PBF - Błogosławiona Krew

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 10 sierpnia 2018, 16:38

Port Lagagne, Tulon

Szpitalnik wyciągnął własną prawicę i uścisnął dłoń Leona.

- Profilaktor pierwszej klasy Didier - przedstawił się krótko - Dziękuję za propozycję, niemniej ogrom obowiązków zmusza mnie do odmowy. Czynię to z przykrością. Na szczęście moi koledzy i koleżanki po fachu w Bastionie to doskonali specjaliści i chętnie współpracują z mieszkańcami Montpellier. Proponuję, by wasza miłość skontaktował się z nimi po powrocie do domu.

Na twarzy medyceusza rysował się przyjazny uśmiech, ale jego oczy sprawiały wrażenie chłodnych. Mężczyzna otaksował spojrzeniem trzymanego pod ramiona nieprzytomnego brodacza, po czym skłonił raz jeszcze głowę w wyrazie pożegnania. Potem odszedł wraz z ciągnącymi zbiega kompanami na most i szybko zniknął Leonowi z oczu w przemieszczającej się nad kanałem ciżbie ludzkich ciał.

Szlachcic milczał dłuższą chwilę, uświadamiając sobie znienacka coś, bo mocno ubodło jego dumę własną. Na palcach jednej ręki mógł policzyć wcześniejsze przypadki takiego potraktowania przez kogoś obcego i żaden nie był aż tak rażąco oczywisty jak ostatni. Błękitnokrwisty z Montpellier, poważany i ceniony arystokrata rodu Sanguine, został bezceremonialnie i otwarcie zignorowany przez kogoś, kto winien był okazać mu przynajmniej udawane zainteresowanie!

Sprzedawcy złomu poukładali na straganach strącone przez brodacza przedmioty, komentując między sobą akcję Szpitalników i zerkając z nadzieją w oczach na wynalazcę. Ten zaś obejrzał się nad ramieniem słysząc znaczące chrząknięcie Lodovica.

- Nie są tacy kryształowi jakby można sądzić, wasza miłość - powiedział przyciszonym głosem najemnik - Mają fundusze, aby leczyć, ale nie robią tego powszechnie. W Saint Chenil ludzie chorzy na płucną grzybicę leżą na ulicach, ale im nikt nie pomaga. To była gładka gadka na użytek gapiów. Dam sobie głowę uciąć, że złapali tamtego po to, by wyciągnąć z niego źródło dostaw, a nie dla leczenia.

- To nie pomniejsza znaczenia ich ostrzeżeń, panie Lodovic - odparł neutralnym tonem Leon Thibaut - Widziałem na własne oczy leperosów w ostatnim stadium choroby, tych duszących się zagrzybioną flegmą. Jeśli czerwonokrzyżowcy uważają, że to Żar roznosi tę chorobę, należy się go bezwzględnie wystrzegać. To wybitni specjaliści w swoim fachu i doskonale zaznajomieni z tematem, więc wiedzą, co mówią.

- Proszę mnie źle nie zrozumieć, wasza miłość - zastrzegł natychmiast ochroniarz - Ja żywię wielki szacunek dla doktorów, ale drażni mnie, że czasami pozują na bezinteresownych zbawców świata. Wiem, że nimi nie są.

- Interesujący punkt widzenia - oznajmił Sanguine spoglądając na Lodovica wzrokiem, w którym mieszało się ze sobą zaciekawienie oraz pewna doza ostrzegawczej przygany - Dziękuję za podzielenie się tak odważną opinią. Odważną i kontrowersyjną. Na niej poprzestańmy, udając się w zamian w jakieś inne interesujące miejsce. Co może mi pan zaproponować, panie Lodovic?
Napiszę wieczorem z domu, co tam jeszcze ciekawego znajdzie nasz wynalazca! Co zaś do znaczenia powyższej scenki, chciałbym położyć nacisk na przykre rozczarowanie Leona. W Montpellier Szpitalnicy z Bastionu - sztabu tej frakcji w Królewskim Rubinie - okazują arystokracji zasłużony szacunek. Ten tutaj potraktował Leona jak plebejusza, zbył go demonstrując szokujący brak zainteresowania propozycją spotkania, którą Leon mu przedłożył. Wyglądało to wręcz tak jakby tulońscy Szpitalnicy nie traktowali Sanglierów z respektem przynależnym tak znamienitym Frankom. Oburzające i trudne to zaakceptowania przeżycie!

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 641
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 155 times
Been thanked: 116 times

Post autor: Nanatar » 12 sierpnia 2018, 21:34

Port Lagagne, Tulon

Niecodzienne zdarzenie wziął Leon za uśmiech losu, mogący szybko przenieść wynalazcę do ogrodu obfitości. Właściwie przedstawiając się czuł już trzymany w ręce kwiat wiedzy. Kiedy profilaktor bezceremonialnie odmówił spotkania, i co szło za tym pomocy z kwiatu wyrosły ciernie, raniące boleśnie ambicję i nadzieje szlachcica. Zdołał on utrzymać na wodzy gniew i rozczarowanie, choć czuł się tak, jakby czerwonousta kurtyzana odmówiła mu wieczoru mimo pękatej sakiewki, którą w jego mniemaniu była jego błękitna krew.

Zrozumiał, że pozycja szpitalników musiała być w Tulonie bardzo silna. Ze spokojem przyjrzał się zimnym oczom czerwonokrzyzowca, próbując zgadnąć skrywane przez tamtego tajemnice. Czy gdyby z propozycją wystąpił sam dziedzic, szpitalnik postąpiłby tak samo? Ale Abdel nigdy by nie wysunął podobnej propozycji. - próbował zgadywać wynalazca. Zdał sobie sprawę, że lata spędzone poza dworem pozbawiły go wyczucia posiadanego przez dworzan w Monpellier.

