PBF - Charleston by Night

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 24 stycznia 2017, 12:31

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

Wszyscy członkowie koterii w końcu zasnęli po ciężkiej nocy. Horacy nie zdążył opowiedzieć pozostałym o tym co widział podczas podróży astralnej, gdyż wrócił do ciała w ostatnim momencie. Większość zasnęła w Sanktuarium, jedynie Namtar spał w piwnicy, w dziwnej, czarnej sali rytualnej. Wszyscy zapadli w głęboki sen, który pozwolił im nabrać sił, przed wyzwaniami, jakie czekały na nich następnej nocy.
Budzicie się następnej nocy. Każdy otrzymuje 1 Punkt Siły Woli za spokojnie przespaną noc. Przed wami kilka niespodzianek od MG :)
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 24 stycznia 2017, 13:22

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, piwnica, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

[center]Podkład: Who rides the astral wings[/center]
[center]Obrazek[/center]
Woń krwi kołuje nad miastem. Wicher jest jałowy i zimny, niczym oddech śmierci. Łopot ogromnych, czarnych skrzydeł odmierza ostatnie chwile, przeciekając przez palce niczym gęste krople w klepsydrze wieczności... Dlaczego wciąż go słyszę? Jestem tylko cieniem, jednym z cieni polujących w mroku. Noc płynie w moich żyłach, gdy me szczęki zacisną się, ona nasyci swój głód... Nie, ja nie potrzebuję skrzydeł... Jestem jednym z cieni...

Mimo to odgłos powtarza się. I trwa. Miarowy, nieubłagany, rytmiczny... Powinno być nas siedmiu. Kruków jest jedynie pięć. Albowiem one są tylko posłańcami, tego, który nadejdzie... O Czarna Matko Tiamat, jak smakowała twoja krew w tą noc gdy zrodziłaś sześciu mych braci? A oni wznieśli się wichrem nad ciemnym, bezkresnym oceanem. Sabitu, Rabishu, Maskim Xul...* Piliśmy razem krew w ciemnościach przed narodzeniem księżyca... I kłamstwa, które ślepcy zwą słońcem...

[center]U-RI-IN-NU SA-AH-PU-TUM SA NA-MARU
UT-TU-U SU-NU
IM-HUL-BI-TA MU-UN-DA-RU-US ID-NU-UN-US
MES IM-SU-ZI GISGAL-LU-GIM MU-UN-DA-RI-ES MELAM**[/center]
Teraz widzę go w dole. Stoi bez ruchu na skrzyżowaniu ulic. Niewielka, nieruchoma postać, a jednak nie mógłbym jej pomylić z nikim. O Czarna Matko, ma bezimienna kochanko, czy on jest jednym z nas?

Opadam w dół na skrzydłach wiatru. Vae-i-saritar...*** Miasto wznosi się nade mną dusznym, bezkształtnym koszmarem. Jest puste. Tak puste jak komnaty mego serca. Jego imię nie ma żadnego znaczenia... En'esh, Kartagina, Charleston... Nosiło te wszystkie imiona, lecz żadne z nich nie określało w pełni jego potworności... Żadne, nie sięgało mrocznych, niespokojnych snów pełzających pod powierzchnią kamienia, betonu i szkła. Budynki patrzą na mnie pustymi lejami okien. I czuję ciemność, płynącą ulicami miasta. Odżywiającą jego wielkie, martwe ciało...

Opadam na ulicę. Tam, gdzie przede mną stoi on. Nie widzę jego twarzy. Nie ma to znaczenia. Słyszę jedynie głos. Tak cichy, jak szept lunatyka... Lecz w tej martwej przestrzeni, koszmarnego, wiecznego miasta, ten szept rozrasta się i pełznie ku mnie, wibrując w zużytym, stęchłym powietrzu...

[center]Obrazek[/center]
- Poza zasłoną czasu, jest tylko ciemność. Każda chwila staje się kroplą krwi zasilającą ocean wieczności... Wszystkie te małe wschody tego świata... Jego kalekie krzyki i zawodzenia... Jego żałosne upadki... Nie znaczą nic w wieczności, są tylko iluzją zrodzoną z przesłon czasu. Gwiazdy spadają i gasną w czarnym oceanie. Spadają i gasną... Bowiem każde światło jest śmiertelne, każda opowieść jest kłamstwem... Gdzie chcesz pójść, gdy nie ma żadnej ścieżki?

