Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, sanktuarium, głęboko w Umbrze i głęboko w sennych marach 12.08.1993
[center]Podkład:
https://www.youtube.com/watch?v=OagjQhtgaws[/center]
Horacy szedł ulicami zupełnie pustego miasta. Tu i ówdzie paliło się światło, lecz nie było tam nikogo. Był tego pewien jak mroku, który objął swym władaniem nie tylko ulice Charleston ale i serce Nosferatu. Lęk rósł w nim coraz bardziej więc postanowił poszukać spokoju, tam gdzie zawsze czuł się najbezpieczniej. Ciężka, metalowa pokrywa prowadząca w głąb kanałów ze zgrzytem szurnęła po asfalcie, kiedy zamykał wejście za sobą.
Zeskoczył. Cichy plusk kiedy stopy zanurzyły się w brudnozielonej brei płynącej pod miastem. Kanały pchały przez siebie cały miejski syf z fikcyjnego życia na górze. Te podziemne rzeki wszystkiego co odrzucone, Szczurowi zawsze trochę przypominały gnijące arterie u trupa. Ale nie tylko dlatego je lubił.
Tym razem jednak coś mu tu nie grało. Ten dziwny poddźwięk jaki niósł się po kanałach i jeszcze coś... Nie lubił tego stanu kiedy miast uspokojenia, cierpła skóra na ciele, podnosiły się włoski, a na karku czuł czarny lód. Powiew zgniłego powietrza i ruch szat. Błysnęło delikatne światło latarki na szyi Nosferatu.
[center]

[/center]
Spokojnie Szczurze, za dużo miejskich legend się osłuchałeś o tym co może kryć się w tej plątaninie labiryntów i korytarzy. To tylko to i nic wię...
Myśl uwięzła w umyśle jak zmrożona. W marnym odblasku, tuż na granicy widoczności zobaczył ruch. Zbyt niedokładny, jednak również aż nazbyt mu znajomy...
- Rusty...? - wyrzucił niepewnie, czując nagle nienaturalną suchość w ustach.
Cokolwiek tam było przemieściło się. Powoli ruszył w mrok. Światło latarki zamigotało dyndając u jego szyi kiedy robił kolejne niepewne kroki w stronę gdzie jeszcze chwilę temu stała postać. Korytarz był pusty, jednak Horac był pewien, że słyszał cichy plusk toni.
Kroki. Nie odchodź.
Przyspieszył.
Światło gibało się coraz szybciej jakby miało się zaraz urwać z rzemieni na szyi. Pół biegnąc uświadomił sobie, że zupełnie nie kojarzy tej części podziemnego świata. Niemożliwe, przecież znał wszystko co było pod całym tym cholernym miastem. Plątanina korytarzy jednak coraz mniej przypominała mu kanały. Korytarz zrobił się lekko owalny i jakby wykonany z jakiegoś czarnego materiału. Stawał się też śliski. Z każdym swoim krokiem, Nosferatu uzmysławiał sobie że coraz mniej przypominał mu kanał, a coraz bardziej... jakby gardziel. Droga wiła się jak wąż.
-Ojcze?!
Głucho. Choć był pewien, że przez chwilę widział go znowu. Poruszał się z coraz większym trudem, po posadzce zaczęły się walać połamane kości, fragmenty małych czaszek...
Za tym zakrętem, już za moment. Zaraz, co to za dźwięki. To... jakiś, jakby śpiew.
[center]Podkład:
Credo [/center]
W nozdrza uderzyła ostra woń kaganków w których prócz ognia paliły się jakieś zioła. Wszedł do szerokiej komnaty z podwyższeniem w najdalszej jej części. Była wysoka, wypełniona w dużej mierze ludźmi którzy zniknęli z nadziemnego miasta. Większość czołgała się powarkując jak zwierzęta, paznokciami zszarpywali z siebie okrycia jakie im zostały. Zrywali je czasami wraz z fragmentami swej skóry. Ci którzy byli już bez ubrań, szli na kolanach i wyrzucali ręce w kierunku piedestału. Na ich twarzach panował nastój religijnej ekstazy.
Niektórzy z nich niesieni religijnym amokiem śpiewali. Dziwne znaki jakie mieli wymalowane krwią na swych nagich ciałach przypominały te, które zajarzyły się w sanktuarium kiedy Goratrix czynił tam swe bluźniercze arkana.
Na zakrwawionym piedestale stał on. Patrzył wyniośle na swój nowy lud, który ponownie czcił go jako boga. Tak jak tysiąclecia wcześniej, na długo, długo przed Kartaginą. Jego prawica spoczywała na łysej głowie Rustyego, który dobiegł do niego i przywarł jak pies do jego nóg. Skamlał próbując powiedzieć o Horacym, jednak jego usta wyrzucały tylko falę brudnej krwi za falą. Miał wyrwany język. Nieco z tyłu stał Democritus odziany w płaszcz z czarnych jak noc piór. Z wielkim skupieniem podnosił koronę nad głowę swego pana i władcy. Na ten ruch półnadzy muzycy zaczęli uderzać miarowo ludzkimi kośćmi w swe bębny ze skóry niemowląt.
Za piedestałem była zaś rzecz najbardziej przerażająca Horacego, Brama.
[center]

[/center]
- Ingres już się zaczął. Spóźniliście się jak zwykle... - powiedział czołgający się w kierunku piedestału Shreckt i zachichotał cichutko.
Szczur z przerażeniem stwierdził, że Brama była już lekko otwarta. Sączyło się stamtąd czerwonawe światło. Było tam też coś jeszcze...