Daffyd rozejrzał się. Panujący spokój był wręcz nadnaturalny. Zmrok zbliżał się szybko i Bossończyk zastanawiał się, czy wchodzenie prawie o zmroku do wioski t dobry pomysł, czy też lepiej poczekać do rana. Z drugiej strony kolejny nocleg na pustkowiu mu się nie uśmiechał. Odwrócił się do odzyskującego zmysły Hrotha.
- Ty najlepiej znasz Wasze zwyczaje. Możemy wejść do wioski, czy lepiej odczekać do rana? Nie wiem czemu Ty tu zdążasz, ale ja idę tropem człowieka odpowiedzialnego za śmierć mojej rodziny; jeżeli zobaczy Ciebie, nic nie będzie podejrzewał; jeżeli zobaczy mnie, nie będzie miał złudzeń w jakim celu trafiłem na Północ...
PBF - Aquilońskie Pogranicze
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
[center]Przemyślenia Daffyda...[/center]
Daffyd, gdyby był u siebie z dużą ostrożnością podchodziłby po zmroku do osady, nawet rodzinnej. Jego pobratymcy byli czujni, częste najazdy Piktów, czasami zaś i innych rabusiów nauczyły jego lud czujności. Po zmroku najpierw strzelali potem pytali kto idzie.
Ta wioska była dziwna, z tego co widział Bossończyk, nie miała nawet palisady. To rzadkość wśród osad Północy. Rajdy na ziemie sąsiadów to ulubiona rozrywka jarlów, i różnych pomniejszych wodzów pragnących zdobyć sławę w boju i bogactwo kosztem innych. Na ziemię Vanirów napadali także Cymeryjczycy, Aesirowie i Piktowie, czasami zaś nawet łowcy niewolników z innych ziem i ludów.
Coś musiało być powodem beztroski mieszkańców zaniedbujących budowę umocnień, co to było Pogranicznik miał się dopiero dowiedzieć. Jego nowo poznany towarzysz był nader milczący. Daffyd cieszył się z trofeum jakie zdobył, białych niedźwiedzi w jego stronach nie było. Posiadanie naszyjnika z kłów i pazurów tego białego ludojada przysporzy mu z pewnością sławy i znaczenia wśród swoich. Bo wkrótce tam wróci, po tym jak dokona zemsty.
Daffyd, gdyby był u siebie z dużą ostrożnością podchodziłby po zmroku do osady, nawet rodzinnej. Jego pobratymcy byli czujni, częste najazdy Piktów, czasami zaś i innych rabusiów nauczyły jego lud czujności. Po zmroku najpierw strzelali potem pytali kto idzie.
Ta wioska była dziwna, z tego co widział Bossończyk, nie miała nawet palisady. To rzadkość wśród osad Północy. Rajdy na ziemie sąsiadów to ulubiona rozrywka jarlów, i różnych pomniejszych wodzów pragnących zdobyć sławę w boju i bogactwo kosztem innych. Na ziemię Vanirów napadali także Cymeryjczycy, Aesirowie i Piktowie, czasami zaś nawet łowcy niewolników z innych ziem i ludów.
Coś musiało być powodem beztroski mieszkańców zaniedbujących budowę umocnień, co to było Pogranicznik miał się dopiero dowiedzieć. Jego nowo poznany towarzysz był nader milczący. Daffyd cieszył się z trofeum jakie zdobył, białych niedźwiedzi w jego stronach nie było. Posiadanie naszyjnika z kłów i pazurów tego białego ludojada przysporzy mu z pewnością sławy i znaczenia wśród swoich. Bo wkrótce tam wróci, po tym jak dokona zemsty.
Garść przemyśleń Daffyda okiem MG, w celu ukazania mojego spojrzenia na Hyborię.
