Lokacja - Sorte Kirke

Gohan
Reactions:
Posty: 81
Rejestracja: 29 listopada 2016, 15:24

Post autor: Gohan » 26 kwietnia 2018, 15:58

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maja 1996 roku[/center]
Po ściągnięciu Kapitana Galaktyki z płotu, zgodnie z zapowiedzią, Karen ruszyła w kierunku przygniecionego Cezara. Jej ruchy straciły większość gibkości, bo tułów trzymała sztywno tak by jej ramię nie poruszało się w rytmie kroków, tylko pozostawało nieruchome.
Przy gruzowisku Morten z Clausem zdołali już w sumie odkopać Świra, więc podeszła bliżej omijając kilka większych kamieni i przyglądając się efektom.

- Woah! Ale jaja, wykopaliście kogoś jeszcze - powiedziała na tyle głośno by mieć pewność, że Michelle i Kapitan to usłyszą.

Ostrożnie przecisnęła się między kolejnymi gruzami tak by widzieć co Gangrel robi z rannym.

- Przyprowadziłeś tutaj człowieka Cezarze?

To chyba nie był najlepszy pomysł.

Nie czekała jednak na żadną odpowiedź tylko zbliżyła się jeszcze bardziej, a widząc jak Gangrel próbuje pomóc rannemu wypaliła rozbrajająco bezpośrednio do niego:

- Masz pożyczyć bandaż?

Medyk sprawnym ruchem sięgnął w kierunku torby wyciągając zwinięty jeszcze bandaż elastyczny, po czym nie odwracając nawet głowy powrócił do swego zadania. Nie lubił, gdy mu przeszkadzano w robocie.

Karen wzięła bandaż i usiadła niedaleko na kamieniu. Po czym zaczęła rozpinać kurtkę...
Karen owija sobie ramię na tyle by nie ciekła jej krew i żeby nieco mniej się majtało.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar, ranny ludek
Ostatnio zmieniony 26 kwietnia 2018, 16:10 przez Gohan, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 10 maja 2018, 21:41

Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maja 1996 roku

Nadal bolał go cały obtłuczony bok, ale wiedział, że to chwilowe uczucie. Przeżywał już większe bóle, jednakże nigdy do nich nie przywykł. Mocne ramię pomogło Cezarowi wstać do pionu. Po czym wespół z Mortenem ruszyli w stronę kręgu Giovanni, by dowiedzieć się, co dalej. Uścisk Clausa był mocny ale nie bolesny, choć i tak obrażenia ciała dawały o sobie znać przy każdym, stawianym z trudem krokiem.

- Dziękuję. - powiedział szeptem lecz trudno było wiedzieć czy zwraca się do całej ekipy ratunkowej czy jedynie do medyka.

Ze względu na rany, szedł nie spiesznie ale też bez odciągania się. Zmierzając tak ku przeznaczeniu Cezar patrzył na przepastne wrota i zastanawiał się, co też dokładnie mogły kryć się w głębi kościoła. Zdawało mu się, że dziwna czerń biła od budowli, wywołując na jego skórze nieprzyjemne, ostrzegawcze mrowienie. Lecz wkrótce, o tym co się kryło za bramą, miał przekonać się osobiście.

Kiedy podszedł, przywitał się taktownie z zebranymi.

- Witam szanowne gremium. Obawiam się, że niestety nie zdążyłem ostrzec na czas, że... tuż prze poczułem jak To się gwałtownie do nas zbliżało ale... chyba po prostu zaczęło ode mnie.

- Nic nie szkodzi - uśmiechnął się Algol, wielkodusznie ignorując kłamstwa Cezara - Osobiście uważam, że zjawił się pan w samą porę, by wydobyć nas z kłopotów. Poszukiwaliśmy bowiem właśnie kogoś, kto nadawałby się na ofiarę. Cieszę się więc z naszego spotkania, gdyż spełnia pan wszystkie wymagania. Z pewnością zna pan maksymę: bene mori praestat, quam turpiter vívere? Wierzę, iż obecni tutaj zapamiętają pańskie poświęcenie - pomimo oczywistej groźby zawartej w tych słowach, czarownik zdawał się sprawiać sympatyczne wrażenie. Tak, jakby nie tyle informował ofiarę o planowanym morderstwie, co dzielił się uwagami, na temat zdrowia i sposobów spędzania wolnego czasu. Jedynie chłód bijący z jego oczu, zadawał kłam tej urokliwej masce, mającej imitować ludzkie oblicze.

