PBF - Charleston by Night
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston, WV 2530, limuzyna Victorii, 11.08.1993
Minęła chwila nim do Terrego dotarło, że pytanie było skierowane do niego. Jęknął cicho, pragnąc po postu zniknąć. Przez chwilę nawet rozważył czy nie lepiej było by po prostu wysiąść z jadącego pojazdu. Powstrzymał się jednak, bo o ile chwilowo rozwiązało by to jego problem z Goratrixem, o tyle reszta Koterii nabrała by pewności co do jego złych intencji. Domniemanych złych intencji. Podniósł więc nieco spojrzenie, wciąż jednak nie łapiąc kontaktu wzrokowego z czarodziejem.
- Dowiedziałem się dzisiaj, że głos w mojej głowie mógł mnie wykorzystywać do własnych celów. Czuję się źle dotknięty a w dodatku to jeszcze nie koniec moich problemów na dziś. - odpowiedział cicho, lecz zdecydowanie. Dopiero po tym jak skończył mówić spojrzał nieśmiało na Tremere.
Nie miał ochoty na rozmowy. Jego problem polegał na tym, że chyba rozmowy miały ochotę na niego. To z kolei coraz bardziej go irytowało. Szczególnie dlatego, że nie czuł się zdrajcą ni kłamcą. Nie łgał im, ale wiedział, że i tak będą chcieli go przepytać. Calutka Koteria. I jeszcze Goratrix...
- Nie w mieście, poza nim ale wciąż w zachodniej Virginii. Giovani. - dodał, tym razem już spoglądając na rozmówcę.
Minęła chwila nim do Terrego dotarło, że pytanie było skierowane do niego. Jęknął cicho, pragnąc po postu zniknąć. Przez chwilę nawet rozważył czy nie lepiej było by po prostu wysiąść z jadącego pojazdu. Powstrzymał się jednak, bo o ile chwilowo rozwiązało by to jego problem z Goratrixem, o tyle reszta Koterii nabrała by pewności co do jego złych intencji. Domniemanych złych intencji. Podniósł więc nieco spojrzenie, wciąż jednak nie łapiąc kontaktu wzrokowego z czarodziejem.
- Dowiedziałem się dzisiaj, że głos w mojej głowie mógł mnie wykorzystywać do własnych celów. Czuję się źle dotknięty a w dodatku to jeszcze nie koniec moich problemów na dziś. - odpowiedział cicho, lecz zdecydowanie. Dopiero po tym jak skończył mówić spojrzał nieśmiało na Tremere.
Nie miał ochoty na rozmowy. Jego problem polegał na tym, że chyba rozmowy miały ochotę na niego. To z kolei coraz bardziej go irytowało. Szczególnie dlatego, że nie czuł się zdrajcą ni kłamcą. Nie łgał im, ale wiedział, że i tak będą chcieli go przepytać. Calutka Koteria. I jeszcze Goratrix...
- Nie w mieście, poza nim ale wciąż w zachodniej Virginii. Giovani. - dodał, tym razem już spoglądając na rozmówcę.
Charleston, WV 2530, limuzyna Victorii, 11.08.1993
- Zdaję się, że mamy odpowiedniego... kandydata pasującego do twoich wymagań, drogi Goratrixie. Nie niepokój się nadmiernie... czeka na ciebie spokojnie w domostwie Reda i nigdzie się nie ruszy... zapewniam. - Viktoria uśmiechała się z przekorą. W końcu na coś przyda się któreś z trucheł które zalegały w sanktuarium. Całe szczęście, że nie mieli czasu się nimi zając wcześniej z racji na nadmiar goniących się na wzajem wydarzeń. Przydadzą się do czegoś.
- Nie wiem wszakże jak odniesiesz się do pochodzenia klanowego, którego nie da się ukryć, twojego przyszłego ciała. Jest to niestety... Ravnos o bliżej nieokreślonej proweniencji... Posiada jednak zdolność odporności... i chyba nikt specjalnie nie będzie się nim przejmowałł... Jako, że splamił honor swojego klanu... - Dokończyła Lasombra tonem głosu oscylującym pomiędzy ciekawością i ryzykowną ironią... Jako że Goratrix cóż, sam "splamił" honor swojego klany i był Antytribu. Zastanawiała się przez chwilę czy ten poirytuje się czy zrozumie podchwytliwość sytuacji i przyjmie ją z.. uśmiechem? rozbawieniem?... Lasombra okazywała mu szacunek ale nie bała się pogrywać z nim, oczywiście w granicach rozsądku. W pewien sposób przyzwyczaiła się do wysokiego ryzyka w ostatnich nocach jej egzystencji. Co noc było niebezpiecznie, co noc ocierała się o śmierć ostateczną. Gra toczyła się na wysokich obrotach i na takich powinna działać. Jakoś przyzwyczaiła się do myśli, że może się to dla niej w każdej chwili skończyć dramatycznie. Jednak jeśli nie stawia się wysokich stawek, nie ma się słusznych wygranych...
- Zdaję się, że mamy odpowiedniego... kandydata pasującego do twoich wymagań, drogi Goratrixie. Nie niepokój się nadmiernie... czeka na ciebie spokojnie w domostwie Reda i nigdzie się nie ruszy... zapewniam. - Viktoria uśmiechała się z przekorą. W końcu na coś przyda się któreś z trucheł które zalegały w sanktuarium. Całe szczęście, że nie mieli czasu się nimi zając wcześniej z racji na nadmiar goniących się na wzajem wydarzeń. Przydadzą się do czegoś.
- Nie wiem wszakże jak odniesiesz się do pochodzenia klanowego, którego nie da się ukryć, twojego przyszłego ciała. Jest to niestety... Ravnos o bliżej nieokreślonej proweniencji... Posiada jednak zdolność odporności... i chyba nikt specjalnie nie będzie się nim przejmowałł... Jako, że splamił honor swojego klanu... - Dokończyła Lasombra tonem głosu oscylującym pomiędzy ciekawością i ryzykowną ironią... Jako że Goratrix cóż, sam "splamił" honor swojego klany i był Antytribu. Zastanawiała się przez chwilę czy ten poirytuje się czy zrozumie podchwytliwość sytuacji i przyjmie ją z.. uśmiechem? rozbawieniem?... Lasombra okazywała mu szacunek ale nie bała się pogrywać z nim, oczywiście w granicach rozsądku. W pewien sposób przyzwyczaiła się do wysokiego ryzyka w ostatnich nocach jej egzystencji. Co noc było niebezpiecznie, co noc ocierała się o śmierć ostateczną. Gra toczyła się na wysokich obrotach i na takich powinna działać. Jakoś przyzwyczaiła się do myśli, że może się to dla niej w każdej chwili skończyć dramatycznie. Jednak jeśli nie stawia się wysokich stawek, nie ma się słusznych wygranych...