Ostatnio zmieniony 25 listopada 2018, 11:56 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Okolice osady Byrth nad Jeziorem Wdowich Łez[/center]
Nenaher brnął przez śnieg, w zapadającym zmroku, mamrocząc pod nosem kolejne przekleństwa. Musiał przyznać, że ostatnio znacznie rozwinął ich zakres, tworząc nawet kilka ciekawych neologizmów. Pieruński śnieg! Białe ohydztwo zatracone! Owszem, w czasie studiów w Luksorze wyczytał, iż w barbarzyńskich krainach pada czasami toto z nieba, lecz nigdy by nie przypuszczał, że jest tego tyle! I po cóż, na litość Seta? Nie czyniło to przecie życia lżejszym. Do tego było dosłownie wszędzie. I było zimne. To był zdecydowanie główny problem. Beznadziejnie zimne. Nawet okutany w skóry, czuł wyraźnie chłód przenikający przez grube buty i nogawice spodni.
Idąc, wspierał się na kosturze wykonanym z kawałka dziwnie powykręcanego drzewa, jaki przypadkiem znalazł jakiś czas temu. Nie miał on bynajmniej żadnych szczególnych mocy, ale po wydrapaniu na nim kozikiem kilku run, zaczął wyglądać całkiem przekonywająco. Kilka dni temu Nehaher dowiązał do niego także wyschnięte truchło nietoperza, co zdecydowanie dodało jego "szamańskiej" lasce powagi i autentyzmu. W świecie, w którym ludzie najpierw łapali za żelastwo, a dopiero później zadawali pytania, wolał, by już z daleka można było odgadnąć, jakim zawodem się para. Na szczęście bowiem szamani, jako nieliczni uzdrowiciele i skarbnice tradycji rodowej, cieszyli się na Północy względnym szacunkiem.
[center]
[/center]
Teraz także miał nadzieję, iż ta okoliczność dopomoże mu w rozmowie z obcymi. Widział ich zresztą doskonale, mimo gęstniejącego szybko mroku: dwie ciemne sylwetki, przedzierające się przez zaspy w stronę wsi. Wyższy z mężczyzn wspierał się ciężko na ramieniu drugiego. Czyżby był ranny? Czarownik poczuł ukłucie niepokoju. Ranny berserker zwiastował jedynie kłopoty... Ruszył szybciej, przebijając się przez zwały przeklętego, białego draństwa... Na jego widok obaj wędrowcy zatrzymali się nagle. Dłoń szczuplejszego uniosła się w kierunku łuku. Poza tym jednak żaden z nich nie wykonał żadnego wrogiego gestu.
- Witaj Hrocie Skrwawiony! - odezwał się czarnoksiężnik, uśmiechając się szeroko, mimo, iż żaden z przybyłych nie mógł widzieć jego twarzy, okolonej głębokim kapturem podbitym futrem. - Oby twój miecz nieustannie karmił się posoką wrogów!
Zatrzymał się kilkanaście kroków dalej, wspierając ciężko na kosturze. Nie miał bowiem zamiaru ryzykować utraty głowy. Prawą rękę wzniósł jednakże w geście pokojowego pozdrowienia, rozumianego jednako przez wszystkie ludy.
- Jestem Morethil, przyjaciel Grimnira - odezwał się znów. Mówił powoli i wyraźnie, tak, jak zwracałby się w Stygii do dziecka, starając się, by wielki barbarzyńca zrozumiał każde słowo. - I z radością powitam cię, w mej skromnej chacie - Czy to nie było zbyt wiele słów jak na tych vanirskich dzikusów? Miał nadzieję, że nie...
- Starszy Wsi zaniemógł zresztą srodze. A inni jak widać nie kwapią się, by was powitać. Chodźcie przeto za mną, pewnikiem bowiem strudzeniście okrutnie...
[center]
[/center]
Nenaher brnął przez śnieg, w zapadającym zmroku, mamrocząc pod nosem kolejne przekleństwa. Musiał przyznać, że ostatnio znacznie rozwinął ich zakres, tworząc nawet kilka ciekawych neologizmów. Pieruński śnieg! Białe ohydztwo zatracone! Owszem, w czasie studiów w Luksorze wyczytał, iż w barbarzyńskich krainach pada czasami toto z nieba, lecz nigdy by nie przypuszczał, że jest tego tyle! I po cóż, na litość Seta? Nie czyniło to przecie życia lżejszym. Do tego było dosłownie wszędzie. I było zimne. To był zdecydowanie główny problem. Beznadziejnie zimne. Nawet okutany w skóry, czuł wyraźnie chłód przenikający przez grube buty i nogawice spodni.
