PBF - Salt Lake City Nights

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 02 kwietnia 2017, 16:35

Salt Lake City UT, późny wieczór 23 października 1994

W światowej stolicy Mormonów zaszło słońce, okraszając wody Wielkiego Słonego Jeziora tysiącem złotych refleksów. Majestatyczne, skaliste wzgórza górowały nad zabudowaniami, otaczając je swym zwartym łańcuchem z drugiej strony. Już od jakiegoś czasu miasto ubierało się w blask ulicznych latarni, zgiełk ulic stopniowo zanikał, sporą część mieszkańców miasta wyganiając w zacisza ich domostw. Nie oznaczało to bynajmniej, że w "Rozdrożach Zachodu", jak powszechnie nazywano aglomerację, życie całkowicie zamilknie do świtu. Wiele szlaków handlowych prowadziło przez miasto, zapewniając tu ciągły ruch, wystarczające zapasy Vitae dla spokrewnionych, a dla tych lepiej przystosowanych - niemały zysk.

[center]Obrazek[/center]
Noc była ciepła jak na tę porę roku. I zapowiadała się na jedną z tych głośniejszych. Na stadionie Rice-Eccles odbywał się właśnie koncert Rolling Stones, na Uniwersytecie Utah odbywały się właśnie wystąpienia przedwyborcze dla tutejszych studentów, a w Calvin L. Rampton Salt Palace Convention Center miejscy włodarze decydowali o losach maluczkich, którzy z uwagi na naturę swej wiary, nieświadomi niczego przytulali swoje bawełniane poduszki.

[center]***[/center]
Mało kto wiedział, że w tym samym czasie kilku samotnych kainitów zmierzało w nieco inne okolice miasta. Nieopodal świątyni Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, po mało uczęszczanej i jeszcze niedbałej oświetlonej 2951 S Rushton Park Drive, spacerował w tą i z powrotem, niepasujący swym militarystycznym ubiorem do spokojnej okolicy mężczyzna. Co jakiś czas chował się w cieniach niemal całkowicie spowijających okolicę, znikając ewentualnemu obserwatorowi z pola widzenia. Wyraźnie kogoś wyczekiwał.

Z razu na niewielkiej uliczce pojawiali się inni, równie wyraźnie obcy temu miejscu. Krążący w ciemności mężczyzna szybko materializował się w takich chwilach przy nowo przybyłym i zamieniał z nim kilka słów, po których ponownie zlewał się z ciemnością. Natomiast zaczepione przez niego osoby po kolei udawały się do wskazanego przez mężczyznę niewielkiego domku, podobnie jak 90% tego dziwnego miasta - parterowej zabudowy.

Wewnątrz nie paliło się światło, a jedynie kilka porozstawianych po kątach świec. Pomieszczenia były puste i na pierwszy rzut oka było widać, że nikt tu nie zamieszkuje. Jedynie krótki korytarzyk dzielił drzwi wejściowe od niewielkiego saloniku, jedynego pomieszczenia gdzie było jakiekolwiek umeblowanie, w tym przypadku sześć plastikowych krzeseł, z których jedno zajęte przez ukrytą pod czerwonym płaszczem młodą kobietę, obecną tu zanim przybył pierwszy z gości. Nie zdejmowała ona obszernego kaptura, jednak był on skrojony w ten sposób, że dało się bez problemu zobaczyć jej twarz, w tańczącym blasku świec.

[center]Obrazek[/center]
Spoiler!
Przyjmuję, że na miejsce przybędziecie w kolejności w jakiej zamieścicie wpisy (jeśli komuś nie pasuje być skierowanym przez pana na ulicy, niech to uwzględni w fabularce). Kobieta w czerwieni nie odezwie się zaczepiona, wskaże jedynie wolne krzesło, ewentualnie poprosi o cierpliwość, jeśli komuś jej będzie brakowało. Chciałbym, byście się opisali i dodali swoje wizerunki w postach. Jak zbiorą się wszyscy, będę pisał dalej.
Spoiler!
Oboje rozpoznajecie w odzianej na czerwono kobiecie Julie Ohearn, właścicielkę lokalu Red Riding Rock. Jednak jej zachowanie na razie będzie takie jak względem całej reszty.
Ostatnio zmieniony 02 kwietnia 2017, 16:49 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 02 kwietnia 2017, 20:09

Los Angeles, przedmieścia Kalifornii, wieczór 22 października 1994

Dowiedział się o wszystkim w najgorszym monecie. Właśnie bardzo mocno starał dostać się na kolejny Reve - miejsce tajnych spotkań dla liczących się Anarchistów w Los Angeles. Wiedział, że wszyscy mogli tam się dostać, ale nie będzie to łatwe zadanie. Aby poznać adres należało udać się po wskazówkę do wybranego Anarchisty, który dawał cynk jak naleźć kolejną wskazówkę. Odwiedzało się dziesięciu informatorów, którzy w ten sposób odsiewali wszelkie przecieki Sabatu, policji i innych wrogów Wolnych Stanów.