Znam te słowa. Ich rytm i melodię. Są jak litania płynąca w mej krwi. Nie umiem zliczyć, ile razy szeptałem sam je w ciemnościach? Dotykając swojej skóry, dotykając krawędzi klatki złożonej z kości i mięsa... Mojego istnienia. Mojego imienia. Mojej twarzy...

- Kim jesteś? Nim, czy mną? - pytam. A mrok płynący arterią samotnej ulicy porywa me słowa i niesie ku niemu...

- Jakie to ma znaczenie? - odpowiada. - Czy ktokolwiek z nas, patrzących w wielką, nienazwaną ciemność, może jeszcze mówić o sobie? Być może jestem zarówno nim, jak i tobą. Być może jesteś tym, czego się lękasz... Kogo próbujesz ocalić służąc tym, którzy nadali ci imię? Wichrze znad czarnego morza, cieniu pierwotnej ciemności? Twoja droga jest drogą wiatru w bezkresnej przestrzeni. Nie ty wybrałeś jego kierunek. Jesteś tylko cieniem... Tak jak i ja... Obaj oddaliśmy wszystko, by ona mogła żyć w naszych żyłach... Dlaczego więc uważasz, że możesz osądzić mnie?

Chcę odpowiedzieć, lecz wtedy... Sen pierzcha niczym zerwana taśma filmowa. Moja świadomość powraca do klatki z kości i mięsa...

I Morderca budzi się...


[center]***[/center]
Otworzył oczy. Był całkowicie przytomny. I wiedział, że nie jest sam. A co jeśli to on? - przemknęło mu przez głowę. Żaden inny sukinsyn nie podszedłby mnie tak blisko. Nie w całkowitym mroku... Poczuł jak jego mięśnie napinają się mimowolnie. Wraz z tą myślą pojawiło się coś jeszcze. Coś, czego nie znał wcześniej. I czego nie czuł nigdy, nawet stając twarzą w twarz z bestiami pokroju Christiana Paina...

[center]Strach.[/center]
Palce Assamity zacisnęły się na wygładzonej powierzchni kołka...



* sumer. Określenia odnoszą się do synów Tiamat, Duchów Ciemności, zrodzonych jako czarne wichry.
** sumer. Oni są chmurami rozprzestrzeniającymi się szeroko, które gaszą jasność dnia, Oni uderzają z wichrami burzy i nie mogą być powstrzymani.
*** s. pers. Zły Duch podróżujący na skrzydłach wiatru.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 25 stycznia 2017, 00:09

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, sanktuarium, głęboko w Umbrze i głęboko w sennych marach 12.08.1993

[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=OagjQhtgaws[/center]

Horacy szedł ulicami zupełnie pustego miasta. Tu i ówdzie paliło się światło, lecz nie było tam nikogo. Był tego pewien jak mroku, który objął swym władaniem nie tylko ulice Charleston ale i serce Nosferatu. Lęk rósł w nim coraz bardziej więc postanowił poszukać spokoju, tam gdzie zawsze czuł się najbezpieczniej. Ciężka, metalowa pokrywa prowadząca w głąb kanałów ze zgrzytem szurnęła po asfalcie, kiedy zamykał wejście za sobą.

Zeskoczył. Cichy plusk kiedy stopy zanurzyły się w brudnozielonej brei płynącej pod miastem. Kanały pchały przez siebie cały miejski syf z fikcyjnego życia na górze. Te podziemne rzeki wszystkiego co odrzucone, Szczurowi zawsze trochę przypominały gnijące arterie u trupa. Ale nie tylko dlatego je lubił.

Tym razem jednak coś mu tu nie grało. Ten dziwny poddźwięk jaki niósł się po kanałach i jeszcze coś... Nie lubił tego stanu kiedy miast uspokojenia, cierpła skóra na ciele, podnosiły się włoski, a na karku czuł czarny lód. Powiew zgniłego powietrza i ruch szat. Błysnęło delikatne światło latarki na szyi Nosferatu.