Idąc, wspierał się na kosturze wykonanym z kawałka dziwnie powykręcanego drzewa, jaki przypadkiem znalazł jakiś czas temu. Nie miał on bynajmniej żadnych szczególnych mocy, ale po wydrapaniu na nim kozikiem kilku run, zaczął wyglądać całkiem przekonywająco. Kilka dni temu Nehaher dowiązał do niego także wyschnięte truchło nietoperza, co zdecydowanie dodało jego "szamańskiej" lasce powagi i autentyzmu. W świecie, w którym ludzie najpierw łapali za żelastwo, a dopiero później zadawali pytania, wolał, by już z daleka można było odgadnąć, jakim zawodem się para. Na szczęście bowiem szamani, jako nieliczni uzdrowiciele i skarbnice tradycji rodowej, cieszyli się na Północy względnym szacunkiem.
[center]
[/center]Teraz także miał nadzieję, iż ta okoliczność dopomoże mu w rozmowie z obcymi. Widział ich zresztą doskonale, mimo gęstniejącego szybko mroku: dwie ciemne sylwetki, przedzierające się przez zaspy w stronę wsi. Wyższy z mężczyzn wspierał się ciężko na ramieniu drugiego. Czyżby był ranny? Czarownik poczuł ukłucie niepokoju. Ranny berserker zwiastował jedynie kłopoty... Ruszył szybciej, przebijając się przez zwały przeklętego, białego draństwa... Na jego widok obaj wędrowcy zatrzymali się nagle. Dłoń szczuplejszego uniosła się w kierunku łuku. Poza tym jednak żaden z nich nie wykonał żadnego wrogiego gestu.
- Witaj Hrocie Skrwawiony! - odezwał się czarnoksiężnik, uśmiechając się szeroko, mimo, iż żaden z przybyłych nie mógł widzieć jego twarzy, okolonej głębokim kapturem podbitym futrem. - Oby twój miecz nieustannie karmił się posoką wrogów!
Zatrzymał się kilkanaście kroków dalej, wspierając ciężko na kosturze. Nie miał bowiem zamiaru ryzykować utraty głowy. Prawą rękę wzniósł jednakże w geście pokojowego pozdrowienia, rozumianego jednako przez wszystkie ludy.
- Jestem Morethil, przyjaciel Grimnira - odezwał się znów. Mówił powoli i wyraźnie, tak, jak zwracałby się w Stygii do dziecka, starając się, by wielki barbarzyńca zrozumiał każde słowo. - I z radością powitam cię, w mej skromnej chacie - Czy to nie było zbyt wiele słów jak na tych vanirskich dzikusów? Miał nadzieję, że nie...
- Starszy Wsi zaniemógł zresztą srodze. A inni jak widać nie kwapią się, by was powitać. Chodźcie przeto za mną, pewnikiem bowiem strudzeniście okrutnie...
[center]
[/center]
Robię dobre wrażenie na przybyłych. Zero wrogich gestów.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 25 listopada 2018, 21:29 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
[center]Okolice osady Byrth nad Jeziorem Wdowich Łez[/center]
Po dywagacjach Daffyda zaczął się zastanawiać, czy faktycznie on powinien tam zachodzić? Dla ludzi północy byłby człekiem mocno podejrzanym w tych stronach. No z barbarzyńcą nieco mniej. Z drugiej strony był tu jako dziesięciolatek. Obcych może s[potkać złe przyjęcie...
Po niedługiej jednak chwili podszedł do nich szaman.
- Jestem Morethil, przyjaciel Grimnira...
Mówił dostojnie i wyraźnie dla obolałego Barbarzyńcy. Ten zaś wyprostował się i powiedział donośnym głosem starając się utrzymać powagę sytuacji.
- Witam cię Morethil rad jestem cię widzieć. - Wojownik ukłonił się lekko oddając szacunek szamanowi.