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993
Goratrix uśmiechnął się jedynie nie kryjąc rozbawienia, na wieść o tym, że jego gospodarz, pochodzi z klanu Ravnos. Gdy przywódczyni koterii skończyła wypowiedź, Tremer przemówił:
- Doskonale... Myślę, że odnajdę się bez problemu. Jest jeszcze coś o czym wcześniej nie wspomniałem. Z tego co mówisz, Victorio, ów Ravnos znajduje się w domu Atrahasisa. To się dobrze składa, bo będę potrzebował jego sali rytualnej i ciała które mam przejąć. Rytuał będzie trwał niecała godzinę.
- Jeżeli ktoś chce być obecny w czasie ceremonii, to serdecznie zapraszam - dodał po chwili, zwracając się do całej koterii.
[center]***[/center]
Niedługo po słowach Czarodzieja dotarli do domu. Wysiedli z limuzyny i powolnym krokiem udali się w stronę wejścia. Dookoła było bardzo cicho. Dokładnie tak jak gdyby całe miasto nagle zasnęło. Nie było słychać wrzasków i wystrzałów z broni palnej, umilkły nawet syreny policyjne. Od strony śródmieścia dobiegało jedynie milczenie, tak jakby wszyscy mieszkańcy przestali nagle istnieć. Cała okolicę spowijał nienaturalny spokój. Nawet liście drzew nie szeleściły na wietrze.
- Zagrożenie - powiedział półgłosem Morderca, dobywając spod kurtki broń. - Aihtaras.*
Członkowie koterii zatrzymali się, rozglądając wokół. I wtedy nagle usłyszeli piękny śpiew, który poruszał do tańca ich wewnętrzną Bestię. Zwierzęca siła żyjąca w nich, zaczynała pulsować w rytm przypominający bicie serca. Dźwięk dobiegał przez uchylone okno piwnicy, docierając do uszu wszystkich stojących przed wejściem.
Wszyscy na raz poczuli jak ich Bestia próbuje przejąć nad nimi kontrolę. Skoncentrowali się, próbując zachować przytomność. Namtar począł szeptać imiona demonów Ciemności. Darshan i Victoria skupili się na świadomości, nie poddając się tajemniczemu wezwaniu. Jedynie Horacy i Terry ulegli mu. Ich zwierzęcy instynkt pokonał intelekt pozostawiając za sobą zgliszcza struktur umysłu. Wiedzieli, że muszą zejść do kanałów, a potem jeszcze niżej. Mieli doskonałą pewność, że dotrą dokładnie tam, gdzie powinni i zawsze będą wiedzieć jaką drogę wybrać w tunelach, które wykopał Kret.
Goratrix stał jak zahipnotyzowany, z miną kogoś kto jest całkowicie zafascynowany tym czego doświadcza. W tym czasie Malkavianin i Nosferatu upadli na czworaka i powarkując ruszyli w stronę uchylonego okna... Posłuszni magicznemu zewowi bez reszty zatracili się w bestii pozwalając, by prowadził ich instynkt.
Goratrix uśmiechnął się jedynie nie kryjąc rozbawienia, na wieść o tym, że jego gospodarz, pochodzi z klanu Ravnos. Gdy przywódczyni koterii skończyła wypowiedź, Tremer przemówił:
- Doskonale... Myślę, że odnajdę się bez problemu. Jest jeszcze coś o czym wcześniej nie wspomniałem. Z tego co mówisz, Victorio, ów Ravnos znajduje się w domu Atrahasisa. To się dobrze składa, bo będę potrzebował jego sali rytualnej i ciała które mam przejąć. Rytuał będzie trwał niecała godzinę.
- Jeżeli ktoś chce być obecny w czasie ceremonii, to serdecznie zapraszam - dodał po chwili, zwracając się do całej koterii.
[center]***[/center]
Niedługo po słowach Czarodzieja dotarli do domu. Wysiedli z limuzyny i powolnym krokiem udali się w stronę wejścia. Dookoła było bardzo cicho. Dokładnie tak jak gdyby całe miasto nagle zasnęło. Nie było słychać wrzasków i wystrzałów z broni palnej, umilkły nawet syreny policyjne. Od strony śródmieścia dobiegało jedynie milczenie, tak jakby wszyscy mieszkańcy przestali nagle istnieć. Cała okolicę spowijał nienaturalny spokój. Nawet liście drzew nie szeleściły na wietrze.
- Zagrożenie - powiedział półgłosem Morderca, dobywając spod kurtki broń. - Aihtaras.*
Członkowie koterii zatrzymali się, rozglądając wokół. I wtedy nagle usłyszeli piękny śpiew, który poruszał do tańca ich wewnętrzną Bestię. Zwierzęca siła żyjąca w nich, zaczynała pulsować w rytm przypominający bicie serca. Dźwięk dobiegał przez uchylone okno piwnicy, docierając do uszu wszystkich stojących przed wejściem.
Wszyscy na raz poczuli jak ich Bestia próbuje przejąć nad nimi kontrolę. Skoncentrowali się, próbując zachować przytomność. Namtar począł szeptać imiona demonów Ciemności. Darshan i Victoria skupili się na świadomości, nie poddając się tajemniczemu wezwaniu. Jedynie Horacy i Terry ulegli mu. Ich zwierzęcy instynkt pokonał intelekt pozostawiając za sobą zgliszcza struktur umysłu. Wiedzieli, że muszą zejść do kanałów, a potem jeszcze niżej. Mieli doskonałą pewność, że dotrą dokładnie tam, gdzie powinni i zawsze będą wiedzieć jaką drogę wybrać w tunelach, które wykopał Kret.
Goratrix stał jak zahipnotyzowany, z miną kogoś kto jest całkowicie zafascynowany tym czego doświadcza. W tym czasie Malkavianin i Nosferatu upadli na czworaka i powarkując ruszyli w stronę uchylonego okna... Posłuszni magicznemu zewowi bez reszty zatracili się w bestii pozwalając, by prowadził ich instynkt.
