[center]23.10.1994, parking w Oquirrh[/center]
Hexen rozejrzał się po okolicy dopinając spodnie. Jego spojrzenie prześlizgnęło się gładko po zaniedbanej fasadzie kościoła i zatonęło w cieniach, rozciągających się wokół budynku. Najwyraźniej jednak nie dostrzegł w nich nic bardziej niepokojącego, niż fantasmagorie wynikające z jego powszednich urojeń, gdyż już po chwili spojrzał na Brujaha i odezwał się:
- Spoko, to bezpieczna miejscówa. Przejdziemy się, Black8? To niedaleko.
- OK - odparł jedynie tamten, wysiadając.
Świr skinął głową i wyskoczył z cadilacka bez otwierania drzwi, pozostawiając Amelię, półleżącą na tylnym siedzeniu w artystycznym nieładzie. Szybkim krokiem przemierzył opuszczony parking, a poły znoszonego płaszcza łopotały za nim w porywach jesiennego wichru, niczym olbrzymie, błoniaste skrzydła. Wyszczerzył zęby, podchodząc do wymalowanego jeepa, co jedynie upodobniło jego twarz do rysującej się w mroku czaszki.
- Pięćdziesiąt trzy minuty - rzucił do siedzących wewnątrz Kainitów, puszczając im oko. - Nie rekord co prawda, ale nadal nieźle. Dziki BIllu, przy mnie możesz być jedynie drugim najlepszym.
- Dobra chłopaki, ja i Black8 idziemy na zakupy, a wy sobie poczekacie w kucykowym samochodzie, jasne? Rewir jest spoko, nie będzie przypału, chyba, że go sami poszukacie. Jakby się wam nudziło, to Amelia pójdzie pewnie na kolejkę. Wiecie, ten kwadrans który mieliśmy tylko ją nakręcił. Jest cholernie napalona, a ja mam trochę złomu do kupienia, więc nie mogę być tu i tam jednocześnie - roześmiał się. - Dobra, wyskakuj z kasy, Kowboju. Będziemy z towarem za jakieś pół godzinki.
PBF - Salt Lake City Nights
23.10.1994, parking w Oquirrh, West Valley City
Eric z niedowierzaniem patrzył na scenę przed nimi. Orli wzrok Gangrela okazał się przekleństwem w tej chwili. Tanie porno na tylnej kanapie i śmiejący się Brujah.
- Nie, no nie wierzę...
- Wiesz co, Chuck. Myślę, że jednak masz jeszcze szanse - wskazał palcem na Ravnoskę - o ile nie przeszkadza ci towar z drugiej, lub trzeciej ręki. Ja sobie daruję - powiedział patrząc Kowbojowi w twarz - Ale z tym pójściem do knajpy na panienki to rześ dojebał. Po skończonej akcji z możliwymi dziurami po kulach i na granicy szału. No chyba, że ci chodziło o rozryw a nie podryw, ale to w takich imprezach to ja nie smakuję. Pomyśl jeszcze, proszę. Ewentualnie, jak masz blisko tą farmę, to będziemy skazani na twoje zwierzęta... jeśli to blisko.
Wysiadając z samochodu udał się w stronę wozu Jareda, w którym pozostała Amelia w mało artystycznym nieładzie.
- Amelio droga. Muszę cię przeprosić. Wcześniej wątpiłem, że możesz nam się przydać, ale teraz... - spojrzał na nią - Teraz już wiem...
Odwrócił się z wyrazem pogardy na twarzy i zamiarem odejścia.
Eric z niedowierzaniem patrzył na scenę przed nimi. Orli wzrok Gangrela okazał się przekleństwem w tej chwili. Tanie porno na tylnej kanapie i śmiejący się Brujah.
- Nie, no nie wierzę...