[center]Obrazek[/center]


Spokojnie Szczurze, za dużo miejskich legend się osłuchałeś o tym co może kryć się w tej plątaninie labiryntów i korytarzy. To tylko to i nic wię...

Myśl uwięzła w umyśle jak zmrożona. W marnym odblasku, tuż na granicy widoczności zobaczył ruch. Zbyt niedokładny, jednak również aż nazbyt mu znajomy...

- Rusty...? - wyrzucił niepewnie, czując nagle nienaturalną suchość w ustach.

Cokolwiek tam było przemieściło się. Powoli ruszył w mrok. Światło latarki zamigotało dyndając u jego szyi kiedy robił kolejne niepewne kroki w stronę gdzie jeszcze chwilę temu stała postać. Korytarz był pusty, jednak Horac był pewien, że słyszał cichy plusk toni.

Kroki. Nie odchodź.

Przyspieszył.

Światło gibało się coraz szybciej jakby miało się zaraz urwać z rzemieni na szyi. Pół biegnąc uświadomił sobie, że zupełnie nie kojarzy tej części podziemnego świata. Niemożliwe, przecież znał wszystko co było pod całym tym cholernym miastem. Plątanina korytarzy jednak coraz mniej przypominała mu kanały. Korytarz zrobił się lekko owalny i jakby wykonany z jakiegoś czarnego materiału. Stawał się też śliski. Z każdym swoim krokiem, Nosferatu uzmysławiał sobie że coraz mniej przypominał mu kanał, a coraz bardziej... jakby gardziel. Droga wiła się jak wąż.

-Ojcze?!

Głucho. Choć był pewien, że przez chwilę widział go znowu. Poruszał się z coraz większym trudem, po posadzce zaczęły się walać połamane kości, fragmenty małych czaszek...

Za tym zakrętem, już za moment. Zaraz, co to za dźwięki. To... jakiś, jakby śpiew.

[center]Podkład: Credo [/center]

W nozdrza uderzyła ostra woń kaganków w których prócz ognia paliły się jakieś zioła. Wszedł do szerokiej komnaty z podwyższeniem w najdalszej jej części. Była wysoka, wypełniona w dużej mierze ludźmi którzy zniknęli z nadziemnego miasta. Większość czołgała się powarkując jak zwierzęta, paznokciami zszarpywali z siebie okrycia jakie im zostały. Zrywali je czasami wraz z fragmentami swej skóry. Ci którzy byli już bez ubrań, szli na kolanach i wyrzucali ręce w kierunku piedestału. Na ich twarzach panował nastój religijnej ekstazy.
Niektórzy z nich niesieni religijnym amokiem śpiewali. Dziwne znaki jakie mieli wymalowane krwią na swych nagich ciałach przypominały te, które zajarzyły się w sanktuarium kiedy Goratrix czynił tam swe bluźniercze arkana.

Na zakrwawionym piedestale stał on. Patrzył wyniośle na swój nowy lud, który ponownie czcił go jako boga. Tak jak tysiąclecia wcześniej, na długo, długo przed Kartaginą. Jego prawica spoczywała na łysej głowie Rustyego, który dobiegł do niego i przywarł jak pies do jego nóg. Skamlał próbując powiedzieć o Horacym, jednak jego usta wyrzucały tylko falę brudnej krwi za falą. Miał wyrwany język. Nieco z tyłu stał Democritus odziany w płaszcz z czarnych jak noc piór. Z wielkim skupieniem podnosił koronę nad głowę swego pana i władcy. Na ten ruch półnadzy muzycy zaczęli uderzać miarowo ludzkimi kośćmi w swe bębny ze skóry niemowląt.

Za piedestałem była zaś rzecz najbardziej przerażająca Horacego, Brama.

[center]Obrazek [/center]

- Ingres już się zaczął. Spóźniliście się jak zwykle... - powiedział czołgający się w kierunku piedestału Shreckt i zachichotał cichutko.

Szczur z przerażeniem stwierdził, że Brama była już lekko otwarta. Sączyło się stamtąd czerwonawe światło. Było tam też coś jeszcze...
Ostatnio zmieniony 25 stycznia 2017, 00:18 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19