PBF - Charleston by Night

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 16 października 2016, 01:47

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Namtar przez chwilę wpatrywał się w ojczulka bez słowa, najwyraźniej rozważając to, co usłyszał. W końcu skinął głową i odezwał się cicho:

- Ana owafek.* Mogę ci to zagwarantować. Potrafię być do bólu profesjonalny jeśli trzeba- gdzieś w tle tego zdania kryła się niewypowiedziana obietnica, której Morderca najwyraźniej nie umiał lub nie starał się ukryć. Uśmiechnął się lekko w sposób, który można było uznać za przyjacielski jedynie przy dużej dozie wyobraźni i dobrej woli.

- Jeśli istotnie mówisz prawdę, kafir, nie musisz się mnie obawiać - dodał spokojnie - Lecz jeśli okłamałeś mnie chociaż raz pokażę Ci co znaczy zemsta Skorpiona. Bezapt kidda** I nie będziesz narzekał na mój profesjonalizm w tej kwestii... A teraz, przejdziemy się wreszcie?

Wiktoria spojrzała z nad ciała Cleo z twarzą pełną powagi. Horacy miał rację, mimo jej osobistego dramatu, stanu ghula i całą sytuacją z obrazem, musiała trzymać koterię w całości i nie pozwalać na osobiste wycieczki, szczególnie w kryzysowych sytuacjach. Była podenerwowana. Nie, była zła. Wprost niekontrolowanie wyprowadzona z równowagi. Kto w ogóle śmiał! Nie dość, że doprowadzili jej ghula do takiego stanu... To jeszcze jej obraz!... jej piękny obraz, namalowany przez jej drogiego ojca! Jedyna podobizna jaką miała! Dzięki niej mogła chociaż przez wieki pamiętać jak wygląda... Teraz to wszystko przepadło!

I ten podpis. Niech ona tylko się dowie kto śmiał zbezcześcić jej droga pamiątkę!... Jej największy skarb! - Czuła jak bestia wyrywa się w jej środku, żądając krwi. Gniew wzrastający w niej doprowadzał do szału.

Nie podobał jej się też ton Assamity, ani jego nadmierna chęć pozostania sam na sam z Terrym. Co on sobie wogóle myśli!? Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że nic dobrego z tego nie przyjedzie... ani dla Terrego, ani dla całej grupy. Jeśli pozwoli Assamicie na zastraszanie pozostałych, wprowadzi to atmosferę strachu i terroru, jakby nie mieli jej nadmiaru na co dzień.. Nie miała zamiaru na to pozwolić... Musiała to wszystko jakoś zorganizować. Kontrolować. Tak! Kontrola nad sytuacją! Tylko to mogło pomóc się jej uspokoić. Musi to wszystko jakoś poukładać.

- Nie sadzę by Terry miał coś do powiedzenia, co wymagało by tylko Twojej obecności - zwróciła się do ochroniarza, pełna surowości. - Jeżeli ma do powiedzenia coś ponad to co już zostało powiedziane, niech lepiej powie to nam wszystkim. Czy też mam uważać, że oprócz naszej misji macie jakieś osobiste, interferujące wątki poboczne?! Jeśli tak, bardzo mnie to niepokoi. - próbowała ująć jak najbardziej dyplomatycznie kwestę, że jeśli tak, to nie będzie tego tolerować. - Zdaje się, że było już powiedziane wcześniej: żadnych tajemni w koterii. Mieliśmy wystarczająco dużo niedomówień i ich konsekwencji. Myślę że reszta się ze mną zgodzi? Spojrzała z uwagę na pozostałych w oczekiwaniu na odpowiedź. Jej głos był zimny i dość beznamiętny jak na zaistniałą sytuację...

Goratrix napotykając wzrok Wiktorii powiedział tylko - Poszukam sali rytualnej, nie przeszkadzajcie sobie. - i znikł.

Morderca znieruchomiał słuchając słów Victorii. A później jego ręka opadła na sztylet, a głos nabrał zimnych tonów stali:

- Mogłem się tego spodziewać po Niewiernych - powiedział cicho. - Nie szanujesz mojej krwi, kobieto, ani mnie. Jak śmiesz twierdzić, że sprawy dotyczące mojej Przemiany są kwestią tej koterii? Nie będę o tym rozmawiał z tobą ani z nikim, kto nie jest w to zamieszany. Jak Terry. Pytam więc Ciebie, Terry, bo nie będę tracił więcej czasu na puste dyskusje z niewiastą. Wyjdziesz ze mną porozmawiać, czy nie?

