PBF - Salt Lake City Nights

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 10 kwietnia 2017, 23:26

23.10.1994, 2951 S Rushton Park Drive, West Valley City

Jared górował stojąc nad pozostałymi, którzy jako jedyni siedzieli na krzesłach. Każda wymiana zdań, którą wymienili między sobą Chuck i Oblivion sporo mówiła o tej dwójce. Ten pojebaniec jest totalnym freakiem z ulicy. Umie jebaniutki pokazać mi to, czego nie widzę, to wedle prawa ulicy jest wyrazem szacunku - rozmyślał przyglądając się każdemu z osobna. Ścisnął czarną bilę w pięści, po czym skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Lepiej bym jak najwcześniej wiedział o słabościach tej ekipy. Od razu widać, że nasz Joker może okazać się dziką kartą w tej misji. Facet na pewno zna to miasto jak własną kieszeń - pomyślał.

Gdy Chuck w swojej wypowiedzi zaprotestował i uznał, że Amelia powinna dalej biegać w sukience Brujah zmarszczył brwi. Co ten kowboj czacza pierdoli?!? Lasencja będzie biegać w czym zechcę kurwa - rozmyślał wkurwiony nie bacząc na to, czy ktoś to widzi czy nie.

Po wysłuchaniu pozostałych nie mógł pozbyć się gniewu, który palił jego serce. Nie znosił tego miasta, wszechogarniającej władzy i kapitalizmu. Ci tutaj zebrani nawet w połowie nie rozumieli tego co naprawdę dzieje się w Kalifornii. Brakowało im doświadczenia i lat, jakie Jared poświęcił na poznanie niuansów polityki, jaka kręciła społeczeństwem Kainitów... Zaczął koncentrować się na mocy ukrytej w swojej vitae, a następnie powtarzał w myślach: Krew z krwi, ciało z krwi, dusza z krwi, gniew z krwi, ogień z krwi, oto będzie moja eucharystia tej nocy. Czas ukraść komuś kilka wieków, to zaszło za daleko. On albo ja - skupił się na swoich prawdziwych intencjach.

Riposta Obliviona była niczym perfekcyjne pchnięcie, na które Chuck nie był gotowy. No to go załatwił na dobre. Coś trzeba będzie im powiedzieć, bo jak drugi raz się tak zepną jak dwa psy chętne na tą samą sukę, to będą kłopoty. Widać kto jest szybszy i działa z zaskoczenia... - już miał wtrącić się, ale odezwał się Eric. Wiedział, że Gangrel ma porządną reputację w Los Angeles, dlatego zagryzł wargi i pozwolił mu mówić. Samotny facet co się w kruka zmienia, jak zwykle ostrożny z profesorską opinią. Do dupy z tym! Idziemy tam dziś, bo jeżeli Mały gdzieś tam jest przetrzymywany... - nie dokończył w myślach, gdyż gniew który czuł był zbyt wielki, by powstrzymać się od komentarza. Wskazał rozkazującym palcem w stronę śliniącej się do Terrora cyganki i przemówił dominującym tonem:

- Przebierzesz się jak tylko to będzie możliwe. Bez dyskusji w tym temacie, bo łeb ukręcę!

Opuścił dłoń, kierując swą uwagę na kowboja w kapeluszu:

- Będzie jak ja mówię. Nie mamy czasu na jęczenie, więc radzę zebrać dupę i pokazać na co nas stać. Będziesz razem ze mną chodził przodem, jasne? Dobrze fizycznie wyglądamy, a to jest najważniejsze w pierwszym kontakcie. I nie zaczepiaj więcej Obliviona... - bezpośrednio poinstruował brata z Anarchii.

- Nie mamy czasu na działanie po omacku, dlatego ufam w twoją znajomość Salt Lake City - zwrócił się do Malkaviana. - Widać, że jesteś wychowany na ulicy chłopcze, więc nie wpływaj negatywnie na resztę w przyszłości. Zależy nam na wysokim morale. Idziemy tam dziś, a ty będziesz robił za zwiadowcę. Zrobisz zwiad w siedzibie Księcia. Zobaczymy co nam noc przyniesie. Bądź gotowy...

- Eiric i Amelia będą trzymać się za nami jako grupa wsparcia. I nie wiem co jest z tobą nie tak Gangrelu... - skierował swe słowa w ostatniego rozmówcę. - Pamiętasz jak Jeremy MacNeil rozkazał spuścić psy rewolucji? Pamiętasz siłę z jaką uderzyliśmy na Camarillę w czterdziestym czwartym?? - pytania lidera Anarchistów zawisły w powietrzu.

