[center]Posiadłość Bentaresh, Calli, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Umysł Ehecatlema po zdaniu sobie sprawy z tego, co się dzieje w pomieszczeniu zaczął działać na najwyższych obrotach. Wszystkie mięśnie instynktownie się napięły, tarcza i oręż gotowe do działania. Wojownik wyszeptał jeszcze słowa, dzięki którym jego skóra w półmroku zaczęła przypominać kolorem ściany pokoju.
W tym samym momencie mocno przyspieszył ruszając prosto na bestię, nim ta zdąży wykończyć pozostałych walczących.
Muszę odwrócić jego uwagę od pozostałych - ta myśl była w zasadzie jedyną, która kłębiła się w głowie, cała reszta czynności to wyłącznie wyćwiczone przez lata odruchy i pamięć mięśniowa. W pewien sposób pomimo całego niebezpieczeństwa sprawiało mu to ekstatyczną wręcz przyjemność - po to przecież poświęcił całe swoje życie treningom. I takie właśnie chwile sprawiały, iż czuł się w pełni żywy.
Teraz jednak najważniejsze było pozbycie się plugastwa i, przy odrobinie szczęścia, także rozmowa ze strażnikiem. Paladyn musiał odwrócić uwagę stwora, by mieli jak największe szanse wyjść z tego cało.
Biegnąc wzniósł do góry swą broń i rozpędził się możliwie najbardziej, by zaatakować całą siłą mięśni.
Nim wykonał ostatni skok w stronę przeciwnika zdążył tylko krzyknąć:
- Giń pomiocie!
Po czym słychać było jedynie huk, gdy broń zetknęła się z ciałem wroga.
Biegnę na wprost najpierw tak, by znaleźć się obok Xatatla (po jego lewej stronie), a następnie stopniowo w trakcie walki małymi kroczkami przesuwam się w lewo próbując jednocześnie atakami przykuć uwagę bestii do siebie i odsłąniając jej plecy sojusznikom.
Ehecatlem używa także tarczy z żywiołu Ziemi oraz wzmacnia zwinność. Nie unika ataków, lecz będzie je parował na początku tarczą.
---
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
[center]Posiadłość Bentaresh, Calli, 15 Pani Trzcin[/center]
Potworny lęk ścisnął wnętrzności alchemika żelaznymi kleszczami, poszarpał je spazmami tak silnymi, że z ust AjArdczyka wydarł się zduszony jęk bólu. Nadnaturalne wynaturzenie człapiące na oczach Khema nie miało nic wspólnego z magicznymi sztukami praktykowanymi przez czarnoskórego adepta, czerpało swą moc z zupełnie obcych i odrażających dla Mibampesa źródeł. Instynkt samozachowawczy wrzeszczał w myślach alchemika próbując wymusić na nim natychmiastową ucieczkę, na oślep i na złamanie karku, byle dalej od tej przerażającej istoty...
Lecz jednocześnie przebłysk wspomnienia przypomniał Khemowi, kim był walczący z potworem człowiek, a waleczna szarża dzielniejszych kompanów przydała mężczyźnie odwagi, której istnienia ten nigdy u siebie nie podejrzewał.
Ściskając kurczowo bułat AjArdczyk wrzasnął nienaturalnie wysokim głosem i nim ten zawstydzający pisk przebrzmiał, Khem gnał już na poczwarę z uniesionym wysoko bułatem.
Mechanika walki wciąż pozostaje dla mnie zagadką. Odgrywając wiernie swą rolę przeprowadzę dziką szarżę próbując ciąć stwora w głowę (o ile wolno mi wykonać atak selektywny tego rodzaju). Mam cichą nadzieję, że Syn Słońca zarąbie tego dziobaka wcześniej!
[center]Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Silny odór zgnilizny zagęścił atmosferę walki. Stratis dobył szybko nóż i przemknął w głąb korytarza. Poczuł ruch Sophii na ramieniu. Szafranowy wąż napiął się czując zbliżające się niebezpieczeństwo. Czujne oczy złodzieja nie dostrzegły jednak żadnych drzwi. Żadnego przejścia do innego pomieszczenia. Ah-saa-brax przywarł do lodowatego lica ściany. Cokolwiek miało się stać, nie zamierzał zbliżać się do pokrytej oleistą mazią istoty. Kłykcie pobielały, gdy zacisnął palce na rękojeści noża do rzucania.
[center]
***[/center]
Zyanya wstrzymała oddech. Słyszała o różnych, czasem nieprawdopodobnie koszmarnych istotach. Wykręconych, przeklętych, potomstwu zatruwającej serca Ciemności. Coś, co było w pomieszczeniu, wyrzekło się światła. Sama obecność kultysty była profanacją dla tej ziemi. Dla ciszy i ciemności zrodzonej z Czarnej Matki. Dla Jej samej.