Viktoria uniosła ze zdziwieniem brwi, szczerze zaskoczona reakcją Assamity, a także kwestią do której się odniósł w swym wielkim gniewie. Nigdy nie rozumiała tych nie przemyślanych odruchów, pełnych agresji. W jej pojęciu o rzeczach się dyskutowało. Najlepiej w spokoju, wymieniając uwagi. A nie łapało za broń. Niewierni i niewiasty też jakoś wszędzie, tajemniczo mieli swój udział... Westchnęła ciężko próbując znaleźć ślad jakiegoś logicznego połączenia... Jej irytacja po woli schodziła i emocja wracały do normalnego poziomu. Bestia szła spać.

- Jakiej krwi!? - zapytała - O czym ty mówisz? Myślałam, że chodzi ci o...

Terry natychmiast wyciągnął dłoń w jej stronę w uspokajającym geście mówiąc:

- Nie, Czarna Victorio. Pójdę z nim, bo chcę z nim pójść. Proszę, nie walcz za mnie moich bitew.

Viktoria przyglądała się im badawczo.

- Ah... to! - dodała, przypominając sobie skrawki zapamiętanych informacji. Ostatnie zdania Paula, wypowiedziane w furii, zaraz przed jego niefortunnym zejściem ze sceny... Była to wszakże kolejna wśród innych, nowych wiadomości. Tak wiele było rzeczy zaprzątających jej uwagę w miedzy czasie.

- No tak, w takim razie już rozumiem. Myślałam, że... nie ważne. W takim razie idźcie, idźcie. Przepraszam, Aasif*** już nie przeszkadzam. Musicie mi wybaczyć ale widzicie co tu się dzieje! - W geście rozpaczy rozkładając ręce, wskazała na łóżko na którym leżała nieprzytomna Cleo, a obok do tej pory tak piękny obraz z jej podobizną. - Ostatnie wydarzenia wyprowadziły mnie z równowagi myśli - Zrobiła przepraszający gest - i natychmiast odwróciła się powrotem w stronę Cleo, przenosząc na nią całą swoją uwagę.

- Wzajemna komunikacja to taka dobra umiejętność - Wyszeptała już do siebie - Ty też, mów do mnie, co się stało na bogów! Cleo! - kontynuowała, gładząc drżącą ręką twarz dziewczyny. Wiedziała, że jest silna. Silniejsza od Lucasa... Poradzi sobie. Na pewno...

Przegryzła nadgarstek i wlała jej do ust swojej Vitae.

* arab. Zgadzam się.
** arab. Dokładnie tak
*** arab. Przepraszam
3 PK krwi dla Cleo. Bestia opanowana!
Ostatnio zmieniony 16 października 2016, 02:05 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 16 października 2016, 16:13

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Horacy wzruszył ramionami słysząc, że dwójka nienormalnych chce się oddalić celem omówienia wspólnych korzeni. Nie dziwiło go to w cale, a interesowało tylko trochę. Zamamrotał coś pod nosem na temat braku wychowania.

- Zostawię to na razie. -Powiedział odkładając obraz. - Miałem go dla ciebie sprawdzić za pomocą dyscyplin ale teraz nie jestem pewien czy to aby nie pułapka. To dziwne, że pozwolono twojej dziewczynce ujść z żyłem i do tego jeszcze z tym malowidłem w bagażniku. Ostatnie noce skutecznie nauczyły mnie nie wierzyć w tego typu przypadki. Jedna, jeśli będzie ci zależeć to oferuję wszelką pomoc rozwiązaniu problemów. Nie zostawiliście mnie z kwestią mojego syna, tedy i ja nikogo nie zostawię. Jeśli zatem będziesz potrzebować pomocy z tym przedmiotem... - rzucił wskazując długim zakrzywionym pazurem na obraz - ...to pomogę w miarę swoich skromnych możliwości. Wrócimy do tego tematu jeszcze za chwilę, a na razie... Na razie, muszę pospieszyć za naszym gościem. Bo to bardzo nieładnie zostawić gościa, tak samego w domostwie. Zwłaszcza w tym, które oddano nam pod naszą szczególną opiekę. - Oddalając się rzucił na koniec. - Idzie ktoś ze mną zamienić z nim słowo czy dwa?

Szybkim krokiem dotarł do sali rytuałów, gdzie spodziewał się za pomocą nadwrażliwości odnaleźć Gortrixa. Przełknął ślinę. Poprzeczka, którą chciał przeskoczyć była postawiona wysoko. Zmierzał bowiem zrobić coś do czego matka natura go w ogóle nie przystosowała. Zamierzał być uprzejmy. Wróg czy nie wróg, jakieś standardy gościnności jednak obowiązywały kiedy osoba tak wiekowa i o takiej mocy witała w domostwie. Horacy nie chciał wyjść na zwykłego prymitywnego prowincjonalnego ćwoka. Nie chciał wyjść, znowu.
Mlasnął z niesmakiem, przypominając sobie niedawną scysję z Mario Giovanni.