Wszyscy: Test Samokontroli, przeciwko oparciu się efektom śpiewu: ST = 9;
Victoria - odzyskuje kontrolę nad sobą w 3 rundy;
Terry -przejęty przez bestię;
Horacy - przejęty przez bestię;
Ravnos - odzyskuje kontrolę nad sobą w 2 rundy;
Namtar - Używa Ech Nirvany:2 (traci 1 SW) i odzyskuje kontrolę nad sobą w 1 rundę;
* arab. - uwaga (w znaczeniu: uważajcie, strzeżcie się)Victoria - odzyskuje kontrolę nad sobą w 3 rundy;
Terry -przejęty przez bestię;
Horacy - przejęty przez bestię;
Ravnos - odzyskuje kontrolę nad sobą w 2 rundy;
Namtar - Używa Ech Nirvany:2 (traci 1 SW) i odzyskuje kontrolę nad sobą w 1 rundę;
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993
Zacisnął zęby. Ten rytm, tak obcy wszystkiemu czym był, który wdzierał się w jego żyły, rezonował w komnacie serca, stanowił coś czego Morderca instynktownie nienawidził. Bestia jednak rozpoznawała go jakimś dziwnym zmysłem. Poczuł jak próbuje zerwać więzy jakie jej narzucił i powstać wewnątrz i poprzez niego. Jednocześnie przez chwilę miał wrażenie, że skądś na to tętno, że czuł je kiedyś, dawno temu, w jakimś zapomnianym i samotnym śnie. Zdusił je jednak natychmiast. Było w nim bowiem coś nieczystego, coś, przed czym wzdragał się całym sobą. Sięgnął ku Krwi Łowców, wzywając moc Ahrymana i potęgę Tiamat, przeciwstawiając rytm Zir temu dziwnemu pulsowaniu, które mąciło ciszę wielkiej Ciemności:
- Tiamat elu, Sabitu elu. Usella Etuti ikkalu baltutu. Asbu Ilat ina* - wyszeptał chrapliwie, czując, jak stopniowo odzyskuje kontrolę.
Mrok w jego żyłach poruszył się, odpowiadając na wezwanie, pochłaniając wszystko, co nie było czernią. Otworzył oczy i rozejrzał się, sprawdzając w jakim stanie są pozostali. Horacy i Terry pełzli po ziemi, warcząc, podczas gdy pozostała trójka stała w bezruchu zatopiona w skupieniu lub ekstazie. Zareagował natychmiast, wiedząc, że może nie mieć zbyt wiele czasu. W biegu zmienił jedynie giwerę na kołek, który w tej sytuacji był zdecydowanie bardziej użyteczny.
Morderca słyszał gdzieś powiedzenie: "przez żołądek do serca". Kiedyś, w przypływie dobrego samopoczucia i artystycznego natchnienia przetestował je nawet na jednym pechowym młodzieńcu. Efekt był całkiem barwny. Można by rzec - nietuzinkowy - choć pozostawiał nieco do życzenia w kwestii estetyki. Osobiście był jednak zdania, iż najszybsza droga do serca prowadzi przez plecy. Pod lewą łopatką. Użył jej i teraz, wbijając kołki pomiędzy żebra obu Bękartów Khayyina z precyzją profesjonalisty. Wyszczerzył zęby. Nie musiał udawać, że nie sprawiło mu to przyjemności. Zwłaszcza w przypadku tego kłamliwego pomyleńca...
- Zostańcie tu. Sprawdzę dom - rzucił do pozostałych, którzy najwyraźniej zdołali się oprzeć mocy zaklęcia.
Jego ciało zlało się w jedno z mrokiem nocy, przechodząc do królestwa cieni. Przemknął przez trawnik i wślizgnął się przez uchylone okno, do piwnicy. Gdy tylko znalazł się w budynku śpiew ucichł nagle, jak ucięty nożem. Cisza, która nastała po nim wydawała się jeszcze głębsza niż wcześniej. Tak jakby posiadała swój własny nieuchwytny ton. Morderca zlustrował wzrokiem pomieszczenie, zatrzymując spojrzenie na tym, co znajdowało się na środku...
Zacisnął zęby. Ten rytm, tak obcy wszystkiemu czym był, który wdzierał się w jego żyły, rezonował w komnacie serca, stanowił coś czego Morderca instynktownie nienawidził. Bestia jednak rozpoznawała go jakimś dziwnym zmysłem. Poczuł jak próbuje zerwać więzy jakie jej narzucił i powstać wewnątrz i poprzez niego. Jednocześnie przez chwilę miał wrażenie, że skądś na to tętno, że czuł je kiedyś, dawno temu, w jakimś zapomnianym i samotnym śnie. Zdusił je jednak natychmiast. Było w nim bowiem coś nieczystego, coś, przed czym wzdragał się całym sobą. Sięgnął ku Krwi Łowców, wzywając moc Ahrymana i potęgę Tiamat, przeciwstawiając rytm Zir temu dziwnemu pulsowaniu, które mąciło ciszę wielkiej Ciemności:
- Tiamat elu, Sabitu elu. Usella Etuti ikkalu baltutu. Asbu Ilat ina* - wyszeptał chrapliwie, czując, jak stopniowo odzyskuje kontrolę.
Mrok w jego żyłach poruszył się, odpowiadając na wezwanie, pochłaniając wszystko, co nie było czernią. Otworzył oczy i rozejrzał się, sprawdzając w jakim stanie są pozostali. Horacy i Terry pełzli po ziemi, warcząc, podczas gdy pozostała trójka stała w bezruchu zatopiona w skupieniu lub ekstazie. Zareagował natychmiast, wiedząc, że może nie mieć zbyt wiele czasu. W biegu zmienił jedynie giwerę na kołek, który w tej sytuacji był zdecydowanie bardziej użyteczny.
Morderca słyszał gdzieś powiedzenie: "przez żołądek do serca". Kiedyś, w przypływie dobrego samopoczucia i artystycznego natchnienia przetestował je nawet na jednym pechowym młodzieńcu. Efekt był całkiem barwny. Można by rzec - nietuzinkowy - choć pozostawiał nieco do życzenia w kwestii estetyki. Osobiście był jednak zdania, iż najszybsza droga do serca prowadzi przez plecy. Pod lewą łopatką. Użył jej i teraz, wbijając kołki pomiędzy żebra obu Bękartów Khayyina z precyzją profesjonalisty. Wyszczerzył zęby. Nie musiał udawać, że nie sprawiło mu to przyjemności. Zwłaszcza w przypadku tego kłamliwego pomyleńca...
- Zostańcie tu. Sprawdzę dom - rzucił do pozostałych, którzy najwyraźniej zdołali się oprzeć mocy zaklęcia.
