Daffyd szybko zorientował się, że jego śladem ktoś podąża. Oglądając się za siebie dostrzegł potężną - jakże typową dla mieszkańców tych niegościnnych krain - sylwetkę. Nieznajomy niespiesznym krokiem schodził w dół przełęczy, idąc po śladach pozostawionych przez Bossończyka.
Szczęśliwie barbarzyńcy z północy byli znani z tego, że na swoich skalistych i pokrytych śniegiem górach terenach radzili sobie równie dobrze, co Bossończycy na pograniczu piktyjskim. Nieznajomy więc powinien zorientować się, że tropiciel ominął ciało nawet go nie dotykając. Zagadką jednak nadal pozostawały jego motywy - mieszkańcy tych mroźnych krain, zarówno Cymmerjczycy jak i Vanirowie czy Aesirowie nie ćwiczyli się w sztuce konwersacji a wszelkie problemy zwykli rozwiązywać ostrzem topora.
Daffyd odetchnął głęboko. Zadymka nieco zelżała, więc w krytycznej sytuacji mógł chociaż pomyśleć o wykorzystaniu łuku. Na samą myśl o stawieniu jednemu z barbarzyńców czoła w walce wręcz nawet zahartowanemu w zaciętych walkach z Piktami zrobiło się zimno. Nie widział jednak powodu, aby zaczynać swój pobyt na tych ziemiach od próby zastrzelenia jednego z ich mieszkańców.
Odwrócił się w kierunku nadchodzącego i w geście - miał nadzieję, że rozumianym także tutaj - wyciągnął w górę prawą dłoń, sygnalizując pokojowe zamiary.
Jak to u licha w języku Nordhaimr było "Nie mam złych zamiarów" albo coś podobnego? O, chyba tak...
"Jeg har ingen darlige intensjoner"...miał wrażenie, że czeka go przyspieszona nauka języka północy, jeżeli zamierza tu przeżyć...
PBF - Aquilońskie Pogranicze
-
TheThirdOne
- Reactions:
- Posty: 6
- Rejestracja: 13 listopada 2018, 19:58
Hroth nie spodziewał się zobaczyć czegoś odkrywczego, ale i tak z czystej ciekawości podszedł do trupa. Berserker chwycił zwłoki z zamiarem ich obrócenia by śnieg sam opadł z ciała. Przypuszczał, że może to być ktoś z wioski i w dobrym geście byłoby zwrócić ciało rodzinie.
Wędrowiec nie specjalnie go interesował chociaż na początku chwilę walczył ze sobą by móc do kogoś usta.
- No... Kiepski z Ciebie będzie kompan, ale lepszy taki niż żaden.
Śnieg który sam nie odpadł od trupa został odgarnięty na boki przez Hrotha odsłaniając resztę ciała.
Wędrowiec nie specjalnie go interesował chociaż na początku chwilę walczył ze sobą by móc do kogoś usta.
- No... Kiepski z Ciebie będzie kompan, ale lepszy taki niż żaden.
Śnieg który sam nie odpadł od trupa został odgarnięty na boki przez Hrotha odsłaniając resztę ciała.
Daffyd przyglądając się nieznajomemu widział, jak ten ignorując jego obecność nachyla się nad ciałem, które on sam postanowił zostawić za sobą. Zawahał się. Mógłby pójść naprzód, ale nie uśmiechała mu się perspektywa marszu w nieznanym terenie z obecnym za plecami człowiekiem o nieznanych motywach.
Spokojnym krokiem ruszył z powrotem swoimi śladami, cały czas czujnie przepatrując okolicę na wypadek, gdyby to nie zimno odpowiadało za śmierć znalezionego po drodze mężczyzny. Gdy zbliżył się na kilkadziesiąt kroków od nieznajomego zatrzymał się. Ten pochłonięty był odgarnianiem śniegu ze zwłok i przynajmniej z pozoru nie zwracał na nic innego uwagi.
Daffyd odchrząknął, przywołując całą swoją znajomość języka.
- odkryłeś jak zginął? Idąc samotnie nie chciałem go przeszukiwać, żeby nie podzielić jego losu jeżeli był ofiarą jakiejś napaści a widziałem, że jest już zbyt późno, aby próbować mu pomóc.
Mówiąc cały czas lustrował wzrokiem na przemian okolicę i nieznajomego, gotowy aby w każdej chwili dobyć broni w razie zagrożenia z którejkolwiek strony - chociaż swobodne zachowanie nieznajomego raczej świadczyło o tym, że nie uważał Bossończyka za wroga - albo też nie uważał go za wroga wartego uwagi a to już byłaby gorsza możliwość...