- Mnie i mego druha zatrzymał niedźwiedź. Przybyłem tu by cie wspomóc i oczyścić krainę ze zła. Z chęcią skorzystamy z twojej gościny. Ciesze się, że wyszedłeś ku nam to dla mnie zaszczyt.- Spojrzał na zielonookiego towarzysza.
- Na mojego druha mówią Daffyd jest z dalekich stron, przybył do naszej krainy po śladach kogoś, kogo szuka. Nie było czasu na gawędy. Mam nadzieje, że znajdziemy na to chwile w twoich progach. Mam też nadzieje, że dowiem się, cóż za zło zagraża naszym krainom.
Dobrze, że sytuacja się wyklarowała i mamy gdzie spędzić noc. Po długim czasie w reszcie wojownik znalazł wioskę i szamana. mógł znaleźć też czas na regeneracje swych ran.
Po dywagacjach Daffyda zaczął się zastanawiać, czy faktycznie on powinien tam zachodzić? Dla ludzi północy byłby człekiem mocno podejrzanym w tych stronach. No z barbarzyńcą nieco mniej. Z drugiej strony był tu jako dziesięciolatek. Obcych może s[potkać złe przyjęcie...
Po niedługiej jednak chwili podszedł do nich szaman.
- Jestem Morethil, przyjaciel Grimnira...
Mówił dostojnie i wyraźnie dla obolałego Barbarzyńcy. Ten zaś wyprostował się i powiedział donośnym głosem starając się utrzymać powagę sytuacji.
- Witam cię Morethil rad jestem cię widzieć. - Wojownik ukłonił się lekko oddając szacunek szamanowi.
- Mnie i mego druha zatrzymał niedźwiedź. Przybyłem tu by cie wspomóc i oczyścić krainę ze zła. Z chęcią skorzystamy z twojej gościny. Ciesze się, że wyszedłeś ku nam to dla mnie zaszczyt.- Spojrzał na zielonookiego towarzysza.
- Na mojego druha mówią Daffyd jest z dalekich stron, przybył do naszej krainy po śladach kogoś, kogo szuka. Nie było czasu na gawędy. Mam nadzieje, że znajdziemy na to chwile w twoich progach. Mam też nadzieje, że dowiem się, cóż za zło zagraża naszym krainom.
Dobrze, że sytuacja się wyklarowała i mamy gdzie spędzić noc. Po długim czasie w reszcie wojownik znalazł wioskę i szamana. mógł znaleźć też czas na regeneracje swych ran.
Daffyd słuchając wymiany zdań zaczął się zastanawiać. Najwyraźniej witający ich człowiek - kimkolwiek był - wiedział o obecności barbarzyńcy nazywając go po imieniu, chociaż nie zwrócił uwagi na Bossończyka. Sam barbarzyńca najwyraźniej rozpoznał wymieniane przez niego imiona i bez wahania ruszył w ślad za zakapturzonym człowiekiem.
Hm...czyżby zło, o którym wspominał Hroth miało coś wspólnego ze ściganym przez pogranicznika człowiekiem?
Na razie najwyraźniej czekał na nich nocleg na tyle komfortowy, na ile mógł być w takich warunkach. Chociaż śnieg nie będzie się sypał na głowy.
Daffyd ruszył w ślad za Vanirem obiecując sobie, że gdy tylko dopadnie jakiegoś ogniska, to natychmiast zajmie się coraz bardziej ciążącymi mu u plecaka niedźwiedzimi łapami...Z ciekawością rozglądał się przy tym po osadzie, która wydawała się dziwnie opustoszała...
Hm...czyżby zło, o którym wspominał Hroth miało coś wspólnego ze ściganym przez pogranicznika człowiekiem?
Na razie najwyraźniej czekał na nich nocleg na tyle komfortowy, na ile mógł być w takich warunkach. Chociaż śnieg nie będzie się sypał na głowy.
Daffyd ruszył w ślad za Vanirem obiecując sobie, że gdy tylko dopadnie jakiegoś ogniska, to natychmiast zajmie się coraz bardziej ciążącymi mu u plecaka niedźwiedzimi łapami...Z ciekawością rozglądał się przy tym po osadzie, która wydawała się dziwnie opustoszała...