Jego ciało zlało się w jedno z mrokiem nocy, przechodząc do królestwa cieni. Przemknął przez trawnik i wślizgnął się przez uchylone okno, do piwnicy. Gdy tylko znalazł się w budynku śpiew ucichł nagle, jak ucięty nożem. Cisza, która nastała po nim wydawała się jeszcze głębsza niż wcześniej. Tak jakby posiadała swój własny nieuchwytny ton. Morderca zlustrował wzrokiem pomieszczenie, zatrzymując spojrzenie na tym, co znajdowało się na środku...
Kołkuję obu powarkujących miłośników podziemnych wycieczek (Horacego i Terrego).
Następnie zmieniam się w cień (-2 PK) i ruszam do piwnicy sprawdzić, co, na zemstę Haqima, się tam wyprawia.
* Sumer. Tiamat powstań, powstańcie wichry ciemności. Niechaj duchy mroku pochłoną życie. Potęga Ciemności jest we mnie...Następnie zmieniam się w cień (-2 PK) i ruszam do piwnicy sprawdzić, co, na zemstę Haqima, się tam wyprawia.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
[center]Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993[/center]
Całą drogę do celu Darshan nudził się. Za dużo osób dookoła mówiło właściwie to samo. Sami nie pewnie tego świadomi i każdy mówiąc uważał, że jego punkt widzenia jest unikalny, oryginalny i wyjątkowy. Gracze, wytrawni, wiekowi, doświadczeni. Ta sieć o której mówił Goratrix właśnie kojarzyła mu się z tą grą. Każdy kto angażował się w wydarzenia w Charlestone po chwili wpadał w tą sieć. Poznawał tajemnice, ukryte cele i wreszcie nagrodę o niemalże niewyobrażalnej wartości i tak dawał się wciągać w tę grę.
Wszystko to nie służyło i nie mogło służyć żadnemu z graczy. Oni wszyscy byli jak muchy w wielkiej pajęczynie kosmicznego pająka, który był drwiną z ich iluzorycznej potęgi i władzy. Każdy z nich planował i przewidywał, uprzedzał ruchy konkurentów, szamocąc się i tylko głębiej zapadając się w pułapkę.
Cieszył się, że koteria pozostała względnie daleko od tych celów i skupiała się na swojej oryginalnej misji, to była jedyna możliwość, aby nie stać się pożywnym kokonem dla dziwnych sił kosmicznych, zmieniających Charlestone w wielką szachownicę.
Kiedy dotarli do posesji, okoliczności ułożyły się dla mistyka na tyle pomyślnie, że miał okazję, bez zbyt wielu zbędnych świadków, zadać pytanie Victorii.
- Victorio, w koterii Atrahasisa jesteśmy równi i darzymy się wzajemnym szacunkiem. Powiedz mi proszę dlaczego stałaś się osobą odpowiednią do tego aby rozporządzać ciałem przedstawiciela mojego klanu? Wspominałem wcześniej, że my Ravnosi dbamy o siebie, jesteśmy rodziną. To prawda, że ten którego wspomniałaś splamił swój honor. Ja z kolei wspomniałem, że Klan go z tego rozliczy. Czy uważasz, że masz prawo decydować o sprawach honorowych mojej rodziny?
Dla Darshana sprawa nie była tak naprawdę istotna. Sam chciał zaoferować to ciało ich nowemu sprzymierzeńcowi, byłaby to dobra nauczka dla nieudacznika do którego należało oryginalnie i przynajmniej częściowa spłata jego długu względem Mędrca. Ciekaw był jak zareaguje ta zwiewna kobieta w czerni, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach. Ciekaw był na ile jej górnolotne deklaracje dotyczące koterii były szczere a na ile arogancja i wyższość z którą traktowała jego klan były odruchowe. Musiał przyznać sam przed sobą, że trochę lubił prowokować, teraz natomiast miał dobrą do tego okazję.
- Przyznaję, że sam chciałem zaproponować takie samo rozwiązanie, jednak zanim byłem pewien tej decyzji ubiegłaś mnie i rozporządziłaś losem istoty, za którą jestem odpowiedzialny. Jesteś inteligentną kobietą i na pewno zdajesz sobie sprawę z tego w jakieś sytuacji wobec mojego klanu mnie postawiłaś. Powiedz mi więc proszę dlaczego tak uczyniłaś.
Całą drogę do celu Darshan nudził się. Za dużo osób dookoła mówiło właściwie to samo. Sami nie pewnie tego świadomi i każdy mówiąc uważał, że jego punkt widzenia jest unikalny, oryginalny i wyjątkowy. Gracze, wytrawni, wiekowi, doświadczeni. Ta sieć o której mówił Goratrix właśnie kojarzyła mu się z tą grą. Każdy kto angażował się w wydarzenia w Charlestone po chwili wpadał w tą sieć. Poznawał tajemnice, ukryte cele i wreszcie nagrodę o niemalże niewyobrażalnej wartości i tak dawał się wciągać w tę grę.
Wszystko to nie służyło i nie mogło służyć żadnemu z graczy. Oni wszyscy byli jak muchy w wielkiej pajęczynie kosmicznego pająka, który był drwiną z ich iluzorycznej potęgi i władzy. Każdy z nich planował i przewidywał, uprzedzał ruchy konkurentów, szamocąc się i tylko głębiej zapadając się w pułapkę.
Cieszył się, że koteria pozostała względnie daleko od tych celów i skupiała się na swojej oryginalnej misji, to była jedyna możliwość, aby nie stać się pożywnym kokonem dla dziwnych sił kosmicznych, zmieniających Charlestone w wielką szachownicę.
Kiedy dotarli do posesji, okoliczności ułożyły się dla mistyka na tyle pomyślnie, że miał okazję, bez zbyt wielu zbędnych świadków, zadać pytanie Victorii.
- Victorio, w koterii Atrahasisa jesteśmy równi i darzymy się wzajemnym szacunkiem. Powiedz mi proszę dlaczego stałaś się osobą odpowiednią do tego aby rozporządzać ciałem przedstawiciela mojego klanu? Wspominałem wcześniej, że my Ravnosi dbamy o siebie, jesteśmy rodziną. To prawda, że ten którego wspomniałaś splamił swój honor. Ja z kolei wspomniałem, że Klan go z tego rozliczy. Czy uważasz, że masz prawo decydować o sprawach honorowych mojej rodziny?
