Czarna rozpacz zdawała się pochłaniać bez końca dryfujących po jeziorze surelian, a mamrotane coraz słabszymi głosami modlitwy o wybawienie nie przynosiły ratunku. Ponownie ociemniały Milcarr myślał z przeraźliwym przygnębieniem o pozostawionej w domu rodzinie, nieświadomej jego strasznego losu. Eszar zamilkł, zarzucił bezcelowe próby podnoszenia na duchu swych kompanów - gdyby nawet nie stracił w katastrofie fletu, nie potrafiłby w tych okolicznościach na nim grać.
- Już po nas - jęknął wiszący na stępce łódki Otlaf - Potoniemy jak kocięta, ryby nas oskubią, a raki.
Zrezygnowany bard westchnął ciężko, przewrócił się w wodzie na plecy chcąc chociaż na chwilkę odpocząć, zebrać rozpaczliwe myśli. Kątem oka dostrzegł coś, co natychmiast zwróciło jego uwagę, natchnęło szaleńczo dziką nadzieją.
- Widzicie to?! - krzyknął miotając się w wodzie - Widzicie?!
- Nic kurwa nie widzę! - zawył Ślepak - Co to?! Smok?!
- Nie, to statek! Jakiś statek płynie w tę stronę!
Dobra, może trochę przegiąłem z tym straszeniem graczy - mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Z drugiej strony, czyż nie jestem zarąbistym Mistrzem Gry? Tym czółnem byście płynęli tydzień w jedną stronę, a ja Wam podsuwam szybki środek transportu kosztem całego straconego na łódce dobytku (zaraz, czy ja wspomniałem, że wszystko Wam potonęło, a w pierwszej kolejności broń?). Tak czy owak, jestem otwarty na peany wdzięczności!