- Wiesz co, Chuck. Myślę, że jednak masz jeszcze szanse - wskazał palcem na Ravnoskę - o ile nie przeszkadza ci towar z drugiej, lub trzeciej ręki. Ja sobie daruję - powiedział patrząc Kowbojowi w twarz - Ale z tym pójściem do knajpy na panienki to rześ dojebał. Po skończonej akcji z możliwymi dziurami po kulach i na granicy szału. No chyba, że ci chodziło o rozryw a nie podryw, ale to w takich imprezach to ja nie smakuję. Pomyśl jeszcze, proszę. Ewentualnie, jak masz blisko tą farmę, to będziemy skazani na twoje zwierzęta... jeśli to blisko.
Wysiadając z samochodu udał się w stronę wozu Jareda, w którym pozostała Amelia w mało artystycznym nieładzie.
- Amelio droga. Muszę cię przeprosić. Wcześniej wątpiłem, że możesz nam się przydać, ale teraz... - spojrzał na nią - Teraz już wiem...
Odwrócił się z wyrazem pogardy na twarzy i zamiarem odejścia.
Jak nikt nie zamierza zatrzymać Erica na rozmowę, to Gangrel się oddali na trochę pożywić
Dla MG:
Dla MG:
Spoiler!
Sanity is for the weak!
23.10.1994, ulice West Valley City, parking w Oquirrh
Gdy Hexen zaczął obracać Amelię, jego oczy na chwilę rozszerzyły się do granic możliwości, ale po chwili tylko pokręcił głową i starał się patrzeć wszędzie tylko nie na nich.
Jak mi którykolwiek wypomni, że to moje auto rzuca się w oczy to serio przemodeluje mu facjatę. Ich jest czerwone, bez dachu w październiku i jeszcze się w nim pieprzą.
- Już mówiłem, że straciłem nią zainteresowanie jak zaczęła podejrzanie dziwnie gadać. Teraz już mam pewność, że jest pojebana, więc daj se siana.
- Z dziurami po kulach i na granicy szału? Ty to nie tylko sztywny jesteś, ale też zajebiście optymistyczny, co nie? - Gdzieś na krańcach świadomości docierało do niego, że w sumie to Eric rozsądnie gada, ale wolał nie dopuszczać tak złych wizji do głosu.
To się ma udać i koniec. Resztą będę się martwił później.
- Są miejsca gdzie jak odpowiednio zapłacisz to wisi im jak wyglądasz albo nawet będą myśleli, że to fajne przebranie, ale mniejsza o to. Jak serio ktoś będzie ranny to się coś wymyśli. - Niezależnie o tego co powiedział, w jego głowie pojawił się obraz kilku głodnych wampirów rzucających się na pasące się w zagrodzie krowy i wzdrygnął się mimowolnie.
Zaparkował z dużą przerwą od Cadillaca, tak by nie widzieć bezpośrednio zawartości jego tylnej kanapy.
Widząc zbliżającego się Malkava otworzył tylko szybę.
Słowa Świra sprawiały, że coś się w nim gotowało, ale postanowił mu nie odpowiadać.
Drugim najlepszym? Wolę być milion miejsc dalej byleby nie być blisko niego w jakiejkolwiek kolejce.
Sięgnął do schowka i rzucił kolejno w pierś Hexena cztery grube bloki banknotów. Wiedział, że nic mu nie zrobi, bo pieniądze były za lekkie, ale i tak rzucił z całej siły.
- Cztery kawałki żebyś nie płakał, że ci nie starczyło.
Nie patrząc więcej na chudzielca, sięgnął po leżącego na tylnym siedzeniu Game Boy'a i zaczął sobie grać.
Gdy Hexen zaczął obracać Amelię, jego oczy na chwilę rozszerzyły się do granic możliwości, ale po chwili tylko pokręcił głową i starał się patrzeć wszędzie tylko nie na nich.
Jak mi którykolwiek wypomni, że to moje auto rzuca się w oczy to serio przemodeluje mu facjatę. Ich jest czerwone, bez dachu w październiku i jeszcze się w nim pieprzą.