Dla Darshana sprawa nie była tak naprawdę istotna. Sam chciał zaoferować to ciało ich nowemu sprzymierzeńcowi, byłaby to dobra nauczka dla nieudacznika do którego należało oryginalnie i przynajmniej częściowa spłata jego długu względem Mędrca. Ciekaw był jak zareaguje ta zwiewna kobieta w czerni, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach. Ciekaw był na ile jej górnolotne deklaracje dotyczące koterii były szczere a na ile arogancja i wyższość z którą traktowała jego klan były odruchowe. Musiał przyznać sam przed sobą, że trochę lubił prowokować, teraz natomiast miał dobrą do tego okazję.
- Przyznaję, że sam chciałem zaproponować takie samo rozwiązanie, jednak zanim byłem pewien tej decyzji ubiegłaś mnie i rozporządziłaś losem istoty, za którą jestem odpowiedzialny. Jesteś inteligentną kobietą i na pewno zdajesz sobie sprawę z tego w jakieś sytuacji wobec mojego klanu mnie postawiłaś. Powiedz mi więc proszę dlaczego tak uczyniłaś.
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993
Viktoria niemalże podskoczyła z wrażenia, słysząc pytanie Darshana. Po pierwsze, przez większość czasu stał lub siedział gdzieś z boku i milczał. Nagła manifestacja zainteresowania się czymkolwiek nie była tym czego Lasombra się spodziewała. Po drugie, w tym momencie zdała sobie sprawę, że tak na prawdę nie obchodził jej los poprzedniego Ravnosa. Był dla niej obecnie tylko utylitarnym naczyniem dla Goratrixa, którego pomoc była bardziej wartościowa niż niańczenie truchła jakiegoś cygana brudasa, a na dodatek klamce i złodzieja, który zdradził Mędrca w Czerwieni i jego koterię swym tchórzostwem.... - pomyślała, nie bez złości. Nie mogła jednak tego powiedzieć Darshanowi. Stojący przed nią mistyk wymagał wszakże szacunku. Był cichy ale odzywał się zawsze mądrze, choć zaplatał słowa w meandry jego świętych myśli. Nie wyglądał na kogoś, kto mógłby ich okłamać czy oszukać... w przeciwieństwie do swojego niechlubnego poprzednika.
Przez chwilę Viktoria stała więc jak oniemiała, ważąc słowa, które powinna wybrać tak by nie okłamać i nie powiedzieć całej prawdy. Wszakże musiała zachować pozór, że pewne kwestie obchodzą ją bardziej niż rzeczywiście...
- Wybacz Darshanie, nie myślałam że cię obchodzić będzie bardziej los tego nieszczęśnika. Wszakże mogłeś zwrócić mi uwagę wcześniej w samochodzie, jeśli moja decyzja godziła w twój klan i wasze relacje. Siedziałeś jednak bez słowa.
- Jako lider muszę podejmować szybko ważne decyzje. Nie zawsze jest czas na demokrację ateńską i skrobanie imion na skorupkach. Twój pobratymiec jest najlepszym i najszybszym wyborem pozostającym w okolicy, o którym wiemy. Posiada dar odporności i wygląda w miarę... przystępnie. Nie wyobrażam sobie jakoś Goratrixa przechadzającego się w sukience i szpilkach lub śmierdzącego ściekami z ziemią za paznokciami. Musimy okazać mu trochę szacunku i nie narażać się na jego gniew jako, że jest nam obecnie potrzebny... a może raczej przydatny.
- Zresztą przyznasz, że Gavin zasłużył sobie nieco na to... Zawiódł nas również jako koterię, zawiódł mnie jako jej lidera, jego los i zadość uczynienie nie jest tylko sprawą klanu. Chyba my też mamy prawo go rozliczyć? Może to co zepsuł i jak opóźnił nas w działaniu, przysparzając kolejnych kłopotów, odrobi jako ciało Czarodzieja? Miejmy nadzieję... poza tym nic mu się nie stanie... - Dodała, chociaż gdy wybrzmiała ostatnia litera w jej ostatnim słowie... wcale nie była taka pewna, jaki efekt może wywołać na kimś opętanie jego ciała...
- Nie jestem może świętym mistykiem i nigdy nie będę. Nie ma wiedzy o karmie i jej zawiłościach, takiej jak ty. Może rzeczywiście to nie słuszny los i że jako członek tego samego klanu powinieneś się wpierw wypowiedzieć. Lecz to mój wybór, podjęłam decyzję i przyjmę jej konsekwencje. Jeśli twój klan będzie żądał wyjaśnień, nie boję się ich złożyć - kontynuowała pewnym głosem.
Poza tym wszyscy siedzieli jakoś cicho jak myszy pod miotłą - pomyślała już do siebie - i nikt się nawet nie zająknął gdy Goratrix zadał pytanie o ciało, chociaż wszyscy wiedzieli o naszym małym składzie w Sanktuarium. Każdy zwiesił głowę i zdawał się zadowolony, że to nie on tu musi ostatecznie zadecydować tu co zrobić. A teraz już nagle pretensje!- żachnęła się w myślach. Szefowie są zawsze tak niedoceniani...
Viktoria niemalże podskoczyła z wrażenia, słysząc pytanie Darshana. Po pierwsze, przez większość czasu stał lub siedział gdzieś z boku i milczał. Nagła manifestacja zainteresowania się czymkolwiek nie była tym czego Lasombra się spodziewała. Po drugie, w tym momencie zdała sobie sprawę, że tak na prawdę nie obchodził jej los poprzedniego Ravnosa. Był dla niej obecnie tylko utylitarnym naczyniem dla Goratrixa, którego pomoc była bardziej wartościowa niż niańczenie truchła jakiegoś cygana brudasa, a na dodatek klamce i złodzieja, który zdradził Mędrca w Czerwieni i jego koterię swym tchórzostwem.... - pomyślała, nie bez złości. Nie mogła jednak tego powiedzieć Darshanowi. Stojący przed nią mistyk wymagał wszakże szacunku. Był cichy ale odzywał się zawsze mądrze, choć zaplatał słowa w meandry jego świętych myśli. Nie wyglądał na kogoś, kto mógłby ich okłamać czy oszukać... w przeciwieństwie do swojego niechlubnego poprzednika.
Przez chwilę Viktoria stała więc jak oniemiała, ważąc słowa, które powinna wybrać tak by nie okłamać i nie powiedzieć całej prawdy. Wszakże musiała zachować pozór, że pewne kwestie obchodzą ją bardziej niż rzeczywiście...
- Wybacz Darshanie, nie myślałam że cię obchodzić będzie bardziej los tego nieszczęśnika. Wszakże mogłeś zwrócić mi uwagę wcześniej w samochodzie, jeśli moja decyzja godziła w twój klan i wasze relacje. Siedziałeś jednak bez słowa.