- Serdecznie przepraszam Mistrzu za zachowanie przy wejściu. Nie przywitaliśmy cię tak jak należy po przekroczeniu domostwa. Zatem... ekhem... Koteria Atra-Hasisa wita cię szacowny Mistrzu w tych skromnych progach. - skinął głową. - Bardzo nam miło powitać tak znakomitego gościa i jak to mówio (sic!) czym chata bogata. - Zdobył się na serdeczny uśmiech i rozłożył szeroko ręce wskazując wszystko wokół. Możesz zatem śmiało korzystać ze wszelkich potrzebnych ci ingrediencji oraz z pomieszczenia do rytuałów, by przysporzyć sobie nowe ciało. Nowe chwilowe ciało. - Poprawił się szybko. - Zaraz ktoś ci je przywlecze, tylko jakby... -zmarszczył czoło pragnąc szybko i klarownie wyjaśnić dlaczego jeszcze go tu nie wniesiono. - Trwa spór o to kto jest bardziej godzien to uczynić.

- Witamy w domenie koterii Red Wisdoma, nad którą przydzielono pieczę Victorii i która to powinna czynić niniejszy honor powitania ale ze względu na osobistą tragedię, sam rozumiesz... Ekhem... chyba pominę też kwestie oczywistych norm obowiązujących w domenie. Dodam tylko, że jesteśmy jednie lojalnymi wykonawcami testamentu Starca w imieniu którego opiekujemy się tym miejscem. Mam nadzieję, że nie będzie tedy zbyt dużym zuchwalstwem z naszej strony prosić aby nic co wasza ekscelencja zobaczy w tej domenie nie zostało użyte przeciwko ś.p. Red Wisdomowi, pamięci o nim, bądź zadaniu które ostatnią wolą nakazał nam wypełnić.
Zrobił pauzę czekając na ewentualną reakcję.

- Byli byśmy również bardzo wdzięczni za wszelkie ewentualne spostrzeżenia jakie ekscelencji przyjdą do głowy podczas oglądania rezydencji, które mogłyby nam pomóc wypełnić nasze zadanie. Mam na myśli zwłaszcza te szczegóły, które jedynie osoba o tak wielkiej wiedzy jak ty panie byłaby w stanie dostrzec.

- Czy sala rytuałów odpowiada wymogom rytuału? -dodał już nieco swobodniej.

Zapytuję, bo może go tu wcale nie ma ja walę oficjalne powitanko jak kretyn jakiś.
Podczas przemowy Horacy korzysta z umiejętności performance, by w nieco przesadnie teatralny, niemniej jednak szczery sposób, powitać z szacunkiem gościa. Proszę o ewentualny, stosowny do tego test.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 18 października 2016, 14:26

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Morderca podszedł do leżącej na kanapie Cleo i dotknął jej czoła. Victoria spojrzała na niego z niepokojem, gotowa zareagować, gdyby gest ten miał przynieść jej podopiecznej dalszą szkodę. Assamita wyszeptał jednak tylko kilka słów w nieznanym języku i kobieta westchnęła cicho. Krwiak na jej skroni zmniejszył się znacznie, a opuchlizna zniknęła. Oddech rannej uspokoił się. Zanim Lasombra zdążyła cokolwiek powiedzieć, ochroniarz odwrócił się i wyszedł z pokoju.

Poczekał na Świra stojąc u szczytu schodów do piwnicy. Terry jednak rzekł szybko.

- Porozmawiajmy w jadalni. Sam mówiłeś, że na dole jest ta dziura... Poza tym nie powinniśmy odchodzić daleko od reszty...

Namtar skinął tylko głową, nie porzucając kamiennego wyrazu twarzy, choć Terremu zdawało się, że propozycja zmiany lokacji niekoniecznie przypadła Łowcy do gustu. Nie miał jednak ochoty zagłębiać się w ciemność z podirytowanym psycholem u boku. Wspólnie przeszli przez korytarz kierując się do jadalni. Namtar otworzył drzwi, poczekał, aż Terry wejdzie do środka i zamknął je ponownie, opierając się o nie plecami. Znaczenie tego gestu było aż nadto wymowne: "nie wyjdziesz stąd, dopóki ci nie pozwolę."

- Nie zapalaj światła - powiedział jedynie cicho, ubiegając starania ojczulka, macającego jedną ręką w poszukiwaniu przełącznika. - Zresztą i tak szukasz w złym miejscu...

Terry westchnął i opadł na kanapę pod ścianą. Srebrny odblask dalekich latarni przeciekał przez efemeryczną pajęczynę firan. Wzrok nieumarłego przyzwyczajał się szybko do ciemności, odnajdując w mroku jadalni rozrzucone sprzęty: stół, kilka krzeseł, stolik z wazonem przywiędłych azalii - najpewniej pozostawionych jeszcze z pogrzebu Atra-hasisa. Ich mdły zapach przenikał zastałe powietrze nutą słodkiego rozkładu. Cienie drzew za oknem wpełzały na ściany, przyjmując postacie przygarbionych gnomów, które zdawały się