PBF - Błogosławiona Krew

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Keth » 23 lipca 2019, 22:36

Klasztor w Lucatore, przedpołudnie 2 lipca 2595

Wspinaczka na klasztorne wzgórze okazała się dla dziedzica wyzwaniem większym niźli cała dotychczasowa podróż na wschód. Kamienista, wijąca się niczym żmija droga przeznaczona była dla odzianych w sandały prostaków i ich hałaśliwe osły, nie zaś szlachetnie urodzonych przedstawicieli cywilizowanego świata. Abdel przez cały czas wspinaczki starał się zachować powściągliwy wyraz oblicza, w swym wnętrzu gotował się jednak z nadmiaru emocji. Chociaż niebiosa szczęśliwie oszczędziły mu deszczu, wysoko ponad miasteczkiem powietrze było przejmująco zimne, a silny wiatr jeszcze pogłębiał wrażenie upiornego przemarznięcia do szpiku kości.

- Spójrz na tę zachwycającą panoramę, kuzynie - powiedział zdradzającym ekscytację głosem Leon Thibaut, stojący na zdradliwej krawędzi stoku i gapiący się cielęcym wzrokiem w dół na odległe dachy Lucatore - Czy to nie przepiękny widok?

Dziedzic wymamrotał coś w odpowiedzi pod nosem, coś mogącego uchodzić za cokolwiek. Jego spojrzenie powędrowało dla odmiany w górę, ku niedalekiej już na szczęście bramie klasztoru.

- Nie rozumiem jak ktoś chciałby dobrowolnie gnić w tym miejscu? - żachnął się nie kierując swego pytania do nikogo konkretnego i nie oczekując odpowiedzi - Zionie chłodem i dam głowę w zastaw, że nie mają tutaj porządnej kanalizacji.

Zaciskając zęby Abdel pokonał ostatnie kilkaset metrów dzielących go od wielkiej klasztornej bramy, uświadamiając sobie z rosnącym podziwem wobec samego siebie, iż nie uległ wyzwaniu, które złamałoby niejednego butnego arystokraty z Montpellier.

Leciutki uśmieszek tryumfu zniknął z ust Franka na widok stających w bramie mieszkańców klasztoru.

Lucio Bastardo, Furor Lucatore, powitał nadchodzącą kawalkadę gości bardzo oszczędnym skinięciem głowy. Towarzyszący mu wojownicy kultu, noszące długie płaszcze z kapturami miecznicy, sprawiali wrażenie gotowych na wszystko fanatyków, na jedno słowo przywódcy zdolnych do podniesienia ręki nawet na nietykalnego w cywilizowanych kręgach posła.

- Żelazna Emisariuszka oczekuje waszego przybycia - oznajmił nieszczególnie przyjaznym tonem Bastardo - Nim jednak staniecie przed jej obliczem, oddacie nam w depozyt swoją broń oraz wszelkie inne przedmioty mogące stanowić zagrożenie dla czcigodnej wdowy.


Obrazek
Po kilku godzinach znojnej wspinaczki dotarliście do klasztoru. Straż pod rozkazami Furora zatrzymała Was za bramę nakazując oddać cały oręż.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: 8art » 23 lipca 2019, 23:27

Klasztor w Lucatore, przedpołudnie 2 lipca 2595

Pogrążony w myślach najemnik wspinał się spokojnie po wijącej się ku klasztorowi krętej drodze, rozważając dalej sens, lub bezsens burzy jaką wywołało przedstawienie Scirocco. Barthez zachodził w głowę, czy biczownik, był tylko podstawionym narzędziem, mającym na celu spowodowanie chaosu, na czym na ten przykład mogliby skorzystać włodarze Bergamo, czy działał z własnej popychanej religinją ekstazą inicjatywy. Helweta nie widział w swym życiu zbyt wielu biczowników, ale słyszał, iż ludzie ci cieszyli się w Purgarii rosnącą popularnością. Trudno było jednak uwierzyć, żeby ruch ten miał jakąś strukturę i cele, albo dali się łatwo manipulować.

Przerwał rozważania, gdy już dotarli do bram klasztoru, a stojący w orszaku powitalnym Lucio stanowczo poprosił o zdanie broni. Helweta nie miał przed tym oporów. Zamek wydawał się miejscem bezpiecznym, a jeśli takim nie był, to w przeżyciu nie pomógłby mu żaden arsenał. Wystarczyło spojrzeć na anababtystów, gotowych na wszystko. A Barthez wiedział, że takich szowinistów jest w trzewiach klasztoru dużo więcej. Nie uszliby stąd żywi, gdyby tylko Żelazna Emisariuszka tak zdecydowała. Barthez spokojnie odpiął pas z pistoletem, i nadziakiem. Oddał strzelbę i nóż.
Jak wygląda nasz orszak, tzn kto poszedł zarystokratami do klasztoru oprócz Helwety.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Suriel » 24 lipca 2019, 21:43

Klasztor w Lucatore, przedpołudnie 2 lipca 2595

Obrazek

- ...- Spójrz na tę zachwycającą panoramę, kuzynie. Czy to nie przepiękny widok?