- Jako lider muszę podejmować szybko ważne decyzje. Nie zawsze jest czas na demokrację ateńską i skrobanie imion na skorupkach. Twój pobratymiec jest najlepszym i najszybszym wyborem pozostającym w okolicy, o którym wiemy. Posiada dar odporności i wygląda w miarę... przystępnie. Nie wyobrażam sobie jakoś Goratrixa przechadzającego się w sukience i szpilkach lub śmierdzącego ściekami z ziemią za paznokciami. Musimy okazać mu trochę szacunku i nie narażać się na jego gniew jako, że jest nam obecnie potrzebny... a może raczej przydatny.
- Zresztą przyznasz, że Gavin zasłużył sobie nieco na to... Zawiódł nas również jako koterię, zawiódł mnie jako jej lidera, jego los i zadość uczynienie nie jest tylko sprawą klanu. Chyba my też mamy prawo go rozliczyć? Może to co zepsuł i jak opóźnił nas w działaniu, przysparzając kolejnych kłopotów, odrobi jako ciało Czarodzieja? Miejmy nadzieję... poza tym nic mu się nie stanie... - Dodała, chociaż gdy wybrzmiała ostatnia litera w jej ostatnim słowie... wcale nie była taka pewna, jaki efekt może wywołać na kimś opętanie jego ciała...
- Nie jestem może świętym mistykiem i nigdy nie będę. Nie ma wiedzy o karmie i jej zawiłościach, takiej jak ty. Może rzeczywiście to nie słuszny los i że jako członek tego samego klanu powinieneś się wpierw wypowiedzieć. Lecz to mój wybór, podjęłam decyzję i przyjmę jej konsekwencje. Jeśli twój klan będzie żądał wyjaśnień, nie boję się ich złożyć - kontynuowała pewnym głosem.
Poza tym wszyscy siedzieli jakoś cicho jak myszy pod miotłą - pomyślała już do siebie - i nikt się nawet nie zająknął gdy Goratrix zadał pytanie o ciało, chociaż wszyscy wiedzieli o naszym małym składzie w Sanktuarium. Każdy zwiesił głowę i zdawał się zadowolony, że to nie on tu musi ostatecznie zadecydować tu co zrobić. A teraz już nagle pretensje!- żachnęła się w myślach. Szefowie są zawsze tak niedoceniani...
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993
Morderca wyłonił się z cieni, przyjmując fizyczną formę:
- W piwnicy jest fashkh* dziura - zameldował. - Poza tym pusto. Daeva, strzegąca domeny wyłączyła efekt oddziałujący z podziemi. Dom jest czysty.
- Rozumiem - odrzekła Victoria. - Czy mógłbyś...? - dodała, wskazując dłonią dwa leżące na trawniku ciała.
Łowca skinął głową. Podszedł szybko do Nosferatu i pochylił się nad nim:
- Gdy wyciągnę ci kołek, chcę wiedzieć, że panujesz nad sobą. Jeśli nie, poprawię znowu - powiedział po czym jednym ruchem wyciągnął, tkwiący w jego plecach stoper.
- W porządku - odparł szybko Horacy, choć musiał przyznać, że sytuacja daleka była od "w porządku". Nie miał jednak zamiaru korzystać ponownie z Assamickiej uprzejmości.
Morderca nie odpowiedział, cofnął się jedynie o krok i oblizał trzymany w palcach kołek. Spojrzał na nieruchome ciało Malkavianina i przekrzywił głowę, w tym charakterystycznym geście, właściwym raczej dla mureny, niż istoty obdarzonej emocjami. Zastanawiał się. Właściwie, potrafił znaleźć wiele powodów dla których wolałby pozostawić Świra w tym stanie. Miał wobec niego wiele planów, równie barwnych jak droga przez żołądek do serca...
- Jego także - powiedziała Victoria miękko. - Przecież chcemy z nim porozmawiać, prawda?
- Neik - zaklął Morderca i skrzywił się lekko. - Entak seflo.**
Podszedł do Terrego i przyklęknął przy nim:
- To jest jedynie przedsmak tego, co mogę zrobić... - szepnął - Pamiętaj o tym.
Po czym wbił kołek jednym uderzeniem, sprawiając, że drewno przebiło na wylot ciało Malkavianina. Odwrócił je i wyciągnął okrwawioną drewnianą drzazgę z klatki piersiowej Terrego. Vitae trysnęła na trawę. W świetle odległych latarni wydawała się niemal czarna. Jej zapach był obezwładniający. Morderca cofnął się pół kroku. Drżał na całym ciele, rozdarty pomiędzy żądzą krwi a zasadami Kontraktu.
- Haqimummak-finii bi halaalika 'an haroomik, wa aghniniy bi fadhlika 'amman siwaak.*** - wyszeptał bezgłośnie, próbując odzyskać kontrolę.
Dopiero po chwili zorientował się, że trzyma w ręku nóż bojowy. Albo on, albo ja... Czuł, jak krew Świra spływa po jego palcach na rękojeść broni Nie mogę tego zrobić... Nie teraz... Kontrakt... To słowo było niczym stal przeszywająca serce. Jedyna prawdziwa rzecz w świecie, zalewanym przez czerwień. Wiedział, że nie ma czasu. Uklęknął na trawie opierając przed sobą na ziemi lewą dłoń. Po czym wbił ostrze prosto w rękę, przyszpilając ją do gruntu. Ból eksplodował pod powiekami feerią szkarłatu i karmazynu. Morderca zwiesił głowę, czekając, aż fala cierpienia rozejdzie się po ciele, oczyszczając umysł...
[center]Haqimumma innii a'uudhu bika an adilla ał udall, ał azilla ał uzall, ał adżhala ał udżhala 'alaj.[/center]
Otworzył oczy i spojrzał na swoje dzieło. Czerwień zniknęła. Świat wydawał się szary, wyprany z barw. Przełknął ślinę i wyrwał ostrze z rany.
- Idziemy? - zapytał głucho, wstając. Zacisnął palce powstrzymując upływ krwi. Ból przeszedł w powolne pulsowanie, podczas gdy mięśnie i ścięgna poczęły się regenerować. Odwrócił głowę. Nie miał ochoty rozmawiać o tym, co stało się przed chwilą. Najlepiej z żadnym Niewiernym. Najlepiej nigdy.
** arab. On ma przejebane.
*** arab. Haqimie uczyń wystarczającym dla mnie to, co dozwolone, abym nie potrzebował tego, czego zabroniłeś i obdarz mnie Twą łaską, tak bym nie potrzebował innych.