- Od tego czasu oni się nas boją do ciężkiej cholery i niech dotrze to do każdego z was! Oni są słabi! - przemawiał starając się podnieść morale całej ekipy. - Ventrzak boi się zgranej grupy takiej jak my, bo wcześniej atakował pojedyncze jednostki. Mamy duże szanse, jak tylko pokażemy ludziom Harrisa, jak bardzo przerażający możemy być. Jeżeli Mały jest martwy wypierdolimy w powietrze norę tego skurwysyna, a wybuch będzie słyszalny w Los Angeles! - kończąc obdarzył Eryka niszczącym spojrzeniem.

- Nie mamy czasu na planowanie i zbieranie posiłków. Działamy bezpośrednio i z całą siłą jaką zebraliśmy w tym domku. Rany wyliżemy u Julie. Czas na prawdziwą przemoc jakiej to miasto jeszcze nie widziało! - zakończył przemówienie, a na jego twarzy malował się uśmiech przyszłego triumfu.
DO MG:
Poproszę teścik na poniesienie morale ekipy. Charyzma + Przywództwo.
[center]OD MG:[/center]
Wypada 7 sukcesów!
Może i Black8 nie przebiera w słowach, ale nie możecie mu odmówić racji. Jego uwagi są rzeczowe i treściwe, od razu widać, że chłop wie o co mu chodzi. Dodatkowo zapał, z jakim wierzy w swoje racje udziela się każdemu z was, w tej chwili czujecie się przez niego tak natchnieni, że bez mrugnięcia okiem wyszlibyście za nim na słońce. Nie będziecie mieć wątpliwości, że to wy jesteście tymi, których powinna bać się Camarilla!

Dopóki MG nie odwoła efektu, wszyscy otrzymują -2 do ST testów SW związanych z wysokim morale.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 11 kwietnia 2017, 12:31

[center]23.10.1994, 2951 S Rushton Park Drive, West Valley City[/center]
Choć wydawałoby się to fizycznie niemożliwe, z każdym słowem Jarreda uśmiech Świra stawał się jeszcze szerszy. Słowa Brujaha były niczym iskry, wzniecające ogień na polu obłędu, którym najwyraźniej było to, co zostało z umysłu Hexena. I choć w pokoju paliło się zaledwie kilka świec, w oczach Malkava pojawiło się dziwne, gorączkowe lśnienie, przypominające odbicie płomieni, które już niedługo miały pożreć domenę Księcia.

- Zaje, kurwa, biście! - wypalił w końcu, gdy tylko zapadła cisza. - Szacun, Balck8, jesteś typem, którego potrzebowałem! Co ja kurwa pierdolę, całe to płaskie miasto cię potrzebuje! Razem możemy sprawić, że ta noc stanie się niezapomniana. I to nie tylko dlatego, że spotkałem ciebie, skarbie - Świr nie przegapił okazji i kolejny uśmiech poszybował w stronę Amelii.

- A ty, Indiana się tak nie spinaj, ok? - zwrócił się do Gangrela. - Jak cię zechcę zaczepić, to na pewno tego nie przegapisz. Więc trochę cierpliwości, nie? Jeszcze cała noc przed nami.

Mrugnął do Ericka porozumiewawczo po czym znieruchomiał nagle, spojrzawszy mu w oczy. Pochylił się do przodu i przez chwilę, w napięciu przyglądał się swemu rozmówcy, jakby był w stanie dostrzec coś, czego nie widzieli inni.

- Niedobrze - powiedział w końcu, a w jego głosie dał się słyszeć ton autentycznego zaaferowania. - Facet, jak będziesz taki poukładany w środku, to twoje myśli staną się całkiem kwadratowe, jak kostki brukowe. A wtedy Babka-Wiedźma zabierze ci dusze, kapujesz? - ściszył głos i rozejrzał się, spoglądając podejrzliwie na cienie rozciągające się w kątach salonu.

- Ona tylko na to czeka... - odezwał się po chwili z paranoicznym błyskiem w oku. - Zawsze tylko na to czeka... Drzewa ci z tym nie pomogą, bo same się jej boją. Poza tym są za daleko. I nawet ten co bywa tym i tamtym ci nie pomoże. W ogóle nikt, kurwa, nie będzie mógł ci pomóc, nawet głos w mojej głowie. Więc musimy coś spalić tej nocy, zanim to się stanie. Przelać krew wrogów. Serio. To będzie dobre, stary. Znam się na tej terapii, sam ją stosowałem i efekty widać chyba, nie? Ogień i zęby w ciemności... Jego tchnienie jest silniejsze niż stalowe pszczoły i szklane pająki. Nie ważne... To cię uratuje. Nie martw, się, będzie w porządku... Lepiej zapobiegać, niż leczyć.

[center]Obrazek[/center]
Przejechał ręką po twarzy, próbując odzyskać kontrolę. Jego rozbiegane spojrzenie widoczne przez chwilę w szczelinie, między palcami, omiotło zebranych i skupiło się na Jarredzie. Najwyraźniej widok charyzmatycznego Brujaha przypomniał Świrowi o tym, co się aktualnie dzieje, sprawiając, że w jego wzroku na powrót pojawiła się iskra świadomości. Hexen potrząsnął głową wracając do rzeczywistości i opuścił dłonie na kolana.

