[center]
Piwnica pod składem, Calli, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Ery Ilaxoul[/center]
Zyanya ujęła w swe blade dłonie pęk kluczy ofiarowany przez zmyślnego Stratisa. Koło z brązu było ciężkie od ich ilości - różnego kształtu i wielkości: od najdrobniejszych, służących prawdopodobnie do otwierania niedużych skrzyń, po proste w swym kroju, masywne - otwierające zapewne jakieś dwuskrzydłowe wrota, lub bramę. Były też takie, a dokładnie trzy, o bardzo drobnych ząbkach wychodzących ze zdobionej części w kształcie rombu. W środek każdej z nich osadzony był opalizujący, wyraźnie pulsujący ciepłem kamień okolony przez ciąg runicznych symboli. Hierodula zbliżała się do celi, gdzie więziony był nieszczęsny tiba. Jego wołanie narastało, to znów cichło, ginęło zdławione cierpieniem mężczyzny i szumem wlewającej się skądś wody. Zbliżała się do oddalonej, pogrążonej w absolutnym mroku celi, a chłodne fale obmywały jej łydki. Z każdą chwilą poziom wody wyraźnie narastał.
Zobaczyła w końcu więźnia. Jego ciało wciąż ciepłe, było jednak wyraźnie wychłodzone. Woda gwałtownie wlała się do celi znad jego ramienia, zalewając jego twarz. Mężczyzna krztusił się, dusił gdy przez sporą wyrwę w ścianie wlewała się do lochu sama Ivit. Zyanya pospiesznie sprawdziła drzwi do celi. Znajdował się tam spory otwór. Szybko jęła otwierać celę masywniejszymi kluczami, jednak żaden z nich nie pasował do zamka wewnątrz. Ręce jej się trzęsły z poddenerwowania, gdy skrajnie wycieńczony nieszczęśnik jęczał cicho gdy w jego ciało uderzała kolejna fala wody. W końcu, wiedziona przeczuciem, wypróbowała jeden z inkrustowanych kamieniami kluczy. Wszedł niebywale gładko. Zamek szczęknął, a kraty niespodziewanie zalśniły blaskiem. Przez chwilę hierodula dojrzała skomplikowane wzory, fosforyzujące glify, które oplatały kraty. Symbole zamigotały i zniknęły. Drzwi nie stawiały oporu. Kobieta wbiegła szybko do wnętrza i uwolniła młodego mężczyznę. Człowiek z trudem się poruszał. Jego ciało, skóra, ramię, za które go ujęła, było śliskie od wody i lodowate. Lenja'kare trząsł się i niemalże opadał wyślizgując się z jej chwytu.
[center]***[/center]
Gdy hierodula oddaliła się, aby pomóc dawnemu druhowi Ehecatlema, Stratis przeszukał pospiesznie strażników. Jego czujny wzrok wychwycił wygrawerowany na pasie jeńca run. Sam przedmiot robił wrażenie, cały zrobiony był bowiem z twardych, jasnobłękitnych łusek. Złodziej nie pozwolił, aby tak cenna i niewątpliwie magiczna rzecz marnowała się na ich wrogu, jednym ze sługusów ciemnych sił, bądź ich kapłanów. Ujął chroniącą przed działaniem magii sakiewkę i wprawnymi ruchami zdjął pas z nieprzytomnego dowódcy. Sprawdził też odzienie innych wojowników, również tych, którzy tak niedawno płonęli żywym ogniem. Jednak wszystko, co mieli na sobie pechowi mężczyźni, spaliło się doszczętnie. A jednak, gdy zaczął przeszukiwać pomieszczenie, pod sczerniałymi deskami tworzącymi ongiś skrzynie i różne inne, drewniane elementy otoczenia, znalazł piękną, masywną tarczę. Dalsze oględziny były równie owocne i zakończyły się odkryciem wśród gruzu wiązanego kaptura zrobionego z grubej skóry oraz niewielkich, kościanych płytek. I gdy pomieszczenie zdawało się nie kryć już więcej tajemnic, skierował się w stronę ukrytej komnaty...
