Moduł w Ferrallies, Tulon
Wynalazca w istocie cieszył się, że podeszli go wypraszać technicy, a nie żołnierze. Właściwie nacieszył już oko spalinową elektrownią, a spaliny i huk towarzyszący wytwarzaniu błogosławionego prądu były nie do wytrzymania, ani chwili dłużej. Gdyby Loretta dowiedziała się czego się nawdychał skończyłoby się z pewnością odtruwającą herbatką.
Wezwany do okazania przepustki Leon, pokiwał twierdząco głową i zwrócił się do mężczyzny z pasem narzędziowym.
- Jak rozumiem zbiorniki są zakopane pod placem, ale tu jest za głośno! Proszę wskazać bezpieczne miejsce gdzie możemy porozmawiać! - odczekał chwilę by zdziwiony mechanik ruszył z miejsca wskazując ręką w kierunku nabrzeża kanału. Następnie zbliżywszy się do niego wszedł w konfidencję - Jaka moc generatora?! Milion hektawatów?! Pewnie więcej! Można zbudować rampę dla tankowców, taki kanał, żeby nie trzeba było transportować paliwa z portu, ale wtłaczać do podziemnych cystern wprost ze statków. Przydałoby się też gdzieś odprowadzać spaliny, ten smród zapije pana szybciej niż harapowie. - Ostatnie słowa wynalazcy wzbudziły nieufność w zalęknionej duszy mechanika, ale zaraz za nią podążała ciekawość, typowa ludziom jego profesji.
-Przepustki. - tam gdzie przebywali mógł mówić już ciszej
- Tu już nie są nam potrzebne - odpowiedział zdawkowo Leon - Ale proszę wierzyć, że brzmią jak lira i jeszcze lepiej błyszczą. Ktoś mógłby je zobaczyć. Interesują mnie schematy, aparatura komponowana, ekrany interfejsu, zamienniki energii, z resztą z pewnością ma pan tu znajomego ze swym panoptikum, chciałbym rzucić okiem.
PBF - Błogosławiona Krew
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Moduł w Ferrallies, Tulon
Mężczyźni w kombinezonach wymienili między sobą spojrzenia, potem rozmówca Leona pokazał szlachcicowi gestem dłoni, by ten podążył za nim na zewnętrzną krawędź placyku. Hałas we wskazanym miejscu wciąż pozostawał nieznośny, ale pilnujący wejścia do elektrowni złomiarze nieco się rozluźnili.
- Jeśli chcecie handlować, przyszliście w złe miejsce - wyjaśnił podniesionym głosem ten obwieszony pasami narzędziowymi - Do Modułu nie wolno wchodzić nieupoważnionym. Jeśli macie złoto, zaprowadzę was do tych, którzy mają towar.
- Byle w gwarnym i ludnym miejscu - wtrącił śmiertelnie poważnym tonem sierżant Bonnet. Złomiarz zrobił na dźwięk tych znaczących słów głęboko urażoną minę, skrzywił wymownie usta.
- Nie macie mnie chyba za złodzieja? - prychnął głośno, ale zaraz złagodniał obłaskawiony widokiem Leona poklepującego w doskonale zrozumiały sposób mieszek - Chodźcie za mną.
Sanguine zerknął raz jeszcze tęsknym wzrokiem na rozsadzaną hukiem i łoskotem elektrownię, po czym podążył w towarzystwie swoich ochroniarzy w ślad za przewodnikiem.
Jak się okazało, nie musiał iść zbyt daleko. Kilka ulic i zagraconych placyków dalej, mężczyzna z narzędziami wprowadził szlachcica wprost na skupisko kramów i straganów miejscowych szabrowników. Leon Thibaut nagrodził go kilkoma złotymi monetami o niskim nominale, po czym jął przetrząsać pęki ukrytych w gumowej otulinie kabli, pudełka ze złączkami i przewijane wielokrotnie transformatory.
Mężczyźni w kombinezonach wymienili między sobą spojrzenia, potem rozmówca Leona pokazał szlachcicowi gestem dłoni, by ten podążył za nim na zewnętrzną krawędź placyku. Hałas we wskazanym miejscu wciąż pozostawał nieznośny, ale pilnujący wejścia do elektrowni złomiarze nieco się rozluźnili.
- Jeśli chcecie handlować, przyszliście w złe miejsce - wyjaśnił podniesionym głosem ten obwieszony pasami narzędziowymi - Do Modułu nie wolno wchodzić nieupoważnionym. Jeśli macie złoto, zaprowadzę was do tych, którzy mają towar.
- Byle w gwarnym i ludnym miejscu - wtrącił śmiertelnie poważnym tonem sierżant Bonnet. Złomiarz zrobił na dźwięk tych znaczących słów głęboko urażoną minę, skrzywił wymownie usta.
- Nie macie mnie chyba za złodzieja? - prychnął głośno, ale zaraz złagodniał obłaskawiony widokiem Leona poklepującego w doskonale zrozumiały sposób mieszek - Chodźcie za mną.