Gdyby Scypione był przedstawicielem innego klanu, zapewne w tej chwili zaprotestowałby, lub okazał swe zniesmaczenie. Ewentualnie jedno i drugie. Nic takiego się jednak nie stało. Giovanni kompletnie nie wyglądał jakby przejmował się czyimś życiem, lub jak kto woli - samą śmiercią. Po słowach Algola, szef koterii Klanu Śmierci przemówił:

- Twój łysy czerep błyszczy w świetle księżyca Cezarze... Idealnie... Nigdy nie przepadałem za wariatami.

Głos Nekromanty nie zdradzał nawet cienia emocji. Scypione zwrócił się do Algola:

- Proponuję namalować na jego głowie Pieczęć Rozdarcia, aby jego dusza trafiła w odpowiednią paszczę. Oscar może się tym zająć... Ufam, że będzie potrafił pan nawiązać nić porozumienia z istotą, która znajduje się wewnątrz...?

- Nić jakiegoś porozumienia, na pewno - zachichotał czarownik. - W końcu mówimy podobnym językiem... Ale, ale, po cóż malować, jeśli można wyciąć? - w półmroku dziedzińca oczy Starszego lśniły niczym ślepia głodnego drapieżnika - W tych sprawach cenię sobie klasykę. Odrobina krwi i cierpienia zawsze działa ożywczo na początku ceremonii...

- Wybornie - odrzekł Scipione. Oscar jedynie skinął z aprobatą głową, szukając w czarnej torbie sztyletu rytualnego.

- Można by wykorzystać później ten płat skóry... - zaproponował z zawodowym zainteresowaniem.

Cezar dochodził do siebie po szokującej dla niego wiadomości. Jego istnienie miało się zaraz skończyć, przy cichej zgodzie pozostałych obecnych. Dlatego unikał do tej pory odczłowieczonego świata Kainitów przedkładając inne towarzystwo.

- Rozumiem, że jest pewność iż ofiara nie wzmocni Tego Który Jest w Kościele, a jest gwarantem uzyskania jego przychylności? Pytam, albowiem podczas ataku odniosłem wrażenie, iż to miejsce ciągnie siłę z zadawania bólu i cierpienia. Tym samym po rytuale stanie się silniejsze, prawda? I jest pewne, że wzmocnione, na pewno dotrzyma swojej strony umowy, kiedy będziecie już w środku. Proszę wybaczyć, że zapytam jeszcze o jedną rzecz. Nie mam tak dużego pojęcia jak Wasza trójka, ani pod względem doświadczenia, ani estymy w okultystycznym świecie jakim zasłużenie się cieszycie, ale jak mniemam nie przychodzi Państwu do głowy, żadne inne rozwiązanie sposobu na wejścia do kościoła, choćby było dużo bardziej ambitne i wymagające?

- Oczywiście, że nie mamy takiej pewności - uśmiechnął się szeroko czarownik - ale bez ryzyka nie ma zabawy, prawda? Przemawia przez pana rozsądek, który sugeruje powstrzymać się od działania. Jednakże, pozwolę sobie zauważyć, iż mądrość wypływa z wiedzy, a wiedza jest owocem starań ludzi niemądrych. Uważam więc, iż właśnie w obliczu naszej ignorancji, powinniśmy zdecydowanie podjąć tą próbę, chociażby po to, by zdobyć wiedzę i pogłębić mądrość. Grzechem byłoby zmarnować taką okazję, czyż nie?

- Cretino... Przehandluję twoją duszę za wolność dla mojego brata, a hrabia nam w tym pomoże... - dodał Scipione. Oskar pokiwał entuzjastycznie głową, sprawdzając kciukiem ostrość sztyletu rytualnego.

- Możesz już przejść do błagania o litość - poradził Cezarowi Algol - zawsze bardzo sobie cenię dobrą grę wstępną...

Cokolwiek hrabia spodziewał się odnaleźć na twarzy Malkavianina, nie ujrzał tam paniki. W oczach starego skazańca, przywykłego do egzystencji w nazistowskim obozie śmierci, rodziło się z wolna zgoła inne uczucie. Tak jak przed laty.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, jeden Cezar i jego pies.
Ostatnio zmieniony 10 maja 2018, 22:54 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Ferre
Reactions:
Posty: 60
Rejestracja: 14 czerwca 2015, 19:42

Post autor: Ferre » 10 maja 2018, 22:32

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996
[/center]


Isabela w końcu otrząsnęła się z szoku. Przez chwilę tylko zaledwie zastanawiała się, jak zaradzić sytuacji i ocalić Cezara. Zaczęła mówić cicho do Czarownika.