Wyznawca Węża minął nadpalone resztki umeblowania i wślizgnął się do skrytego za zwałowiskiem gruzu pomieszczenia. Zlustrował wzrokiem bacznie otaczającą przestrzeń. Kamienie, które wcześniej tworzyły ścianę, a teraz leżały w smętnej stercie po gwałtownym wybuchu, odcinały pomieszczenie od wszechobecnej, wzbierającej wody. Wciąż wibrowały ciepłem niszczącego wszystko ognia. Niewielki pokój wypełniony był szczątkami niemalże zwęglonych fragmentów skrzyń i kufrów, a nawet jakiegoś stolika. W rogu pomieszczenia leżał metalowy przedmiot, przypominający jeden z tych zagadkowych instrumentów używanych w laboratorium alchemicznym. Ah-saa-brax przeszukiwał pomieszczenie, podnosił to, co zostało ze stolika, licząc, że znajdzie coś, co przetrwało siłę ognistej eksplozji. Widział spalone do połowy, pozbawione niemalże stronic księgi, które rozsypywały się pod najlżejszym dotykiem. Na podłodze lśniło rozbite szkło, obok metalowego narzędzia alchemicznego znajdowały się zaś jakieś szczypce. Nic przydatnego tu nie widział, a jednak... gdy uniósł wzrok z nad czegoś, zwanego w żargonie techników alembikiem, zauważył niewielką szkatułkę, skrytą na najniższej półce niszy w kamiennej ścianie. Przed nią leżał również jakiś kostur z nasadzonym na szczycie kryształem. Z daleka posłyszał szum i rytmiczny plusk wody. Z każdą chwilą czasu było co raz mniej, a szanse na wydostanie się z podziemi również gwałtownie malały. Szybko pochwycił przez materiał laskę i ujął niewielką skrzynkę.
Wychodząc z pomieszczenia, jego wzrok przykuł nikły błysk, jakby lekkie ciepło dobywające się z wewnątrz zrujnowanej ściany. Sięgnął ku zawalonej niszy w ścianie i odgarnął pokruszone kamienie. Jego oczom ukazał się pękaty flakon zawierający jakąś gęstą ciecz. Dłonią natknął się na drugi, a później i kolejny, takiż sam, wciąż jeszcze zalakowany. Dookoła zaś zauważył odłamki szkła i pulsujące nikłym ciepłem plamy po nieznanej mu substancji. Pospiesznie ujął wszystkie flakony wypadając niemalże zza przysłaniającego otwór w ścianie gruzu. Chlupot wody narastał i równie szybko do strażnicy wlewały się kolejne, niesione z siłą fale. Do uszu zebranych dotarło w pewnym momencie donośne chlupnięcie. Z kierunku, w którym udała się Zyanya, doszedł ich zduszony, męski głos:
- Nie... ekhh... ekhmm... zabierzcie mnie stąd! Nie, nie wody... nie... - słowa więźnia urwały się nagle. Potem dało się słyszeć tylko odgłos płynącej, wszechobecnej wody i czegoś uderzającego o kamienne ściany...
Z wilgotnej ciemności wyłoniła się hierodula. Z trudem podtrzymywała opadającego z sił mężczyznę. Syn Słońca szybko skierował się w stronę więźnia i jego wybawicielki. Ujął ostrożnie rannego pod ramię. Lenja'kare był w strasznym stanie, wciąż broczył krwią, która spływała po jego bladym od zimna torsie. Rana była wyraźna - gładkie rozcięcie skóry między żebrami. Zza kruczoczarnych, wilgotnych od wody włosów widział ostry podbródek i zakrzywiony, orli nos... tak charakterystyczny dla jego rodziny... dla samego Xatatla Taxcaana...
Ah-saa-brax: W ukrytym wcześniej pomieszczeniu znajdujesz zdobną, srebrną broszę w kształcie malejącego księżyca, a także jakieś dwa, nienaruszone kartusze papirusu - jedyne, co pozostało z księgi w ongiś pięknie zdobionej, fioletowej oprawie. W pomieszczeniu, w którym znajdowali się wcześniej strażnicy, znajdziesz zaś solidną tarczę z drewna żelaznego, oraz porządnej roboty skórzany kaptur.
Mężczyzna jest wyraźnie pozbawiony sił. Trzęsie się z zimna, jest ledwo przytomny. Jego ciało pokrywają również rany - szczególnie w okolicy żeber. Mimo stanu, w jakim się znajduje, Ehecatlem poznaje w nim swego dawnego przyjaciela.