Spokojnym krokiem ruszył z powrotem swoimi śladami, cały czas czujnie przepatrując okolicę na wypadek, gdyby to nie zimno odpowiadało za śmierć znalezionego po drodze mężczyzny. Gdy zbliżył się na kilkadziesiąt kroków od nieznajomego zatrzymał się. Ten pochłonięty był odgarnianiem śniegu ze zwłok i przynajmniej z pozoru nie zwracał na nic innego uwagi.
Daffyd odchrząknął, przywołując całą swoją znajomość języka.
- odkryłeś jak zginął? Idąc samotnie nie chciałem go przeszukiwać, żeby nie podzielić jego losu jeżeli był ofiarą jakiejś napaści a widziałem, że jest już zbyt późno, aby próbować mu pomóc.
Mówiąc cały czas lustrował wzrokiem na przemian okolicę i nieznajomego, gotowy aby w każdej chwili dobyć broni w razie zagrożenia z którejkolwiek strony - chociaż swobodne zachowanie nieznajomego raczej świadczyło o tym, że nie uważał Bossończyka za wroga - albo też nie uważał go za wroga wartego uwagi a to już byłaby gorsza możliwość...
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
[center]Na zboczu Śpiącego Olbrzyma, góry Vanaheimu[/center]
Hroth wielokrotnie widywał ludzi, którzy pobłądzili w śnieżnej zamieci i zamarzli na kość, jednakże człowiek zagrzebany w zaspie na zboczu góry do nich nie należał. Twardy był podobnie jak tamci, skamieniały od mrozu na podobieństwo skały, ale przyglądający mu się Vanir od razu zauważył straszne rany na brzuchu i głowie nieznajomego. Dolna część torsu trupa została dosłownie rozerwana, ze zwierzęcą furią i niezwykłą siłą. Zwoje przemarzniętych wnętrzności wypadły pod ciało, poczerniałe od chłodu i przywodzące na myśl kłębowisko wielkich glist.
Czaszka również wyglądała strasznie; przynajmniej w odczuciu cywilizowanego człowieka. Hroth Skrwawiony nie bez powodu chlubił się swoim przydomkiem, toteż bez większego przejęcia obejrzał ślady po zębach, które dosłownie rozgryzły czaszkę nieznajomego. Cokolwiek go napadło, musiało być naprawdę niebezpieczne, toteż berserker natychmiast jął odmawiać w myślach modlitwę do Ymira prosząc swego boga, by ten zechciał w swej łaskawości zesłać bestię na wiernego czciciela.
Zakutany w futra wędrowiec stojący dotąd kilkaset kroków niżej ruszył z powrotem w górę krokiem zdradzającym ostrożne zaciekawienie, obserwując Vanira z bezpiecznej odległości. Widząc to Hroth sięgnął dłonią w dół, złapał za coś wystającego spod rozdartego odzienia trupa i schował pod własne futro nie chcąc, by nieznajomy owe znalezisko spostrzegł.
Skoro chwilę wcześniej przeszedł obojętnie obok zwłok, nie powinien był żywić urazy do spostrzegawczego Vanira, ale w surowych krainach Północy mniejsze preteksty wystarczały, by pozornie życzliwi względem siebie obcy nagle skakali sobie do gardeł.
- Odkryłeś jak zginął? - zawołał z odległości kilkunastu kroków drugi wędrowiec, mówiący z nierozpoznawalnym dla Hrotha obcym akcentem - Idąc samotnie nie chciałem go przeszukiwać, żeby nie podzielić jego losu, jeżeli był ofiarą jakiejś napaści. Widziałem, że jest już zbyt późno, aby próbować mu pomóc.
Hroth wielokrotnie widywał ludzi, którzy pobłądzili w śnieżnej zamieci i zamarzli na kość, jednakże człowiek zagrzebany w zaspie na zboczu góry do nich nie należał. Twardy był podobnie jak tamci, skamieniały od mrozu na podobieństwo skały, ale przyglądający mu się Vanir od razu zauważył straszne rany na brzuchu i głowie nieznajomego. Dolna część torsu trupa została dosłownie rozerwana, ze zwierzęcą furią i niezwykłą siłą. Zwoje przemarzniętych wnętrzności wypadły pod ciało, poczerniałe od chłodu i przywodzące na myśl kłębowisko wielkich glist.