- Już mówiłem, że straciłem nią zainteresowanie jak zaczęła podejrzanie dziwnie gadać. Teraz już mam pewność, że jest pojebana, więc daj se siana.
- Z dziurami po kulach i na granicy szału? Ty to nie tylko sztywny jesteś, ale też zajebiście optymistyczny, co nie? - Gdzieś na krańcach świadomości docierało do niego, że w sumie to Eric rozsądnie gada, ale wolał nie dopuszczać tak złych wizji do głosu.
To się ma udać i koniec. Resztą będę się martwił później.
- Są miejsca gdzie jak odpowiednio zapłacisz to wisi im jak wyglądasz albo nawet będą myśleli, że to fajne przebranie, ale mniejsza o to. Jak serio ktoś będzie ranny to się coś wymyśli. - Niezależnie o tego co powiedział, w jego głowie pojawił się obraz kilku głodnych wampirów rzucających się na pasące się w zagrodzie krowy i wzdrygnął się mimowolnie.
Zaparkował z dużą przerwą od Cadillaca, tak by nie widzieć bezpośrednio zawartości jego tylnej kanapy.
Widząc zbliżającego się Malkava otworzył tylko szybę.
Słowa Świra sprawiały, że coś się w nim gotowało, ale postanowił mu nie odpowiadać.
Drugim najlepszym? Wolę być milion miejsc dalej byleby nie być blisko niego w jakiejkolwiek kolejce.
Sięgnął do schowka i rzucił kolejno w pierś Hexena cztery grube bloki banknotów. Wiedział, że nic mu nie zrobi, bo pieniądze były za lekkie, ale i tak rzucił z całej siły.
- Cztery kawałki żebyś nie płakał, że ci nie starczyło.
Nie patrząc więcej na chudzielca, sięgnął po leżącego na tylnym siedzeniu Game Boy'a i zaczął sobie grać.
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
23.10.1994, Quirrh, dziupla Drago
Ruszyli przez ciemny parking, udając się na tyły kościoła. Zaledwie po kilkunastu krokach pozostali stracili ich z oczu. Jedną z rzeczy, najbardziej zwracających uwagę, była wszechobecna cisza. Jak na dzielnicę w jakiej się znaleźli, zbyt wszechobecna. Wyglądało to trochę, jakby brak oświetlenia oznaczał również brak dźwięku. Jedynym odgłosem, który im towarzyszył, był cichy chrzęst butów na zaśmieconym asfalcie.
Hexen pewnym siebie, szybkim krokiem podążał w sobie znanym kierunku. Jared nie kazał mu na siebie czekać, chociaż nie był pewien co ma myśleć, kiedy Malkavian dotarłszy na skraj parkingu wlazł prosto w rosnące na jego granicy zarośla. Jakimś cudem jednak Świr wydawał się doskonale orientować w mroku, odnajdując bez trudu ścieżkę pomiędzy ciernistymi krzewami. W milczeniu przeszli kilkadziesiąt metrów, po czym zaczęli wspinać się na niewielką skarpę, zakończoną wysokim murem. W pewnym momencie Brujah omal nie wpadł na ledwo widocznego w ciemnościach Świra:
- Słuchaj Black8 - szepnął Hexen - musimy tu przejść przez mur. Jak narobimy hałasu to będzie trochę przypał i pewnie zgarniemy kulkę, kumasz? Ale wolę to, niż zapieprzać dookoła przez te jebane krzaki, co zajmie nam w choooleeerę czasu - przeziągnął głoski, obrazując jak wielką ilość straconych chwil ma na myśli. - Więc jak, idziesz na to?
- Ja hałasu nie narobię, ale do kurwy nędzy dlaczego ktoś ma do nas strzelać? Gdzie ty mnie prowadzisz do chuja? Coś ci powiem cwaniaku... Jak ktoś zacznie strzelać bez powodu, to będziesz pierwszą osobą która zacznie robić hałas... Będziesz wyć z bólu... Rozumiesz pojebańcu? - odpowiedział półgłosem wyraźnie wkurwiony Jared.