- Panie hrabio. Zdaje sobie Pan sprawę, że jeżeli Cezar zginie z naszej winy to będzie to kosztowało nas wszystkich nasze nieżycia. Po cóż nam wejście do Sorte Kirke, jeśli potem książę skaże nas na ostateczny koniec. I będzie to pańska zasługa. Nie dość, że zrobi pan jedną przysługę zdejmując klątwę z Sorte Kirke, to jeszcze uczyni pan drugą skazując na śmierć ostateczną pretendentów do terenu Klasztoru za morderstwo członka Camarilli. Taki strzał w kolano a potem w głowę. Jestem przeciwna tak destruktywnemu działaniu. Nie odwołuję się do pańskiego człowieczeństwa, bo widzę, że jest panu ono obce, aczkolwiek bardzo chciałabym się mylić w tej kwestii.

- Ależ madame - odparł czarownik, nie tracąc nic ze swej pewności siebie. - ostateczny cios zada pan Oscar lub Scipione. Obaj są członkami klanu niezależnego i naprawdę nie sądzę, by Andreas miał zrobić z tego powodu większą awanturę. W końcu nikt z Camarilli nie będzie bezpośrednio zamieszany w zejście pana Cezara. Zawsze zresztą możecie powiedzieć, że zgłosił się na ochotnika. Poza tym śmiem mniemać, że Książę pogodził się już z możliwością, iż nigdy nie ujrzy na oczy tych, którzy tej nocy odwiedzą Sorte Kirke. Więc, choć z pewnością twa troska o jego dobre samopoczucie jest wzruszająca, uważam, że jakoś to przeboleje.

- I będą o tym wiedzieć wszyscy tutaj, czyli przedstawiciele chyba wszystkich klanów w mieście. Oznacza to tyle, że wieści się rozniosą, kainici się wzburzą, zaczną protestować swoim primogenom i książę będzie musiał podjąć odpowiednie kroki. Nie zgadzam się na takie decyzje. Na dodatek nie macie pewności, czy to pomoże, czy zaszkodzi. Myślicie, że możecie decydować o czyimś losie jak dzieci w piaskownicy o losie piaskowych ludzików? To głupie, nie odpowiedzialne, nieludzkie a nawet bestialskie. Zastanówcie się, hrabio lepiej nad innym rozwiązaniem.

Hrabia nie próbował nawet udawać, że zachowuje powagę. W momencie, w którym Degeneratka wspomniała Primogenów wybuchnął po prostu śmiechem. Kontynuując swą wypowiedź Izabela zmuszona była więc podnieść głos, by zagłuszyć napady wesołości Starszego.

- Pozwoli pani, że dam jej pewną poradę - odezwał się Algol, gdy już nieco ochłonął - Jeśli chce się trafić do serca mężczyzny, należy zacząć do czegoś, czego on pożąda. A nie od dość nudnej politycznej tyrady, której mówiąc prawdę nie chce mi się poświęcać drugiej myśli. Uważałbym to za marnowanie tej uroczej nocy. Poza tym, gdzie pani miłość do sztuki? Oto rysuje się możliwość podziwiania połączonych kunsztów Nekromancji i Czarostwa. I to z pierwszego rzędu, że się tak wyrażę. Zapewniam, że wielu członków Klanu Róży, których znam, umiałoby docenić to widowisko.

Zdesperowana bezsilnością w obecnej sytuacji Toreadorka zaczęła się rozglądać za kimś, kto może ją poprzeć.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
Post pisany razem z Sigilem
Sanity is for the weak!

zmarly
Reactions:
Posty: 239
Rejestracja: 10 maja 2015, 20:56

Post autor: zmarly » 10 maja 2018, 22:38

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]


Bez zbędnej zwłoki zabrał Cezara do towarzystwa skupionego wokół Giovanni. Słuchając jednak coraz to nowszych pomysłów odnośnie Świra Claus sam zaczął się zastanawiać z pewnym niepokojem, kto tutaj właściwie jest największym wariatem. Nie, żeby nie był przyzwyczajony do widoku śmierci, ale zgon w wyniku rytuałów okultystycznych to nie było coś, co chciał oglądać na żywo. Mało tego, nie chciał nawet o tym wiedzieć. Zachowując jednak cały czas kamienną twarz,rzekł do pozostałych:

- Nie przemawia do mnie idea poświęcania tutaj kogokolwiek, drodzy panowie. Nie wiemy nawet, co dokładnie jest w środku kościoła