Sanguine zerknął raz jeszcze tęsknym wzrokiem na rozsadzaną hukiem i łoskotem elektrownię, po czym podążył w towarzystwie swoich ochroniarzy w ślad za przewodnikiem.
Jak się okazało, nie musiał iść zbyt daleko. Kilka ulic i zagraconych placyków dalej, mężczyzna z narzędziami wprowadził szlachcica wprost na skupisko kramów i straganów miejscowych szabrowników. Leon Thibaut nagrodził go kilkoma złotymi monetami o niskim nominale, po czym jął przetrząsać pęki ukrytych w gumowej otulinie kabli, pudełka ze złączkami i przewijane wielokrotnie transformatory.
Na targowisku tym można kupić różne części i surowce powiązane z tematem elektryki. Dla potrzeb gry uznajmy, że Leon wygrzebie tam 1k6 uniwersalnych części zamiennych oraz 2k4 typowo elektrycznych.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Rezydencja w Terres Putain; Wczesny ranek
Helweta wstał wcześnie. W miejscu takim jak wynajęta rezydecnja mógł sobie pozwolić na odrobinę innej rutyny. Wiedział, że w trasie nie będzie miał możliwości takich luksusów jak poranne ćwiczenia. Wykonał zestaw pompek, wznosów, podciągnięć i przez kilkanaście minut pobiegał w górę i w dół długich schodów na dziedzińcu willi. Potem obmył się i ubrał w to co miał na sobie poprzedniej nocy. Na sniadanie do kuchni zszedł mimo wszystko pierwszy.
Rezydencja zdawała się byc wciąż pogrążona we śnie, poza jej stałymi domownikami rzecz jasna, choć najemnikowi nie umknął fakt, że brakowało córki Daniela.
Początkowo chciał zignorować ten fakt, ale gdzieś z tyłu głowy ukłuła go myśl, że dziewczyna być może donosiła komuś. W tym przekonaniu utwierdził go fakt, że Daniel - zarządca domu był bardzo nerwowy, jakby coś ukrywał. Co i rusz nerwowo zaciskał pięści a na twarzy wykwitał pąsowy rumieniec złości lub poruszenia. Gdy jednak tylko zbliżał sie do Helwety na twarz mężczyzny wracał sztuczny uśmiech.
Gdy mężczyźnie podano do stołu sytą jajecznicę i kubek gorącej kawy, spytał wprost:
- Zacny Danielu, a gdzie podziewa się Jeanne?
Helweta wstał wcześnie. W miejscu takim jak wynajęta rezydecnja mógł sobie pozwolić na odrobinę innej rutyny. Wiedział, że w trasie nie będzie miał możliwości takich luksusów jak poranne ćwiczenia. Wykonał zestaw pompek, wznosów, podciągnięć i przez kilkanaście minut pobiegał w górę i w dół długich schodów na dziedzińcu willi. Potem obmył się i ubrał w to co miał na sobie poprzedniej nocy. Na sniadanie do kuchni zszedł mimo wszystko pierwszy.
Rezydencja zdawała się byc wciąż pogrążona we śnie, poza jej stałymi domownikami rzecz jasna, choć najemnikowi nie umknął fakt, że brakowało córki Daniela.
Początkowo chciał zignorować ten fakt, ale gdzieś z tyłu głowy ukłuła go myśl, że dziewczyna być może donosiła komuś. W tym przekonaniu utwierdził go fakt, że Daniel - zarządca domu był bardzo nerwowy, jakby coś ukrywał. Co i rusz nerwowo zaciskał pięści a na twarzy wykwitał pąsowy rumieniec złości lub poruszenia. Gdy jednak tylko zbliżał sie do Helwety na twarz mężczyzny wracał sztuczny uśmiech.
Gdy mężczyźnie podano do stołu sytą jajecznicę i kubek gorącej kawy, spytał wprost:
- Zacny Danielu, a gdzie podziewa się Jeanne?
Mial byc jeden poscik, ale Keth nie zacznie wlasiwego ITB dopoki nie dobijemy do przynajmniej 1500 postów 
Ostatnio zmieniony 02 września 2018, 21:09 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Rezydencja w Terres Putain, Tulon
Na twarzy życzliwego i opanowanego na co dzień zarządcy pojawił się wyraźny cień, w opinii Bartheza zbyt głęboki, by jego źródłem było wyłącznie poczucie wstydu na wspomnienie upokarzającego zachowania dziedzica w trakcie kolacji. Wspomnienie owego zajścia wywołało w Nathanie nutkę współczucia wobec Daniela, chociaż na beznamiętnej twarzy Helwety nie pojawiło się nic, co mogłoby sugerować brak akceptacji wobec poczynań Abdela Sanguine.
- Mam nadzieję, że nie zachorowała? - ponowił dyskretne śledztwo Alpejczyk - Ktoś mógłby to wziąć za zły omen w dniu rozpoczęcia ekspedycji.
