[center]
Jaskinia Tarczowniczek[/center]
Galvat siedział cicho trzymając język za zębami. Szczególnie gdy pojawił się Daffyd, który również podejrzanie patrzył na Zamorańczyka. Jednak, gdy Sigurn zapytała o plany, Galvat poruszył się wyraźnie. Wiedział, że wypadałoby coś rzec, aby nie wyglądać na jeszcze bardziej wrogiego i podstępnego. Otworzył usta zaczynając spokojnym i miękkim tonem:
- Cały czas myślę co dalej zrobić i jeszcze decyzji nie podjąłem. Wydaje mi się, że to co będziemy dalej robić zależy od odpowiedzi na kilka pytań, na które nie znamy odpowiedzi. A mianowicie chodzi mi o tych Hyperborejskich oprawców... Z iloma walczyłyście? Ilu razem ich jest, skoro chcieli wciągnąć was w pułapkę? Jak daleko jest wioska i ilu tam jest mężów gotowych stawić opór? To tylko kilka pytań, które nie dają mi spokoju. Gdy usłyszymy odpowiedź, zapewne pojawią się kolejne pytania, a wtedy uzyskasz moją ostateczną odpowiedź.
Galvat otulił się w odzienie jeszcze bardziej, zdradzając oznaki wyziębienia. Nie miał zamiaru ukrywać faktu, że wkurwia go okolica, temperatura i temperament tubylców. Gdyby nie ogień i coś do jedzenia zacząłby rozgadać się po pozostałych, zastanawiając się od kogo mógłby przywłaszczyć sobie odrobinę żywności. Delikatnie sine usta i niekontrolowany ruch dolnej szczęki był aż nadto denerwujący. Jednak jak na pospolitego Zamorańczyka trzymał się nad wyraz dobrze. Innych z jego rodzaju drążyłaby już choroba i kłopoty z mięśniami. Ale nie Galvata, który postanowił spróbować swych sił w krainach północy. Złodziej wiedział, że doświadczenie wyniesione z tych ziem, będzie nieocenionym atutem gdy znów pojawi się w Zamorze - mieście wielu możliwości.
Spojrzał na Hroth'a i zmrużył oczy.
Ja pierdolę... Ten tutaj byłby w stanie wyrwać więzienne kajdany z ściany, wygiąć kraty w celi i wsadzić je w dupę strażnikom. Jebaniec Nehaher jak zawsze wie jak ochronić się przed fizycznym zagrożeniem... - rozmyślał patrząc na posturę wojownika. Nie wiedząc dlaczego przypomniał sobie starcie z kamiennym potworem na pirackiej wyspie, któremu wybył rubinowe oko. Hroth wyglądał na kogoś o podobnej sile i twardości. Wyobraźnia zrobiła swoje, a reszta przyszła sama. Dlatego tez nie omieszkał zapytać towarzysza w typowy dla siebie sposób:
- Drogi Hrocie... Czy to prawda że nawet nie mając oka i ręki, byłbyś w stanie zgładzić cherlawych przeciwników? Niechybnie dużo jadłeś w dzieciństwie, nadal jesz i jak mniemam będziesz dalej jadł... - Galvat po zakończeniu wypowiedzi zastanawiał się ilu wrogów pożarł głodny Vanir. Dla niego sprawa była jasna... Tutaj duży zjadał mniejszego - dosłownie. Przerwał swe rozmyślania i odwrócił się do Sigurn:
- Chętnie zaangażuję się w konflikt, ale nie taki który zakłada stawienie oporu przeciwnikom w większej liczbie. Może lepiej będzie wycofać się do miasta i szukać sojuszników? Szukam przygody, a nie głupiej śmierci. Potrójna ostrożność gwarantem przetrwania... Nawyki z Zamory lesze niż mleko matki. Wiem co mówię. Więc powiedz mi wojowniczko na czym stoimy i jak wygląda sytuacja strategiczna. Może i nie jestem stąd, ale wiem kiedy odejść od stołu i odkleić karty od dłoni. Więc? Ili ich jest? I gdzie się kryją? Da się ich nocą podejść? - kolejne pytania wylały się z ust Galvata.
Zamorańczyk jest bezpośredni. Oczekuje odpowiedzi i nie ukrywa, ze bez nich nie będzie wspierał wojowniczek. Nie jest dobrym samarytaninem, który umiera już w prologu.