Czaszka również wyglądała strasznie; przynajmniej w odczuciu cywilizowanego człowieka. Hroth Skrwawiony nie bez powodu chlubił się swoim przydomkiem, toteż bez większego przejęcia obejrzał ślady po zębach, które dosłownie rozgryzły czaszkę nieznajomego. Cokolwiek go napadło, musiało być naprawdę niebezpieczne, toteż berserker natychmiast jął odmawiać w myślach modlitwę do Ymira prosząc swego boga, by ten zechciał w swej łaskawości zesłać bestię na wiernego czciciela.
Zakutany w futra wędrowiec stojący dotąd kilkaset kroków niżej ruszył z powrotem w górę krokiem zdradzającym ostrożne zaciekawienie, obserwując Vanira z bezpiecznej odległości. Widząc to Hroth sięgnął dłonią w dół, złapał za coś wystającego spod rozdartego odzienia trupa i schował pod własne futro nie chcąc, by nieznajomy owe znalezisko spostrzegł.
Skoro chwilę wcześniej przeszedł obojętnie obok zwłok, nie powinien był żywić urazy do spostrzegawczego Vanira, ale w surowych krainach Północy mniejsze preteksty wystarczały, by pozornie życzliwi względem siebie obcy nagle skakali sobie do gardeł.
- Odkryłeś jak zginął? - zawołał z odległości kilkunastu kroków drugi wędrowiec, mówiący z nierozpoznawalnym dla Hrotha obcym akcentem - Idąc samotnie nie chciałem go przeszukiwać, żeby nie podzielić jego losu, jeżeli był ofiarą jakiejś napaści. Widziałem, że jest już zbyt późno, aby próbować mu pomóc.
Nasi bohaterowie się w końcu spotkali, pora na pierwszą wspólną konwersację!.
Każdy z nich z pewnością szacuje możliwości drugiego. W zimie w górach takich jak te, samotnie wędrują albo głupcy lub szaleńcy albo twardzi wędrowcy potrafiący o siebie zadbać
i przetrwać w pojedynkę. Kim okaże się spotkany na szlaku obcy?...
i przetrwać w pojedynkę. Kim okaże się spotkany na szlaku obcy?...
Ostatnio zmieniony 17 listopada 2018, 20:49 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
TheThirdOne
- Reactions:
- Posty: 6
- Rejestracja: 13 listopada 2018, 19:58
Daffyd drgnął na dźwięk słowa "niedźwiedź" wiedząc, że znane mu brunatne niedźwiedzie z nizinnych lasów tak się miały do białych monstrów z północy jak dworskie pieski dam z Aquilonii do watahy wilków. Wokół jednak panowała cisza, przerywana jedynie świstem wiatru.
Nieznajomy mimo swobodnej postawy sprawiał wrażenie gotowego w każdej chwili przejść do ataku lub obrony, w zależności od potrzeby. Daffyd odsunął nieco rękę od rękojeści miecza i powoli zaczął wyjaśniać, skąd się wziął na tym zaśnieżonym pustkowiu.
- idę tropem złego człowieka - mówił, składając powoli słowa. Nie wiem dokąd zmierza, ale podążam za nim od miesięcy z południa tak dalekiego, że mogłeś nie słyszeć o Bossonii, krainie dalekiego południa z której pochodzę. Zszedł w dół tą przełęczą jakieś dwa dni temu i podąża najwyraźniej w kierunku jeziora i wioski, które widziałem tam w dole...urwał na chwilę, zaciskając zęby na wspomnienie konającego w jego ramionach ojca...chcę pomścić swoją rodzinę. Nie szukam zwady z ludźmi północy. Twoim plecom nic z mojej strony nie grozi
Nieznajomy mimo swobodnej postawy sprawiał wrażenie gotowego w każdej chwili przejść do ataku lub obrony, w zależności od potrzeby. Daffyd odsunął nieco rękę od rękojeści miecza i powoli zaczął wyjaśniać, skąd się wziął na tym zaśnieżonym pustkowiu.
- idę tropem złego człowieka - mówił, składając powoli słowa. Nie wiem dokąd zmierza, ale podążam za nim od miesięcy z południa tak dalekiego, że mogłeś nie słyszeć o Bossonii, krainie dalekiego południa z której pochodzę. Zszedł w dół tą przełęczą jakieś dwa dni temu i podąża najwyraźniej w kierunku jeziora i wioski, które widziałem tam w dole...urwał na chwilę, zaciskając zęby na wspomnienie konającego w jego ramionach ojca...chcę pomścić swoją rodzinę. Nie szukam zwady z ludźmi północy. Twoim plecom nic z mojej strony nie grozi