- Ej kurwa, spoko stary - Świr podniósł obie ręce w geście pojednania. - Ziomek ma obstawę, czaisz? Te jebane czarnuchy robią się trochę nerwowe, jak się włazi od tej strony. I tyle. Ale nie martw się, zawsze to robię i jeszcze jestem w jednym kawałku, nie?
- Ostatni raz w ten sposób mnie testujesz, jasne? Następnym razem nie zdążysz kłapać paszczą, bo wsadzę ci w nią czarną bilę... Idziemy - odpowiedział podkurwiony sytuacją Black8.
- Luz - szepnął Hexen, cofając się pół kroku. - Rany stary, jakbym wiedział, że to problem, to byśmy zapierdalali dookoła - mruknął bardziej do siebie niż do Jarreda, odwrócił się i ruszył naprzód.
Zrobili kilka kroków i stanęli pod murem. Hexen wspiął się na niego z niebywała szybkością, chociaż słowo wskoczył byłoby właściwsze. Podążający za nim B8 uśmiechnął się na ten widok i podążył za nim.
Wylądowali na trawniku po drugiej stronie, równie zaniedbanym, co parking na którym zostawili towarzyszy. Przez chwilęzamarli w bezruchu, upewniając się, że zachowali się odpowiednio cicho.
Po chwili, w niedalekiej odległości dało się słyszeć przytłumioną rozmowę. Szybkie spojrzenie zza załomu ściany jednego z domków, ubrało niewyraźne głosy w twarze, schowane w zaparkowanym kilka metrów dalej samochodzie. Auto było zaparkowane pośrodku niewielkiej zatoczki, dookoła której stało kilka domów. tylko dwa spośród nich wciąż miały okna i nie sprawiały wrażenia jakby miały się za chwilę rozsypać.
Jedno z obliczy w aucie zostało nagle oświetlone przez ogień zapalniczki, kiedy jej właściciel postanowił przypalić papierosa. Hexen rozpoznał w nim właściwą osobę i pociągnął za sobą Jareda w stronę samochodu. Gdy podeszli bliżej, palący papierosa latynos podskoczył na ich widok. Posypała się litania estalijskich bluzgów, zakończona poddenerwowanym:
- Kurwa, Terror, kiedyś się przez ciebie posram! Prosiłem cię, żebyś tak nie robił.
- Kumam, cabrón,* ale wiesz, jakoś nie mogę się powstrzymać - zachichotał Świr - Poza tym kto bym wam dostarczał wrażeń na tej nudnej dzielni? Drago w domu? Wiecie, byłem umówiony i w ogóle... A, to jest mój ziom, Black8. Black8 jest spoko i wchodzi ze mną, kapujecie?
Meksykaniec zaciągnął się przeciągle papierosem, spoglądając na Malkaviana. Równie przeciągle.
- Jasne, jak jest ok, może wejść - odpowiedział po chwili, wypuszczając obfitą chmurę dymu. Jednocześnie wolną ręką trącił kilka razy drążek przy kierownicy. Światła samochodu oświetliły okno stojącego na wprost budynku, mrugając kilka razy w odpowiedniej kombinacji. Hexen skinął głową na Jareda, dając mu znać by podążył za nim, po czym zbliżył się do zielonego budynku. Zanim znalazł się na odległość dwóch kroków, drzwi uchyliły się, pozwalając wejść do wnętrza okrytego całkowitym mrokiem. Przekroczyli próg. W budynku panował zaduch, gdzieś spod podłogi słychać było mocno wygłuszony odgłos pracującego agregatu.