**** arab. O Haqimie, u Ciebie szukam ochrony od zboczenia z drogi lub bycia z niej zwiedzionym; od nieumyślnego popełnienia błędu lub bycia ku niemu poprowadzonym; od własnej ignorancji lub padnięcia jej ofiarą.
Morderca wyłonił się z cieni, przyjmując fizyczną formę:
- W piwnicy jest fashkh* dziura - zameldował. - Poza tym pusto. Daeva, strzegąca domeny wyłączyła efekt oddziałujący z podziemi. Dom jest czysty.
- Rozumiem - odrzekła Victoria. - Czy mógłbyś...? - dodała, wskazując dłonią dwa leżące na trawniku ciała.
Łowca skinął głową. Podszedł szybko do Nosferatu i pochylił się nad nim:
- Gdy wyciągnę ci kołek, chcę wiedzieć, że panujesz nad sobą. Jeśli nie, poprawię znowu - powiedział po czym jednym ruchem wyciągnął, tkwiący w jego plecach stoper.
- W porządku - odparł szybko Horacy, choć musiał przyznać, że sytuacja daleka była od "w porządku". Nie miał jednak zamiaru korzystać ponownie z Assamickiej uprzejmości.
Morderca nie odpowiedział, cofnął się jedynie o krok i oblizał trzymany w palcach kołek. Spojrzał na nieruchome ciało Malkavianina i przekrzywił głowę, w tym charakterystycznym geście, właściwym raczej dla mureny, niż istoty obdarzonej emocjami. Zastanawiał się. Właściwie, potrafił znaleźć wiele powodów dla których wolałby pozostawić Świra w tym stanie. Miał wobec niego wiele planów, równie barwnych jak droga przez żołądek do serca...
- Jego także - powiedziała Victoria miękko. - Przecież chcemy z nim porozmawiać, prawda?
- Neik - zaklął Morderca i skrzywił się lekko. - Entak seflo.**
Podszedł do Terrego i przyklęknął przy nim:
- To jest jedynie przedsmak tego, co mogę zrobić... - szepnął - Pamiętaj o tym.
Po czym wbił kołek jednym uderzeniem, sprawiając, że drewno przebiło na wylot ciało Malkavianina. Odwrócił je i wyciągnął okrwawioną drewnianą drzazgę z klatki piersiowej Terrego. Vitae trysnęła na trawę. W świetle odległych latarni wydawała się niemal czarna. Jej zapach był obezwładniający. Morderca cofnął się pół kroku. Drżał na całym ciele, rozdarty pomiędzy żądzą krwi a zasadami Kontraktu.
- Haqimummak-finii bi halaalika 'an haroomik, wa aghniniy bi fadhlika 'amman siwaak.*** - wyszeptał bezgłośnie, próbując odzyskać kontrolę.
Dopiero po chwili zorientował się, że trzyma w ręku nóż bojowy. Albo on, albo ja... Czuł, jak krew Świra spływa po jego palcach na rękojeść broni Nie mogę tego zrobić... Nie teraz... Kontrakt... To słowo było niczym stal przeszywająca serce. Jedyna prawdziwa rzecz w świecie, zalewanym przez czerwień. Wiedział, że nie ma czasu. Uklęknął na trawie opierając przed sobą na ziemi lewą dłoń. Po czym wbił ostrze prosto w rękę, przyszpilając ją do gruntu. Ból eksplodował pod powiekami feerią szkarłatu i karmazynu. Morderca zwiesił głowę, czekając, aż fala cierpienia rozejdzie się po ciele, oczyszczając umysł...
[center]Haqimumma innii a'uudhu bika an adilla ał udall, ał azilla ał uzall, ał adżhala ał udżhala 'alaj.[/center]
Otworzył oczy i spojrzał na swoje dzieło. Czerwień zniknęła. Świat wydawał się szary, wyprany z barw. Przełknął ślinę i wyrwał ostrze z rany.
- Idziemy? - zapytał głucho, wstając. Zacisnął palce powstrzymując upływ krwi. Ból przeszedł w powolne pulsowanie, podczas gdy mięśnie i ścięgna poczęły się regenerować. Odwrócił głowę. Nie miał ochoty rozmawiać o tym, co stało się przed chwilą. Najlepiej z żadnym Niewiernym. Najlepiej nigdy.
Informacja od MG:
Namtar: Wada sadyzm wymusza test S.W. przy wciągnięciu kołka Terremu. ST = 7; Wynik = 1 pech! Wyciągniesz kołek w możliwe najbardziej bolesny sposób i będziesz miał potrzebę by się nad kimś poznęcać. Odegraj to w możliwie brutalny sposób.
Horacy: ma 3 obrażenia od kołka. Są to zwykłe rany.
Terry: Ma 5 obrażeń od kołka (3 za wbicie, plus 2 za przebicie klatki piersiowej). Są to rany zwykłe
Namtar: Wada sadyzm wymusza test S.W. przy wciągnięciu kołka Terremu. ST = 7; Wynik = 1 pech! Wyciągniesz kołek w możliwe najbardziej bolesny sposób i będziesz miał potrzebę by się nad kimś poznęcać. Odegraj to w możliwie brutalny sposób.
Horacy: ma 3 obrażenia od kołka. Są to zwykłe rany.
Terry: Ma 5 obrażeń od kołka (3 za wbicie, plus 2 za przebicie klatki piersiowej). Są to rany zwykłe
Zadaję sobie 2 obrażenia, by się opanować. Później palę 2 PK na uleczenie ich.
Jeśli ktoś jeszcze mógł mieć cień wątpliwości co do tego, że wasz ochroniarz jest pieprzniętym psycholem i sadystą - to myślę, że ta scena uleczyła go z nich na dobre. Mimo wszystko, Namtar starał się w niej opanować, przekierowując agresję na siebie, by nie zrobić krzywdy nikomu w koterii. A przynajmniej nie większą, niż już zrobił Terremu.
Spoiler!
* arab. Pieprzona** arab. On ma przejebane.
*** arab. Haqimie uczyń wystarczającym dla mnie to, co dozwolone, abym nie potrzebował tego, czego zabroniłeś i obdarz mnie Twą łaską, tak bym nie potrzebował innych.
