko patrzeć.
Podwójne kolumny zwierzoludzi maszerowały po każdej stronie kamienia podtrzymując ociosane niedbale kłody. Wszyscy poruszali się w jednakowym rytmie, co powodowało, że ziemia trzęsła się od
jednostajnego dudnienia. Było ich co najmniej dwustu, po sto na każdej stronie, a jeszcze więcej tłoczyło się u ich boków. Oni również śpiewali, mieli obnażoną broń, a sierść na ich twarzach pomalowana była w niebieskie pasy i symbole, być może stanowili coś w rodzaju straży honorowej.
Gdy procesja szła dalej, pomiędzy drzewami ukazała się podstawa kamienia.
Ujrzeliście przywódców stada.
Pierwszy był olbrzymi zwierzoczłek, niemal dorównujący rozmiarem i muskulaturą minotaurom, chociaż szczuplejszy. Przechadzał się w tę i z powrotem po kamieniu i ryczał na znajdujących się poniżej tragarzy. Miał okrągły łeb i grube kręte rogi barana, ale jego wyszczerzone zęby były kłami drapieżnika. Oczy świeciły tym samym niebieskim światłem, jakim pulsował kamień.
Grube futro, które pokrywało jego imponujące mięśnie, było czarne jak węgiel i pokryte białymi bliznami, pamiątkami po niezliczonych bitwach. Na tej naturalnej warstwie ochronnej nosił
dodatkowo zbroję ze stali i brązu, zdawała się ona być dopasowana idealnie do jego sylwetki, aczkolwiek wykonanie podobnej zbroi przekraczało umiejętności jakiegokolwiek zwierzoczłeka. Topór, który dzierżył, również nosił znamię tej samej sprawnej ręki mistrza.
Broń dorównywała rozmiarami krasnoludowi i była zakończona olbrzymim pojedynczym ostrzem, wykończonym w ten sposób, że w tnącej krawędzi ziało głębokie nacięcie upodabniające całość do
otwartego dzioba jakiegoś drapieżnego ptaka. Niebieskie gemmy rozmiarów pięści lśniły po obu stronach ostrza niczym złe, ptasie oczy.
Podczas gdy przywódca zwierzoludzi chodził w tę i z powrotem po kamieniu, nawołując gardłowymi pomrukami swych towarzyszy do wzmożonych wysiłków, druga postać na kamieniu stała zupełnie
nieruchomo.
Istota trzymała tylko w górze sękatą laskę i unosiła swą koźlą głowę, aby zaklinać niebiosa żałośliwą, piskliwą pieśnią.
Drugi zwierzoczłek był o połowę mniejszy od pierwszego i wyglądał na kogoś w rodzaju świętego męża zwierzoludzi. Jego futro było szare, a sylwetka przygarbiona ze starości. Ubrany był w długie, brudne szaty z ponaszywanymi prymitywnymi symbolami. Na wymizerowanej jak u trupa twarzy nosił skórzaną maskę z niebieskimi zawijasami namalowanymi w okolicach brwi. Na głowie pysznił się grzebień z niebieskich piór i spływał mu aż na plecy. Jeden z rogów miał wygięty pod dziwnym kątem, zupełnie jakby został uszkodzony w czasach młodości. Najdziwniejszym elementem jego wizerunku były jednak setki odciętych ptasich szponów, które zwisały z każdej poły jego szat na sznurkach i rzemykach. Orle szpony służyły mu za kolczyki, krucze łapki wplątane były w rozwichrzoną, koźlą brodę.
Każdy z jego wychudzonych palców zakończony był jastrzębim pazurem, a skurczone kurze łapki zwisały u rękawów szaty. Nawet główka jego obciągniętej skorą, oplecionej fetyszami laski powtarzała ten motyw, najprawdopodobniej był to potężny dziob gryfa, gdzie lśniła uwięziona niebieska kula.
To niewątpliwie
Wielki Szaman.
Wszyscy macie wrażenie, że odbywa się tutaj coś w rodzaju krucjaty, zmierzającej do miejsca mocy na Wyjących Wzgórzach.
Co czynicie?