Wiele zawdzięczał tym spotkaniom i bardzo lubił tam przychodzić. To tam nauczył się walczyć i być twardym jak stal. Dziesiątki tańczących w rytm rocka członków Rodziny przy nagłośnieniu nie pozwalającym na żadną rozmowę, były tym czego poszukiwał. Uwielbiał słuchać krzyków do mikrofonu, wrzasku wolnych Braci i Sióstr. Po ostatnim bałaganie w Salt Lake City musiał odreagować, a dobre towarzystwo zawsze poprawiało mu humor. Świadomość że ten Reve, był organizowany przez samego Louisa Fortier'a z klanu Ventrue, dawała szanse na odpowiedzi jakich potrzebował. Chciał spotkać się z byłym Primogenem Camarilli, aby ten doradził mu, co może zrobić jego wróg. Nie ufał mu do końca, ale wieść niesie że był to jedyny Primogen, który w 1944 roku interweniował w sprawę brutalnie pobitego MacNeil'a. Były Książę, Don Sebastian zapłacił za ten błąd swoim życiem, a Louis jako jedyny Primogen Camarilli przyłączył się do Anarchii. Ventrue mógł wiele powiedzieć o Księciu Salt Lake City.

Po rozmowie liczył na to, że jakiś gang nie wytrzyma i rozpęta się prawdziwa jatka. Nawet gdyby za wiele nie miało się wydarzyć wiedział, by nikogo nie prowokować. Kara byłaby zbyt wielka.

Gdy był po rozmowie z siódmym informatorem i miał wskazówkę gdzie szukać ósmego, zaczepił go znajomy Nosferatu. To czego się dowiedział, nie było tym co chciał usłyszeć. Wszystkie plany legły w gruzach. Musiał wracać do Salt Lake City.


[center]***[/center]
Jadąc autostradą ponad 220km/h kradzionym Cadillakiem w kierunku Salt Lake City, rozmyślał na swoją sytuacją. Wiedział, że tej nocy noga nie zejdzie ani na chwilę z pedału gazu. Uśmiechał się szyderczo, gdy wiatr smagał jego bujną czuprynę dając poczucie wolności. Poplamiona świeżą krwią kurtka motocyklowa leżała obok na siedzeniu razem z naładowanym ciężkim rewolwerem i małą torbą.

Ty to zawsze masz kulawe szczęście. Przecież nie mogłem poczekać, kurwa. Rozmowa z Luisem może poczekać... Hmmm... Chyba niekoniecznie, bo coś mi podpowiada że po tym co wydarzy się na miejscu nie będzie mi ta wiedza potrzebna. Cóż, w dupie nóż... jak zwykle damy radę... - powtarzał w myślach.

- Damy radę... Damy radę co nie mała? - zadał pytanie chwilę po tym jak odwrócił głowę w kierunku swojego Ghula siedzącego na tylnym siedzeniu.

- Oczywiście, że tak mój Panie.

- Przestań. Mówiłem ci, że masz tak mnie nie nazywać. Zapomnij o swojej przeszłości... - mówiąc to wrócił wzorkiem na drogę przed sobą, po czym włączył radio. Przez chwilę był na nią zły, ale uspokoił nerwy jak tylko usłyszał pierwsze nuty Buffalo Springfield - For what it's worth.

Przypomniał sobie czas gdy ten utwór był grany pierwszy raz na ulicach Los Angeles. Znów zobaczył klub Pandora's Box i masy młodzieży włóczące się po nocy w rytmie głośnej muzyki. Pierwsze walki ludzi z policją, zamieszki, zrównanie z ziemią budy klubu - te inne wizje przelatywały przez głowę Jareda. Zawsze gdy widział ograniczające działanie władz miasta, czuł jak w żyłach rozpala się żywy ogień. Przypomniało mu się aresztowanie Jacka Nicholsona, Petera Fondy i innych znanych obecnie celebrytów, a po chwili na jego twarzy pojawił się jeszcze szerszy niż poprzednio uśmiech.

Wtedy wygrali, ale co z tego? To była mała jatka w dużym mieście. Teraz to my jesteśmy siłą. Sabat i Camarilla muszą podkulić ogon i przyznać się do porażki. Boją się nas. A teraz ja pokażę im, że nie zaczepia moich braci - myśli niespokojnie krążyły wokół ostatnich wydarzeń w jakich uczestniczył w Salt Lake City.


