Po chwili cała piątka ruszyła raźnym krokiem na północ, by znaleźć jakąś zaciszną karczmę i tak uradzić co dalej. Wszyscy musieli przyznać, że póki co idzie im dość gładko - nikt nie zwraca na nich specjalnie uwagi, nie zaczepia, a w dodatku Garro dostał pracę! Ostatnio wejście do Kordawy nie było tak udane...
Przechodząc koło jednej z pół otwartych karczm - gdzie stoliki były jedynie pod drewnianym zadaszeniem, zaś szynkwas i kuchnia już w budynku - do uszu całej piątki dochodziła całkiem dźwięczna, piracka piosenka w języku zingarskim intonowana grubym basem przez największego z zpiratów, siedzących na beczkach przy stolikach.
- W czerwone żagle wicher dmie,
Łopocze flaga czarna,
Kto ją dostrzeże niechaj wie:
Że dola jego marna.
Jesteśmy piraci,
Kudłaci brodaci,
Piraci - postrach mórz!
Co dzień rum flaszka,
Na głowie apaszka,
Wzrok dziki, w zębach nóż!
Co dzień rum flaszka,
Na głowie apaszka,
Wzrok dziki, w zębach nóż!
W czerwone żagle wicher dmie,
Łopocze flaga czarna,
Kto ją dostrzeże niechaj wie:
Że dola jego marna.
Piraci, piraci,
Ten życie przypłaci,
Kto z nami walczyć chce!
Nim gorzko zapłacze,
Jak nędzny robaczek,
Na morza spocznie dnie!
Na morza spocznie dnie!
Rubaszne śmiechy wypełniły całą karczmę, gdy piraci powtarzali ostatnią zwrotkę. Awanturnicy przeszli dalej, gdyż tutaj z pewnością nie będą mogli porozmawiać na osobności, a piraci już sposobili się do nowej piosenki, wnosząc kufle w piwem.
Budynek obok miał szyld wypisany w kilku językach plus mały piktogram, zdradzający wyposażenie sklepu: "Zielarz Ron". Garro zanotował to w pamięci i już chciał wejść do środka, gdy zobaczył drugi napis - w kilku językach - tuż na szybie przy wejściu: "Otwarte cały czas". Z ulgą odetchnął, gdyż nie będzie musiał z pustym żołądkiem włóczyć się po mieście, gdy reszta będzie ucztować.
Po kilkudziesięciu krokach drużyna znalazła, czego szukała: spokojna karczma "Kordawski klejnot". W środku panował półmrok rozświetlany jedynie przez niewiele lamp oliwnych. Kilku gości posilało się przy jednym ze stołów, rozmawiając normalnym tonem. Rozmawiali oczywiście po zingarsku i ze strzępków rozmów Galvat wychwycił, że omawiają właśnie długości swoich przyrodzeń i jaki miało to wpływ na chędożenie portowych dziwek.
Wszyscy zasiedli przy stole i niczym demon przyzwany przez Nehahera pojawił się przy nich karczmarz - chudy zingarczyk z białym (czystym!) fartuchem, kozią bródką i szpiczastymi wąsami, o nienagannie łysej i błyszczącej glacy.
- Panowie nie wyglądają jak argossańczycy, więc z przyjemnością was obsłużę! - zagaił, uśmiechając się tajemniczo.
- Dla mnie pieczonego łabędzia na stół! - Adoth trzasnął w stół otwartą dłonią. - i najlepsze zingarskie piwo! - dodał ciszej, gdy uderzenie zwróciło uwagę pozostałych gości.
- Rozumiem, rozumiem - kiwał głową karczmarz, patrząc wyczekująco na resztę.
To jest dobry moment, byście ustalili plany przynajmniej na najbliższą noc!