Dziedzic odpowiedział coś na odczepne swojemu kuzynowi. W myślach zaś miał wielką ochotę popchnąć go teraz, w akcie czystej ludzkiej złośliwości, wprost w tą otchłań otwierającą się zaraz za zdradliwą ścieżką, po której się wspinali od tak wielu godzin.

Miałbyś wtedy Leonie, możliwość podziwiania owej zachwycającej panoramy, z lotu ptaka. Spadającego ptaka, konkretnie rzecz ujmując...

Przez chwilę wyobraził sobie tą scenę. Spadający kuzyn, uderza czaszką o skalane występy w locie, zostawiając krwawe ślady. Ale siłą grawitacji ciągnie go nadal w dół, by jego ciało nadal zahaczając o kolejne ostre krawędzi skał, mogło się w końcu roztrzaskać finalnie, o jeden konkretnej wielkości głaz, na samym dnie tejże otchłani. Stręczące bielą kości Leona i zmaltretowane ciało leżące na kamiennym ołtarzu bólu. Żona wypłakująca oczy po jego stracie.

Och... To go nieco podnieciło. Dodało mu animuszu do wspinaczki. Niemal od razu przypomniało mu także, o scenie którą widział niedawno w Lucratore. Sirocco. Ubiczowany, o odartym ze skóry ciele. Całe jego plecy płonęły żywym bólem. Przepełniony wiarą w Jedynego masochizm łączył się mistycznym uniesieniu w jedno wielkie przeżycie, które dziedzic świetnie rozumiał. Miał wrażenie jakby wspinali się na tą samą górę. Tylko z innych stron. Abdel preferował ból zadawać, niźli go znosić osobiście. Tamten zaś odwrotnie.

Mój boże, jak ja dawno już sobie nie ulżyłem w tej materii. Ale nadjedzie czas, nadejdzie wkrótce czas... Muszę być jeszcze trochę cierpliwym i...

Jego słowa wypowiedziane na rynku, pozostawały w myślach młodzieńca. Zapamiętał je, a że niewiele mu mówiły, zamierzał dopytać kogoś bardziej biegłego w Słowie, co też mogły one znaczyć. Oczywiście, w stosownej do tego chwili.
Pocieszając się nadal sadystyczną myślą, którą przywołał wcześnie w umyśle, w końcu dotarł na szczyt.
Słowa Furora przyjął spokojnie, spodziewając się takiego obrotu spraw.

- Witaj Furrorze, wybacz że nie złożę u samego wejścia należnych słów powitania, ale nie zwykłem do takich wspinaczek. Jak zapewne się spodziewałeś. Oczywiście złożymy broń by nie uchybić, sławetnej gościnności rodu w progi którego stajemy. Spodziewamy się zaś, w zamian należnego szacunku osobie ambasadora Franków oraz ludzi z jego pocztu. - Uśmiechnął się nieco na siłę, przez zmęczenie - Wszak, w przyjaźni się spotykamy.
Rozumiem, ze Jambon przygotował drobne smakołyki z Frankorii jak polecił mu wcześniej Abdel? No bo tak z pustymi rękami w gości...
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Keth » 25 lipca 2019, 21:08

Klasztor w Lucatore, przedpołudnie 2 lipca 2595

Kiepsko dopasowane podłogowe deski, rdzewiejące elementy z metalu, porowate bloki kamienia, przerażające skąpa ilość dekoracji. Wnętrze klasztoru jawiło się Abdelowi jakimś kadrem z sennego koszmaru, stanowiąc swym całokształtem kwintesencję bezguścia. Prowadzona przez posępną eskortę delegacja przemierzała surowe korytarze, z rzadka rozświetlone światłem dnia sączącym się do środka przez kanciaste okna. Budowla zionęła głębokim chłodem, przez co dziedzic ustawicznie czuł na wszystkich kończynach gęsią skórkę. Wijące się tu i ówdzie elektryczne kable sugerowały istnienie jakiegoś źródła energii, ale w zasięgu wzroku Franków nie paliła się ani jedna żarówka, co dla odmiany nakazywało wątpić w sprawność klasztornej elektryki.

Napotykani wewnątrz anabaptyści nosili ciemne stroje z kapturami, przywodząc Abdelowi na myśl jakieś czarne upiory, nieme, bacznie świdrujące intruzów wzrokiem spod grubego szorstkiego materiału swych nakryć głów. Wszyscy byli też uzbrojeni, albo w przytroczone do pleców miecze albo długie drzewca z podłużnymi ostrzami. Rozbrojeni jeszcze na dziedzińcu i na dodatek bardzo skrupulatnie przeszukani,