Wysłuchał z uwagą opinii Lodovica lekko się uśmiechnąwszy, chętnie przyznałby rację przewodnikowi, ale dość było niefrasobliwych słów. Musiał odpowiedzieć dyplomatycznie, jak od niego oczekiwano, w duchu jednak cieszył się, że ma do czynienia z człowiekiem otwartym, szczerym i odważnym. Uznając, że sytuacja rzucała na szpitalników z Tulonu zupełnie nowe światło, a ich arogancja mogła być ich słabością, postanowił powrócić do swej pracy.

- Co może mi pan zaproponować, panie Lodovic?
To co jeszcze znajdziemy tego wieczoru?

Jak wyglądają nasze pancerze na drogę? Rozumiem, że nie są to skóry nabijane ćwiekami, ale znacznie lepsza technologia.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 13 sierpnia 2018, 16:09

Port Lagagne, Tulon

Lodovic nieco pomarkotniał uświadomiwszy sobie, że kunsztownie wykonane nakręcane zegary z kukułką jednak nie powaliły Leona Thibauta na kolana. Wraz z przewodnikiem pomarkotnieli również zegarmistrzowie, którzy tłocznie oblegali możnego klienta oferując mu coraz to wymyślniejsze dzieła swych rąk.

- To jest coś wręcz przepięknego, zacni panowie - oznajmił wynalazca chcąc zatrzeć nieco złe wrażenie wywołane odmową kupna czegokolwiek, co miało niewielkie metalowe trybiki i co godzinę waliło młotkiem w blaszany gong - Precyzja wykonania budzi moje najwyższe uznanie. Gdybym nie wybierał się poza granice cywilizacji, od razu bym złożyłbym zamówienia na co najmniej trzy, cztery sztuki, dziś jednak muszę z przykrością odmówić, do mej następnej wizyty w tym cudownym mieście.

Ująwszy Lodovica pod ramię Sanguine przysunął usta do ucha przewodnika.

- Bardzo jestem wdzięczny za wizytę w tym fascynującym przybytku, niemniej jednak najbardziej zależy mi na komponentach elektrycznych. Znajdziemy coś takiego w pobliżu?

- W Port Lagagne raczej nie, wasza miłość. Na pewno w Ferrallies, ale już wspominałem, że tam po zmroku jest dość niebezpiecznie. Nawet z naszą eskortą zniechęcałbym waszą miłość do wizyty tam o tej porze.

- Jeśli przewodnik tak twierdzi, nalegam na zmianę planów, wasza miłość - dodał stanowczym tonem sierżant Bonnet - Bezpieczeństwo przede wszystkim.
Leon i Angeline mają szyte na miarę skórzane kurtki i spodnie z naszytymi we wrażliwych miejscach metalowymi płytkami. Elegancja przede wszystkim, bo to ostatnia linia obrony. Generalnie brać na siebie ciosy i krwawić mają członkowie świty, nie nasza drużynowa szlachta.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 14 sierpnia 2018, 00:05

Terres Putain, Noc

- Oczywiście Abdel. Kończmy i spadajmy - kiwnął na Polanina. Olbrzym kiwnął głową po czym wlał resztę alkoholu do swojego kubka i posłusznie skończył.

- Przecież nie zostawie na zmarnowanie... - kiwnął rozbrajająco ramionami, gestem zupełnie nie pasujacym do człeka tej postury i aparycji. Barthez szepnął coś Yuranowi i cała trójka opuściła Le Cirque. Abdel stwierdził w myślach, że po takiej ilości piekielnie mocnego trunku jaką właśnie wypił olbrzym, pewnie straciłby przytomność od upojenia alkoholwoego, ale Yuran zdawał się być wciąż absolutnie trzeźwy. Znów zapuścili się w gąszcz węższych uliczek tnących kwartały fabryczek, magazynów czy zwykłych domostw. Po kilku minutach dotarli do znajdujacej się przy samym nabrzeżu rudery. Barthez wszedł w wąski, ciemny zaułek oddzielający zapuszczoną kwaterę od następnego budynku. Za nim postąpili Abdel i Yuran. Miejsce o dziwo nie cuchnęło zbytnio fekaliami, ani nie było zbytnio zaśmiecone, choć tego można byłoby się spodziewać po tym ustronnym miejscu. Helweta wyszedł na tył zaniedbanego budynku i podszedł do pokrytych rdzą wrót w umieszczonych nisko przy fundamencie rudery. Bez wahania je otworzył zszedł po stromych schodkach w dół.

Cała trójka znalazła się w wilgotnej piwnicy. Nie było tam ani foteli, ani krzeseł, jedynie kilka starych, rozklekotanych ławek. Brudne, grube zasłony pokrywały wszystkie mury. Gdzieś z oddali dochodziły odgłosy dziwnego, przytłumionego kaszlu i świszczącego oddechu. Zza jednej z zasłon wyszedł mały, może siedmioletni chłopiec. Odziany był w dość przyzwoicie, ale był bardzo blady i miał podkrążone oczy. Podszedł do przybyszów trzymając mały worek z koziej skóry i spytał:

- Unity?

Chciał podać rękę Abdelowi, jakby znał odpowiedź, ale Barthez spokojnie podał malcowi małą sakiewkę i powiedział:

- Wołaj Dzięcioła.

Chłopak zniknął równie szybko jak się pojawił a Helweta cicho wyjaśnił dziedzicowi:

- Nie wiem, czy dostaniesz tu czarny proch, ale z pewnością każdy inny jakiego sobie zażyczysz. Muszę tylko ostrzec, że jeśli chcesz brać