Kocie Miasto, ruiny nad schronem
Wyciągani na powierzchnię wspólnymi siłami Yurana i Dragana, Koropańczycy jeden po drugim zajmowali obronne pozycje we wnętrzu ruin, mierząc na wszystkie strony lufami swej niesamowitej nowej broni. Jako ostatni przez dziurę w sklepieniu garażu wydostał się Telibor.
- Nie chciało się zapalić, skurwysyństwo - wysyczał spod osłony hełmu mężczyzna - Ale potem już jakoś poszło, ogień już się rozchodzi. Co teraz robimy? I skąd ten huk?
- Wszyscy za mną, na górę tego gruzowiska, ale ostrożnie, żeby was z drugiej strony nikt nie zoczył - rozkazał Yuran - Tam jest jatka, jakiej żaden z was na oczy nie widział. Kto wziął z magazynu te gaśnice?
- Ja - odezwał się Nikodemus, a Bruni i Telibor klepnęli rękawicami po wsadzonych w pasy na pancerzu metalowych walcach - Po co ci one?
- Parówa miastowych zaraz odjedzie, ale ci dzicy cisną ich strasznie. Wyrzucimy gaśnice na tory, żeby ta piana odwróciła uwagę jelenich łbów, a potem spierdalamy stąd co sił w nogach, jasne?
Kilka niepewnych pomruków dało Yuranowi do zrozumienia, że raczej jasne. Nie czekając dłużej Polanin wspiął się na szczyt gruzowiska, kucnął obok porażonego ewidentną zgrozą Bayera.
Buchający kłębami białoszarej pary samojezdnik ruszył w końcu z miejsca, pośród donośnego metalicznego huku. Samopały goglarzy ziały ogniem z okien i dachów wagonów, kosząc gradem ołowiu wylewających się na torowisko dzikusów. Deszcz oszczepów i kamieni z proc sypał się rozpędzający się pojazd, co rusz któryś z miastowych strzelających z dachów pociągu spadał na tory strącony celnym pociskiem. Duża zgraja rozwrzeszczanych szaleńców gnała poprzez tory tak szybko, że pierwsi z nich zdołali wskoczyć na ostatni wagon, wdając się w zaciekłą walkę z broniącymi składu goglarzami.
- Ich tu jest chyba z tysiąc! - jęknął Werk łapiąc się obiema rękami za okrytą hełmem głowę - Co za dzicz!
- Nie jęczeć, tylko dawać gaśnice! - ryknął Yuran - Jak się wyciągało ten drucik?!
- Tu i do siebie - Dragan zademonstrował odpowiednią czynność na własnym egzemplarzu gaśnicy, wyciągnął rzeczony drucik, potem przysunął metalowy walec do oczu oglądając go z pewną dozą zdezorientowania - Nie widzę żadnych dziurek. Skąd ta piana poleci?
- Rzucaj, może się dziura przy upadku robi! - Yuran trzasnął brata otwartą dłonią w plecy tak mocno, że ten omal nie upuścił odbezpieczonej gaśnicy pod nogi - Szybko, wy też!
Wyciągane druciki zaszczękały cicho, a ciskane z całej siły przedmioty poszybowały wysoko w powietrzu, spadając na torowisko opodal zachodniej flanki rozlewającej się po torowisku wściekłej tłuszczy. Paru dzikusów musiało spostrzec ruch na gruzowisku zawalonego budynku, bo obejrzeli się w tamtą stronę, a jeden z nich zaczął wściekle wymachiwać rękami.
Sekundę później stało się coś, co miało się osadnikom z Koronapanu śnić do końca życia. W miejscu upadku gaśnic wykwitły znienacka wielkie kule ognia przetkane kłębami dymu, a potworny huk wybuchów zlał się w jeden przeciągły dźwięk. W niebo wystrzeliły chmury rozdartej darni, kawałki kolejowych podkładów, strzępy ludzkich ciał.
- Musiały być zepsute - wystękał kompletnie zaskoczony Dragan, kiedy w uszach przestało mu już dźwięczeć, a w zamian dotarły do niego wrzaski rannych i przerażonych dzikusów - Te pierdolone gaśnice po prostu były zepsute! Yuran, co teraz?!
Co teraz?