Spod jej zwykłego opanowania, z jej spokoju i wewnętrznej ciszy połączenia z Tarris, zrodził się gniew. Zacisnęła usta. Jej palce drżały pod wpływem emocji. Szybko jednak odszukała dmuchawkę. Zmysły wyostrzyły się. Była cierpliwa, gotowa użyć zatrutych strzałek we właściwej chwili.
[center]***[/center]
Tepoztopilli przecięła szybko powietrze. Xatatl pchnął włócznią istotę zrodzoną z najgłębszej ciemności poza rozumieniem i logiką. Kamienny grot nie sięgnął jednak ciała plugawego stworzenia. Opętany kultysta, wcześniej zainteresowany uśmierceniem pechowego strażnika, zwrócił się w jego stronę. Zdało się, że jego całkowicie czarne oczy dostrzegły zagrożenie - nagłe pojawienie się istot o równie ciepłej krwi i bijącym sercu, co dwójka obecnych już wojowników. Atak Xatatla nie sięgnął ciała istoty, nie drasnął mięśnia, zrywając pokryty czarną mazią ochłap skóry.
Osaczona bestia zawyła. Przenikliwy wrzask wypełnił uszy zebranych. Sięgnął ich serc, najczulszego rdzenia wewnątrz każdego z nich. Krzyk przypominał zawodzenie zagubionej duszy. Samotnej, rozdartej przez wichry najciemniejszej, najgłębszej spośród nocy. Wnikał do wewnątrz ciała, do wewnątrz duszy, z której wydobywał się strach.
[center]***[/center]
Stratis przeklął gwałtownie. Przyjście tutaj było jedną z najgorszych decyzji! Powinien był wcześniej zbadać otoczenie. Niech chwalebni Synowie Słońca zajmują się walką z przeklętymi, roznoszącymi swe zatrucie istotami! Kim on w końcu jest? Na pewno nie zamierzał tarzać się w tym bagnie, nie! Młody muzyk ściskając w dłoni nóż do rzucania, przemknął szybko w głąb korytarza, z którego przyszli. Może w powietrzu wciąż roznosił się plugawy swąd maszkary, lecz było tu względnie bezpiecznie, a on nie zamierzał bezsensownie poświęcać życia.
[center]***[/center]
Silny lęk pojawił się w ciele Zyanyi. Czuła jego drżenie w każdym mięśniu, skroniach, a w końcu w umyśle, do którego wpełzł niczym czarna plama podobna do posoki przeklętej istoty. Czuła jego ciężar, niby trzepot skrzydeł niezliczonych ciem tuż pod klatką piersiową. Całe ciało krzyczało, rwało się do zwierzęcej ucieczki. Serce drżało w popłochu. Hierodula przywołała jednak imię Czarnej Matki. Zagościło na jej ustach. Jego brzmienie złożyło na wargach swój cichy pocałunek. Krótka modlitwa uwolniła jej serce. Oczyściła jej umysł i zmysły od wpływu plugawej magii. Córka ciszy nie poddała się.
[center]***[/center]
Nim Syn Słońca zdążył zadać plugastwu cios, bestia zawyła. Dźwięk, przeklęty odgłos z najgłębszej czeluści bez dna wzbudził w nim jedynie gniew. Świętą pożogę palącą, wypełniającą jego serce niczym ogień samego Holis. W tej chwili to coś, co już nie jest człowiekiem, umrze! Ogień przeniknął jego żyły, dodał mu siły, determinacji i rozpędu. Wojownik zaczął flankować maszkarę, odsłaniając ją Xatatlowi i strażnikowi. Niech atakują! Wykorzystają nadążającą się sytuację, pozbawiając życia to, co nigdy nie powinno się urodzić! Xatatl zawahał się jednak. Strach przemknął przez jego ciało. Cień lęku przez chwilę zagościł na jego twarzy. Mężczyzna nie cofnął się. Spojrzał na swego przyjaciela, brata, towarzysza w walce. Odczucie braterskiej więzi i oddanie sprawie przeniknęło jego osobę. Wzniósł więc tepoztopilli i uderzył na przeklętego kultystę.
Strażnik nie był jednak wystarczająco silnego serca. Lęk, zwierzęcy odruch ucieczki przejął nad nim kontrolę. I mimo, że wojownik nie opuścił broni, nie porzucił strachliwie oręża, uciekł do dalszego kąta komnaty. Wyraźnie zamierzał minąć bestię, przekraść się jak najszybciej pod ścianą, uciekając płochliwie przez drugie drzwi.
[center]***[/center]
Alchemik dostrzegł uciekającego w popłochu strażnika. Zwykły wojownik, jego serce zdjął magicznie wywołany lęk. Zawodzenie bestii nie wywołało w AjArdczyku żadnych emocji. Jego umysł wyostrzył się. Wiedział, że to tylko efekt magiczny. Znał jego działanie, widział już wcześniej stworzenia, a nawet część magów, którzy potrafią go wywołać. Sytuacja była nagląca. Nie miał czasu na dalsze dywagacje nad tym tematem. Z obnażonym bułatem zmierzył na wroga, aby pomóc dwóm wojownikom in zastąpić przerażonego strażnika.