- Hej, spokojnie, wszystko pod kontrolą - powiedział, uśmiechając się szeroko, co bynajmniej nie sprawiło, iż stał się bardziej wiarygodny. - Słuchajcie, mamy odpowiednią siłę rażenia? Bo jak nie, to należałoby by jechać na zakupy. Więc jak coś wam trzeba to mówcie. Ja zamawiam, Dziki Bill stawia. Czołgu co prawda nie załatwię, ale to i owo mogę.

Pogrzebał chwilę w kieszeni płaszcza, po czym podał Black8 wymiętą kartkę i tani, reklamowy długopis.
Hexen da pozostałym kartkę i długopis. Jak chcecie by Wam coś załatwił, napiszcie w ramce pod postem (nie ma sensu robić z tego fabularki). Tylko wiecie, bez przegięć typu Bazooka. ;)
Nie wiadomo właściwie dlaczego Hexen wydaje się poważnie przejęty stanem Ericka, jakby uważał, że coś mu zagraża.
Ostatnio zmieniony 12 kwietnia 2017, 12:45 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

TatTvamAsi
Reactions:
Posty: 423
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
Been thanked: 3 times

Post autor: TatTvamAsi » 12 kwietnia 2017, 12:13

[center]Salt Lake City, Uttah, 23 Października.[/center]

Nie wierzę... co ja widzę?! - pokazowy popis umiejętności kowboja wstrząsnął kobietą do głębi. Tak mocno, że przez chwilę zapomniała aż o lśniących zębach i tym niepokornym blasku w oczach Hexena. I jeszcze, żeby to do kogo innego... nawet uczące się wciąż chavoro* ma szybszy refleks. Na szczęście, nim to wszystko zdążyło się rozwinąć w jeszcze większą szopkę, Malkavianin wybuchł nagłą wesołością i jeszcze głośniejszym śmiechem. Napięcie zeszło, aby później wzmóc się, gdy obłędnie szalony wampir jął teatralnie wytykać każdą z wad niedoszłego amanta. A był tak obłędnie szalony... tak obłędny w swym szaleństwie...

Na słowa gniewnego Jareda Amelia zbudziła się jak ze snu, w który niemal weszła... znów. I gdyby wtedy mogła, spłonęłaby szczero-krwawym rumieńcem. Głos uwiązł w jej gardle i zdołała tylko wyraźnie przytaknąć. Trzeba działać natychmiast. Wróg może być w pobliżu, a pozwalam sobie na chwilę rozproszenia - skarciła się. Mimo całej agresji, która czekała tylko na moment ujścia, doceniała Brujaha. W sercu czuła nawet ulgę... Gdyby nie on, to w najlepszym przypadku tracilibyśmy czas na bezsensowne przepychanki i czcze pogawędki. Albo wszystko poszłoby w rozsypkę...

- Mały może nie mieć czasu, jeśli jeszcze żyje. Widziałam już w swoim krótkim nie-życiu kłamstwa, jakich dopuściła się Camarilla. Banda psów wysługujących się innymi - chciała splunąć wyrażając całą żywioną pogardę dla obłudy tak zwanej ,,Rodziny" i wszystkich jej eleganckich członków rzekomo dbających o dobro ludzi i obywateli wampirzej społeczności. W ostatniej chwili powstrzymała swoje niekulturalne zamiary i rzekła tylko:

- Jaredzie, jeśli doświadczenie podpowiada Ci wyruszyć natychmiast, pójdę za Tobą. Jeśli jednak poświęcimy trochę czasu na przygotowanie, mogę wysłać swojego ghula na zwiad. - nim skończyła wypowiedź, dodała pewne słowa wytłumaczenia - ale spokojnie. Nikt go raczej nie zauważy, skoro to mała sowa.

Martwiła ją tylko nagła reakcja obłędnego szaleńca. Był on przypadkiem szczególnym, żeby nie pomyśleć wyjątkowym. Ale to, co powiedział do Indiany... Babka Wiedźma... Oczami wyobraźni widziała stalowe szczęki łamiące kości, wychudłe ramiona rozdzierające ciało, rozcierające szpik kostny na suchy pył. Gdzieś tam w najgłębszej ciemności obserwowała...

- Eric, nie wiem, co oczy Hexena ujrzały w Tobie, lecz jeśli miałoby Ci coś zagrażać... coś szczególnego... to mogę pomóc. Karty mogą odsłonić przed nami tajemnice przyszłości, teraźniejszości, a także po części przeszłych zdarzeń. Więc, jeśli tylko będziesz chciał, możemy zasięgnąć porady kart. - z jej głosu dobywała się szczera troska, a spojrzenie wyrażało pewną, niezwerbalizowaną obawę.

* chavoro - w języku romskim - dziecko.
To przed wyruszeniem dalej moja postać zaszyje się gdzie