Dopiero, gdy ktoś zatrzasnął już za nimi wejście i zasunął rygiel, zapaliło się światło. Znajdowali się w niewielkim korytarzu, farba na ścianach łuszczyła się, w powietrzu unosiła się delikatna woń stęchlizny. Chłopak przy wejściu bez słowa wskazał jedne z trojga drzwi przed nimi. We wskazanym pomieszczeniu brakowało mebli, stało tam jedynie kilka krzeseł, stół i sofa na której ktoś spał. Na stole stałą niewielka lampka,stanowiąca jedyne źródło światła, a przy niej siedziało jeszcze dwóch mężczyzn. Wszyscy oni, podobnie jak obstawa w samochodzie, nosili się na zielono i byli uzbrojeni. Jeden z nich wstał na widok gości, odkładając karty do gry. Bez słowa przeszedł przez obskurny pokój i otworzył kolejne, dwuskrzydłowe tym razem drzwi. Zamknął je dopiero kiedy obaj weszli do środka.
W pokoju poustawianych było kilka skrzynek, różnej wielkości i faktury. Na jednej z nich siedzi
Ruszyli przez ciemny parking, udając się na tyły kościoła. Zaledwie po kilkunastu krokach pozostali stracili ich z oczu. Jedną z rzeczy, najbardziej zwracających uwagę, była wszechobecna cisza. Jak na dzielnicę w jakiej się znaleźli, zbyt wszechobecna. Wyglądało to trochę, jakby brak oświetlenia oznaczał również brak dźwięku. Jedynym odgłosem, który im towarzyszył, był cichy chrzęst butów na zaśmieconym asfalcie.
Hexen pewnym siebie, szybkim krokiem podążał w sobie znanym kierunku. Jared nie kazał mu na siebie czekać, chociaż nie był pewien co ma myśleć, kiedy Malkavian dotarłszy na skraj parkingu wlazł prosto w rosnące na jego granicy zarośla. Jakimś cudem jednak Świr wydawał się doskonale orientować w mroku, odnajdując bez trudu ścieżkę pomiędzy ciernistymi krzewami. W milczeniu przeszli kilkadziesiąt metrów, po czym zaczęli wspinać się na niewielką skarpę, zakończoną wysokim murem. W pewnym momencie Brujah omal nie wpadł na ledwo widocznego w ciemnościach Świra:
- Słuchaj Black8 - szepnął Hexen - musimy tu przejść przez mur. Jak narobimy hałasu to będzie trochę przypał i pewnie zgarniemy kulkę, kumasz? Ale wolę to, niż zapieprzać dookoła przez te jebane krzaki, co zajmie nam w choooleeerę czasu - przeziągnął głoski, obrazując jak wielką ilość straconych chwil ma na myśli. - Więc jak, idziesz na to?
- Ja hałasu nie narobię, ale do kurwy nędzy dlaczego ktoś ma do nas strzelać? Gdzie ty mnie prowadzisz do chuja? Coś ci powiem cwaniaku... Jak ktoś zacznie strzelać bez powodu, to będziesz pierwszą osobą która zacznie robić hałas... Będziesz wyć z bólu... Rozumiesz pojebańcu? - odpowiedział półgłosem wyraźnie wkurwiony Jared.
- Ej kurwa, spoko stary - Świr podniósł obie ręce w geście pojednania. - Ziomek ma obstawę, czaisz? Te jebane czarnuchy robią się trochę nerwowe, jak się włazi od tej strony. I tyle. Ale nie martw się, zawsze to robię i jeszcze jestem w jednym kawałku, nie?
- Ostatni raz w ten sposób mnie testujesz, jasne? Następnym razem nie zdążysz kłapać paszczą, bo wsadzę ci w nią czarną bilę... Idziemy - odpowiedział podkurwiony sytuacją Black8.
- Luz - szepnął Hexen, cofając się pół kroku. - Rany stary, jakbym wiedział, że to problem, to byśmy zapierdalali dookoła - mruknął bardziej do siebie niż do Jarreda, odwrócił się i ruszył naprzód.