[center]***[/center]
Magiczny efekt, który wyzwoliło wycie bestii, opadł również na Alinur. Mezxtli odczuł strach. Poczuł znajome mrowienie, poczuł jak plugawa magia wpływa na matrycę otoczenia. Na jego wzorzec, jego umysł. Wprowadza do skupionego, czystego umysłu pomieszanie. Schemat zwierzęcej ucieczki, prezentując obrazy i skojarzenia z najgorszych koszmarów. Wciągnął gwałtownie powietrze do płuc. Z wydechem wyzwolił lęk, energię strachu, która zakleszczała się na jego ciele i zmieniała zachowania. Stanął do walki razem z wojownikami, razem z zwykle tak spokojnym i stroniącym od starcia alchemikiem. On jednak zamierzał wykorzystać do tego swój umysł. Przelał energię w obraz. Wykreował oczyma wyobraźni wizję, w której plugawa istota cierpiała. Zwijała się w agonii, gdy jej ciało trawiły wiecznie głodne płomienie. Energia przeszła, wzorzec był załadowany. Nic się jednak nie stało. Opętany kultysta nie uległ wpływowi czaru. Skierował swą uwagę na Ehecatlema, zamierzając zadać cios. Nim jednak bezwiedne ramię targnęło orężem i cięło syna Holis, włócznia Xatatla przebiła plugawe, toczone rozpadem mięśnie. Grot przeszedł przez zbroję, przebił na wylot tkankę. Czarna posoka wzbiła się z zadanej rany. Pokryła ramiona obu wojowników, wdzierając się gwałtownym zimnem w skórę. Bestia wydała z gardzieli głos przypominający syk, bądź szelest ruchu niezliczonego robactwa. Padła na ziemię martwa. Czarna maź zabarwiła posadzkę, zaczęła się rozpływać. Z wnętrza tkanek wyklętej bestii wypełzło zaś robactwo. Wijące się, czarne niemal jak lepka maź, zaczęło toczyć tkanki, rozkładać je w zastraszającej szybkości.
- Bądź przeklęty! Niech plugawe moce, którym służyłeś, nie znajdą tu miejsca! - wykrzyknął Xatatl i jednym, płynnym pchnięciem przebił czaszkę kultysty. Robactwo, które zaczęło rozpełzać się po posadzce, przemieniło się nagle w ciemną, oleistą substancję. Mimo, iż swąd istoty dalej unosił się w powietrzu, walka skończyła się.
1. Stratis dobywa broni i wycofuje się dalej od drzwi do pomieszczenia. W korytarzu nie ma jednak żadnego wejścia do innego pomieszczenia.
2. Zyanya nie włącza się do walki, lecz przygotowuje broń.
3. Xatatl uderza włócznią na wyznawcę Ciemności. Grot mija jednak ciało przeciwnika, nie zadając mu obrażeń!
4. Opętany i pokryty czarną mazią kultysta dostrzega zagrożenie i zawodzi upiornie. Każdy wykonuje test Siły Woli przeciwko lękowi, który wzbudza głos tej istoty:
Ah-saa-brax: brak sukcesu. Budzący wręcz pierwotny lęk dźwięk powoduje, że Stratis wróci do korytarza, z którego przyszli. Gdy zagrożenie minie, gwałtowne emocje muzyka opadną.
Ehecatlem: 02! Krytyczny sukces! Syn Słońca już zawsze będzie odporny na skutki zawodzenia tego typu istot! Wojownik jest nieustraszony, a krzyk bestii wręcz dodaje mu determinacji do walki! (krytyczny sukces wynika wyłącznie z bardzo dobrego wyrzutu kośćmi. Ehecatlem zachowuje dalej swoje błogosławieństwo od Patrona).
Khem: Duży sukces - cztery przebicia! Zawodzenie opętanego kultysty nie robi na nim najmniejszego wrażenia!
MezXtli: sukces bez przebić. Zawodzenie wstrząśnie magiem. Dzięki ćwiczeniu umysłu, Mezxtliemu uda się jednak opanować z pewnym trudem strach.
Xatatl: początkowo wojownika odrzucił ów dźwięk, jednak po chwili zawahania, tiba otrząsnął się i stanął znów do walki.
Zyanya: sukces marginalny. Krzyk potwora zmroził aż krew w żyłach Ixari. Hierodula nie spotkała się jeszcze nigdy z takim plugastwem. Siła jej wiary i zaufania do Czarnej Matki sprawi jednak, że hierodula nie ulegnie lękowi i nie ucieknie. Wciągu rundy opanuje odczuwalny strach.
Strażnik: Przerażające wycie dotknęło serca strażnika, który szybko odsunął się do dalszej części pomieszczenia.