- Rzeczywiście jest chora - odpowiedział zarządca, z przygnębioną miną i tonem tak szczerym, że ktoś inny niż Nathan mógłby tę odpowiedź kupić bez zastanowienia. Ale Barthez wyczuł, że Frank jedynie skorzystał z podsuniętej mu sugestii, by zręcznie wybrnąć z niewygodnego tematu rozmowy.
Podnosząc do ust łyżkę jajecznicy, mężczyzna przeanalizował w myślach kilka sposobów przyszpilenia zarządcy ostrzejszymi w formie pytaniami. Nie zdziwiłby się wcale, gdyby młoda Jeanne sprzedawała komuś na zewnątrz informacje o bawiących w rezydencji gościach, bez lub za wiedzą samego Daniela. Nie sądził też, by fakt ten sam w sobie stanowił jakieś poważniejsze zagrożenie dla dziedzica Sanguine, chociaż sam Abdel zapewne podszedłby do takiego aktu nielojalności służby znacznie mniej wyrozumiale.
- Cóż jej się zatem przydarzyło, że nie może ci pomóc w kuchni? - zapytał w zamierzenie natarczywy sposób, ale zarządca nie odpowiedział. Prostując się mimowolnie i przywołując na twarz fałszywie promienny uśmiech, jął witać wchodzącą do kuchni Angeline Leę.
Ubrana w czysty, odprasowany i doskonale pasujący strój podróżny, dziedziczka usiadła pomimo protestów zarządcy na ławie przy stole Bartheza, po jego przeciwnej stronie. Sunące jej śladem dwórki - nieśmiałe ciemnowłose dziewczęta o jasnej cerze i zgrabnych kształtach - wydawały się spłoszone nielicującym z etykietą zachowaniem swej pani, ale przezornie nie powiedziały ani słowa w obecności Alpejczyka.
- Poproszę to samo, co pan Barthez - zażyczyła sobie Angeline, obserwująca Helwetę uważnym wzrokiem - Tylko trochę większą porcję. Na szlaku możemy mieć pewne kłopoty z gorącymi posiłkami, prawda, panie Barthez?
Na twarzy życzliwego i opanowanego na co dzień zarządcy pojawił się wyraźny cień, w opinii Bartheza zbyt głęboki, by jego źródłem było wyłącznie poczucie wstydu na wspomnienie upokarzającego zachowania dziedzica w trakcie kolacji. Wspomnienie owego zajścia wywołało w Nathanie nutkę współczucia wobec Daniela, chociaż na beznamiętnej twarzy Helwety nie pojawiło się nic, co mogłoby sugerować brak akceptacji wobec poczynań Abdela Sanguine.
- Mam nadzieję, że nie zachorowała? - ponowił dyskretne śledztwo Alpejczyk - Ktoś mógłby to wziąć za zły omen w dniu rozpoczęcia ekspedycji.
- Rzeczywiście jest chora - odpowiedział zarządca, z przygnębioną miną i tonem tak szczerym, że ktoś inny niż Nathan mógłby tę odpowiedź kupić bez zastanowienia. Ale Barthez wyczuł, że Frank jedynie skorzystał z podsuniętej mu sugestii, by zręcznie wybrnąć z niewygodnego tematu rozmowy.
Podnosząc do ust łyżkę jajecznicy, mężczyzna przeanalizował w myślach kilka sposobów przyszpilenia zarządcy ostrzejszymi w formie pytaniami. Nie zdziwiłby się wcale, gdyby młoda Jeanne sprzedawała komuś na zewnątrz informacje o bawiących w rezydencji gościach, bez lub za wiedzą samego Daniela. Nie sądził też, by fakt ten sam w sobie stanowił jakieś poważniejsze zagrożenie dla dziedzica Sanguine, chociaż sam Abdel zapewne podszedłby do takiego aktu nielojalności służby znacznie mniej wyrozumiale.
- Cóż jej się zatem przydarzyło, że nie może ci pomóc w kuchni? - zapytał w zamierzenie natarczywy sposób, ale zarządca nie odpowiedział. Prostując się mimowolnie i przywołując na twarz fałszywie promienny uśmiech, jął witać wchodzącą do kuchni Angeline Leę.
Ubrana w czysty, odprasowany i doskonale pasujący strój podróżny, dziedziczka usiadła pomimo protestów zarządcy na ławie przy stole Bartheza, po jego przeciwnej stronie. Sunące jej śladem dwórki - nieśmiałe ciemnowłose dziewczęta o jasnej cerze i zgrabnych kształtach - wydawały się spłoszone nielicującym z etykietą zachowaniem swej pani, ale przezornie nie powiedziały ani słowa w obecności Alpejczyka.
- Poproszę to samo, co pan Barthez - zażyczyła sobie Angeline, obserwująca Helwetę uważnym wzrokiem - Tylko trochę większą porcję. Na szlaku możemy mieć pewne kłopoty z gorącymi posiłkami, prawda, panie Barthez?
Rozmowa o stanie zdrowia córki gospodarza zeszła chwilowo na boczny tor...