**** arab. O Haqimie, u Ciebie szukam ochrony od zboczenia z drogi lub bycia z niej zwiedzionym; od nieumyślnego popełnienia błędu lub bycia ku niemu poprowadzonym; od własnej ignorancji lub padnięcia jej ofiarą.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993
Gdy odzyskał zmysły, leżał na trawie. Chciał się podnieść lecz ciało odmówiło mu posłuszeństwa. żaden mięsień nie drgnął, nie stało się nic. Nadal leżał twarzą w trawie. Gdzieś obok słyszał Mistyka droczącego się z Mroczną Panią. Czuł zapach ziemi i bolał go nos w nią wciśnięty. Obserwował z bardzo bliska ciemnozielone źdźbło. Wszystkie zmysły działały normalnie, tylko nie mógł się ruszyć. I znał przyczynę tego stanu rzeczy. tępy, pulsujący ból w klatce piersiowej mówił sam za siebie. Czekał. Nic innego i tak nie mógł zrobić.
Słyszał jak Darth Namtar zwraca się do Nosferatu. Następnie jak podchodzi do niego. A potem jego szept, kiedy przyklęknął obok.
- To jest jedynie przedsmak tego, co mogę zrobić... Pamiętaj o tym.
Ostatnie słowa nie zdążyły jeszcze ucichnąć, gdy niedający o sobie zapomnieć ból w sercu zamienił się w agresywnie kąsający ogień, który ponownie zepchnął jego świadomość gdzieś na skraj postrzegania. Poczuł szarpnięcie, które spotęgowało wszechobecne rwanie w klatce piersiowej, gdy ktoś obrócił brutalnie jego ciało. Widział nad sobą sylwetkę Łowcy, za mgłą którą zalał mu oczy niemijający i niesłabnący ból. Zorientował się, że odzyskał władzę nad ciałem dopiero kiedy usłyszał swój krzyk i poczuł swoje dłonie obejmujące rozwartą ranę.
Zacisnął zęby i pozwolił by krew zamiast uciekać połączyła złamane kości i rozerwaną skórę. Ból minął, a świat powrócił na swoje miejsce. Dźwięki i wiatr i zapach krwi na trawie. Obrócił się na bok i nim się podniósł, pozwolił sobie na chwilę odpoczynku dla uspokojenia myśli.
Patrzył na Mrocznego Jedi który obok trzymał na ziemi dłoń przebitą sztyletem. Następnie wyrwał sobie ten nóż. I wstał.
- Idziemy? - gdzieś nad jego głową zawisło pytanie.
Wstał powoli, oglądając swoje ubranie. Następnie spojrzał na Łowcę. A potem bez słowa ruszył w kierunku drzwi.
Gdy odzyskał zmysły, leżał na trawie. Chciał się podnieść lecz ciało odmówiło mu posłuszeństwa. żaden mięsień nie drgnął, nie stało się nic. Nadal leżał twarzą w trawie. Gdzieś obok słyszał Mistyka droczącego się z Mroczną Panią. Czuł zapach ziemi i bolał go nos w nią wciśnięty. Obserwował z bardzo bliska ciemnozielone źdźbło. Wszystkie zmysły działały normalnie, tylko nie mógł się ruszyć. I znał przyczynę tego stanu rzeczy. tępy, pulsujący ból w klatce piersiowej mówił sam za siebie. Czekał. Nic innego i tak nie mógł zrobić.
Słyszał jak Darth Namtar zwraca się do Nosferatu. Następnie jak podchodzi do niego. A potem jego szept, kiedy przyklęknął obok.
- To jest jedynie przedsmak tego, co mogę zrobić... Pamiętaj o tym.
Ostatnie słowa nie zdążyły jeszcze ucichnąć, gdy niedający o sobie zapomnieć ból w sercu zamienił się w agresywnie kąsający ogień, który ponownie zepchnął jego świadomość gdzieś na skraj postrzegania. Poczuł szarpnięcie, które spotęgowało wszechobecne rwanie w klatce piersiowej, gdy ktoś obrócił brutalnie jego ciało. Widział nad sobą sylwetkę Łowcy, za mgłą którą zalał mu oczy niemijający i niesłabnący ból. Zorientował się, że odzyskał władzę nad ciałem dopiero kiedy usłyszał swój krzyk i poczuł swoje dłonie obejmujące rozwartą ranę.
Zacisnął zęby i pozwolił by krew zamiast uciekać połączyła złamane kości i rozerwaną skórę. Ból minął, a świat powrócił na swoje miejsce. Dźwięki i wiatr i zapach krwi na trawie. Obrócił się na bok i nim się podniósł, pozwolił sobie na chwilę odpoczynku dla uspokojenia myśli.
Patrzył na Mrocznego Jedi który obok trzymał na ziemi dłoń przebitą sztyletem. Następnie wyrwał sobie ten nóż. I wstał.
- Idziemy? - gdzieś nad jego głową zawisło pytanie.
Wstał powoli, oglądając swoje ubranie. Następnie spojrzał na Łowcę. A potem bez słowa ruszył w kierunku drzwi.
Palę 5PK na wyleczenie z obrażeń. Idę prosto do domu. Jeśli ktoś wpadnie na taki głupi pomysł żeby zaczepiać teraz tego psychopatę, to proszę taką wypowiedź podesłać mi przed umieszczeniem, gdyż z całą pewnością na takie coś zareaguję.
Ostatnio zmieniony 07 października 2016, 10:58 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
[center]Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993[/center]
Odpowiedź Victorii zmartwiła Mistyka. Miał nadzieję, że przez ostatnie noce udało mu się zdobyć chociaż elementarny szacunek czy zaufanie koterii. Mylił się. Widocznie mimo górnolotnych deklaracji, nie znaczył dla nich więcej niż dla przeciętnego członka Camarilli. Był im potrzebny więc go tolerowali ale był dla nich tylko Ravnosem. Zastanawiał się czy relacje wewnątrz koterii też są odbiciem relacji tej oryginalnej koterii, której legendarnym odrodzeniem mieli się stać.
Po chwili dopiero skonstatował, że najprawdopodobniej nie musi się tym w ogóle przejmować. Zdecydowanie nie było
Odpowiedź Victorii zmartwiła Mistyka. Miał nadzieję, że przez ostatnie noce udało mu się zdobyć chociaż elementarny szacunek czy zaufanie koterii. Mylił się. Widocznie mimo górnolotnych deklaracji, nie znaczył dla nich więcej niż dla przeciętnego członka Camarilli. Był im potrzebny więc go tolerowali ale był dla nich tylko Ravnosem. Zastanawiał się czy relacje wewnątrz koterii też są odbiciem relacji tej oryginalnej koterii, której legendarnym odrodzeniem mieli się stać.
Po chwili dopiero skonstatował, że najprawdopodobniej nie musi się tym w ogóle przejmować. Zdecydowanie nie było