Zrobili kilka kroków i stanęli pod murem. Hexen wspiął się na niego z niebywała szybkością, chociaż słowo wskoczył byłoby właściwsze. Podążający za nim B8 uśmiechnął się na ten widok i podążył za nim.
Wylądowali na trawniku po drugiej stronie, równie zaniedbanym, co parking na którym zostawili towarzyszy. Przez chwilęzamarli w bezruchu, upewniając się, że zachowali się odpowiednio cicho.
Po chwili, w niedalekiej odległości dało się słyszeć przytłumioną rozmowę. Szybkie spojrzenie zza załomu ściany jednego z domków, ubrało niewyraźne głosy w twarze, schowane w zaparkowanym kilka metrów dalej samochodzie. Auto było zaparkowane pośrodku niewielkiej zatoczki, dookoła której stało kilka domów. tylko dwa spośród nich wciąż miały okna i nie sprawiały wrażenia jakby miały się za chwilę rozsypać.
Jedno z obliczy w aucie zostało nagle oświetlone przez ogień zapalniczki, kiedy jej właściciel postanowił przypalić papierosa. Hexen rozpoznał w nim właściwą osobę i pociągnął za sobą Jareda w stronę samochodu. Gdy podeszli bliżej, palący papierosa latynos podskoczył na ich widok. Posypała się litania estalijskich bluzgów, zakończona poddenerwowanym:
- Kurwa, Terror, kiedyś się przez ciebie posram! Prosiłem cię, żebyś tak nie robił.
- Kumam, cabrón,* ale wiesz, jakoś nie mogę się powstrzymać - zachichotał Świr - Poza tym kto bym wam dostarczał wrażeń na tej nudnej dzielni? Drago w domu? Wiecie, byłem umówiony i w ogóle... A, to jest mój ziom, Black8. Black8 jest spoko i wchodzi ze mną, kapujecie?
Meksykaniec zaciągnął się przeciągle papierosem, spoglądając na Malkaviana. Równie przeciągle.
- Jasne, jak jest ok, może wejść - odpowiedział po chwili, wypuszczając obfitą chmurę dymu. Jednocześnie wolną ręką trącił kilka razy drążek przy kierownicy. Światła samochodu oświetliły okno stojącego na wprost budynku, mrugając kilka razy w odpowiedniej kombinacji. Hexen skinął głową na Jareda, dając mu znać by podążył za nim, po czym zbliżył się do zielonego budynku. Zanim znalazł się na odległość dwóch kroków, drzwi uchyliły się, pozwalając wejść do wnętrza okrytego całkowitym mrokiem. Przekroczyli próg. W budynku panował zaduch, gdzieś spod podłogi słychać było mocno wygłuszony odgłos pracującego agregatu.
Dopiero, gdy ktoś zatrzasnął już za nimi wejście i zasunął rygiel, zapaliło się światło. Znajdowali się w niewielkim korytarzu, farba na ścianach łuszczyła się, w powietrzu unosiła się delikatna woń stęchlizny. Chłopak przy wejściu bez słowa wskazał jedne z trojga drzwi przed nimi. We wskazanym pomieszczeniu brakowało mebli, stało tam jedynie kilka krzeseł, stół i sofa na której ktoś spał. Na stole stałą niewielka lampka,stanowiąca jedyne źródło światła, a przy niej siedziało jeszcze dwóch mężczyzn. Wszyscy oni, podobnie jak obstawa w samochodzie, nosili się na zielono i byli uzbrojeni. Jeden z nich wstał na widok gości, odkładając karty do gry. Bez słowa przeszedł przez obskurny pokój i otworzył kolejne, dwuskrzydłowe tym razem drzwi. Zamknął je dopiero kiedy obaj weszli do środka.
W pokoju poustawianych było kilka skrzynek, różnej wielkości i faktury. Na jednej z nich siedzi