[center]***[/center]
Salt Lake City, wieczór 23 października 1994

Zatrzymał samochód pół kilometra od umówionej lokacji. Sięgnął po swoje rzeczy, po czym wyskoczył z gracją na chodnik nie otwierając drzwi. Zakładając kurtkę odezwał się do kobiety:

- Zajmij się wozem. Przekręć rejestracje, bądź w pobliżu. Dam ci znać, gdy będę cię potrzebował - kończąc zdanie zauważył, że na palcach ma ślady krwi. Nie przejął się tym zbytnio, wycierając je o zimną skórę na klatce piersiowej.

- Ruszaj mała... - to powiedziawszy ruszył w kierunku znanego sobie adresu.


[center]***[/center]
Gdy pojawił się na miejscu podszedł do niego facet ubrany w jakieś wojskowe motywy wszystko stało się jasne.

- Jestem Jared Ward, znany też jako Black8. Gdzie iść?

- Dobrze, że jesteś. Jesteś pierwszy, ale wiem że inni też się pojawią.

- Ilu?

- Kilku...

- Co tak cienko?

- Pytaj na miejscu... - facet wskazał ruchem ręki stojący po drugiej stronie dom.

- Dobra. Fajne wdzianko masz. Trzymaj się.


[center]***[/center]
Na miejscu czekała na niego blondynka zakryta czerwonym kapturem. Black8 trochę zaskoczony widokiem młodej dziewczyny odezwał się pierwszy:

- Jestem Jared Ward, znany też jako Black8. Przybyłem najszybciej jak tylko mogłem. Z kim mam przyjemność?
[center]
Obrazek[/center]
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 03 kwietnia 2017, 13:47

[center]Przedmieścia Salt Lake City, wieczór 23 października 1994, po zachodzie słońca[/center]
[center]Believing
no longer in moonlight
or other dreams or other fields
upon all of which we so beautifully play
I saw a waste of all...*[/center]

Stojąc nieruchomo na dwu i półmetrowym murze obserwował w milczeniu rozciągający się u dołu parking. Zimny, jesienny wicher rozwiewał poły znoszonego, skórzanego płaszcza, upodabniając sylwetkę krwiopijcy do wychudłego, samotnego ptaszyska. Konary zdziczałego parku rozciągającego się za ogrodzeniem, nie mogły w pełni zamaskować jego postaci, ciemniejącej na tle rozgwieżdżonego nieba. Nie martwił się jednak o to. Był w innym wymiarze. Spojrzenia śmiertelników nie potrafiły przebić zasłony, która odgradzała ich kruche umysły od prawdy.

Czekał już od kwadransa, wpatrując się w wątły ognik jointa, błądzącego z rąk do rąk pomiędzy trzema cieniami, przycupniętymi w kącie parkingu. Nie irytował się, nie próbował zabijać czasu. Po prostu czekał. Umiał być cierpliwy. Wiatr, wiejący z zimnych i samotnych miejsc, niósł strzępy słów, które przepływały przez niego. Czasami szeptał niektóre z nich, spoglądając na ognik, lub na upiorny, żółtawy sierp księżyca, wiszący w górze niczym omen.

- Z każdym kolejnym wdechem... On rośnie w waszym mięsie... Jesteście przeklęci... Wszyscy jesteśmy... Niczym ten jałowy wicher i psy, które podnoszą głowy, węsząc obecność tego, czego nie mogą zobaczyć... I wszystkie wasze kryształowe sny dźwięczące w gardzieli wielkiej i mrocznej studni... On już tu jest i wzrasta... A ja... Posieję ogień na polu szkła...

Widział mrok zaczajony w oku księżyca, otoczony żółtawym, woskowym ostrzem, które gotowe było ściąć skrzydła tych, co wznieśliby się za wysoko. Wosk zdawał się być lekko nadtopiony na brzegach, cienki jak papier i przejrzysty jak skrzydła ćmy...

Wreszcie palący jointa młodzieńcy dotarli do kresu swej małej przyjemności. Stojący na murze cień, niewidoczny dla ich oczu, odprowadził ich wzrokiem, gdy przecięli parking, klucząc między samochodami. I gdy pojedynczo wymykali się przez uchyloną bramę. Nie zamknęli jej za sobą. Cień uśmiechnął się tylko.

Zeskoczył na ziemię, i przyklęknął pomiędzy stertami sczerniałych liści, szeleszczących sucho w powiewach wiatru. Mur z tej strony obrośnięty był przez gęste pnącza, które teraz, jesienią, ukazywały swą potworność, rozpełzając się niczym wężopodobne kłęby ciernistych żył. Ogołocone z liści, odważyły się obnażyć swą prawdziwą naturę, wgryzając się żarłocznie w grafitową połać betonu. Zaczajone poniżej liście zaszeleściły ostrzegawczo i Świr przyjrzał im się uważniej, a następnie wstał szybko i cofnął się pół kroku. To nie były liście. Na betonie leżały sterty suchych owadzich pancerzy. Niektóre były wielkości dłoni, inne nawet większe. Blask woskowego księżyca odbijał się miękko w powierzchni koszmarnych szczypi