PBF: DrecarE - Cienie na Åšniegu

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 24 kwietnia 2016, 17:03

- Musimy bronić Kyariela - powiedział Olaf, rozglądając się za dogodną pozycją do obrony czarodzieja podczas inkantowania zaklęcia. Młody zwiadowca pomyślał, że gdyby zabić tego największego, to te mniejsze pajączki może uciekną...

- Ojcze! Ubijmy największego to reszta może ucieknie! Zajmę się nim! - powiedział, stając pewnie na nogach. Wzniósł łuk i zaczekał na pierwszą falę wrogów, jednocześnie upatrując swojej szansy w dobiciu tego największego. Myśli Olafa skupialy się na walce, choć część jego duszy zdawała się krzyczeć, że śmierć jest już nieukniona. Tej walki młody zwiadowca mógł już nie wygrać...
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

TatTvamAsi
Reactions:
Posty: 423
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
Been thanked: 3 times

Post autor: TatTvamAsi » 24 kwietnia 2016, 17:32

[center]Grupa Brnjara, baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]

Kuce stąpały żwawo w grubym śniegu. Wracali do schronienia, wracali aby powitać te ledwo znajome, ale wcześniej gościnne progi, teraz puste... już nigdy nie zagości w nich szczery, dźwięczny śmiech ni ciepło. Wiatr omiatał twarz, a w sercu pustka zajęła swe miejsce.

Ukazała się niebawem chata wzniesiona przez Vesteina i jego wyprawę. Przytulne, chwilowe domostwo...

Wiedźma myślała w tej chwili o tym dniu, teraz zdawałoby się tak odległym jak wspomnienie dawno minionych, ciepłych dni. Dniu, w którym poznali się dopiero co w rozświetlonej ogniem wielkiego paleniska komnacie. Ona, Vilberg, Brnjar i jego wojownicy. Młody Vidgar i jego wygadany brat, milczący i zdawałoby się ponury wylkołek... no i oczywiście Kyariel z dalekiej północy, którego zdolności nie raz okazały się niezwykle cenne. Przez tyle czasu, tyle dni i nocy, zawiei śnieżnych... podróżowali razem, walczyli ramię w ramię, wiedząc doskonale, że mogą na sobie polegać. W chwilach spędzonych przy wspólnych posiłku zapominało się o smutku i lęku przed utratą najbliższych. Te momenty przeplatane opowieściami o zwycięskich walkach dawały nadzieję i siłę, aby każdego dnia brnąć dalej... mimo wszelkich przeciwności...

Teraz jednak, jak już byli niemal u kresu podróży... ciepłe wspomnienia zdawały się ulotnymi obrazami, strzępami szarych pajęczyn rozwiewanym szybko przez mroźny wiatr. Kiedyś zdawało się... zdawało się, że mimo licznych walk, a nawet poważnych obrażeń... los okaże swoje przychylne oblicze, a oni wyjdą zwycięsko, a w końcu odnajdą również swoich utraconych bliskich.

Weszli do chaty. Zdjęto zmarłych z kuców.

Brnjar z pomocą swych teraz jeszcze bardziej posępnych wojowników, przeniósł ciała do pokoju. W końcu została sama. Sama z zadaniem, o które nie pojawiłoby się kiedyś nawet w jej najgorszych koszmarach. Ciała były tak blade... zimne. Stroje pokrywały jeszcze świeże okruchy lodu. Bała się... bała się podejść...

Mimo, iż wcześniej widziała rany, widziała pogrążonych w wiecznym śnie przyjaciół. I tak piękną i silną Gunlid. Przyległa wtedy do jej poranionej piersi szepcząc słowa, przekazując zmarłej ostatnie wyrazy dzielonego jeszcze niedawno ciepła i przyjaźni. Teraz jednak bała się... mimo, że widziała rozerwane, pokrwawione ubranie, przerwane mięśnie i potrzaskane kości. Nie było serc.

Trzeba było jednak zbadać towarzyszy. Obowiązek, powinność uzdrowicielki... Ale gdyby tego nie zrobiła? Gdyby nie dowiedzieli się teraz i w porę co mogło być pokrętne i brutalne, skrywając się na tych Pustkowiach, o których chyba tylko wichry Aurena raczą pamiętać...

Wpatrywała się w ich posiniałe ciała. Powoli podeszła do stołów, na których byli ułożeni. Spojrzała na Hatra. To od niego zaczęła oględziny, gdyż strach nie pozwalał zbliżyć się nawet do zmarłej rudowłosej. Odgarnęła delikatnie amulety pokrywające tors. Powoli rozwiązała rzemienie skórzanej zbroi odsłaniając pokrytą zakrwawioną tuniką pierś. Rana byłą tak rozległa... tak silnie i brutalnie zadana... serce wyrwane z całą siłą... przyglądała się wnikliwie rozerwanym i okrzepłym już od mrozu tkankom...
Tak jak deklarowałam wcześniej, wiedźma sprawdza ciała swoich przyjaciół, ich rany, aby określić jak i co mogło wydrzeć serca towarzyszy (z Medycyny Ezoterycznej). A później jak dojdzie do tego jak to się stało, będzie właśnie myśleć, co zaatakowało towarzyszy - Bestiariologia/Kosmolgia.
Czarownica, choć opanowała już spazmy płaczu, nadal czuje rozpacz i też strach. Z trudem jakoś zajmie się oglądaniem ran, gdyż jest to konieczne.

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 24 kwietnia 2016, 18:58

[center]Grupa Vilberga, Dellan Kayle, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]

- Dajesz Olaf, przypomnij sobie jak trafiałeś do tych oprychów co skroili klucz do grobowca Haurra Gromodzierżcy!. Ja będę osłaniał maga bo coś mi się zdaje, że na nim się skupią te poczwary!

Nagła złość i jakaś gwałtowna energia wypełniła młodego Nardlens od środka i o dziwo drżenie kolan od razu ustało. Wreszcie pojawiło się coś co wyrwało go z dziwnych myśli i niepokojących wyobrażeń. A do tego agresja, którą czuł działa lepiej nawet niż specyfik z manierki Vilberga.

Swoją drogą, ta agresja była nawet dziwnie wielkich rozmiarów. Gdyby Vidgar był bardziej ciekaw i świadom swoich własnych uczuć, pewnie stwierdziłby, że całe to plugastwo i sposób w jaki ta ziemia była przeklęta i sam fakt, że musiał oddychać tym samym powietrzem i to, że tylu dobrych Nardlens a w tym jego wuj, zniknęli tutaj bez nadziei i wieści, sprawiał, że czuł się w środku skrzywdzony. To wszystko zaprzeczało temu w co wierzył i co kochał w świecie, w którym przyszło mu się urodzić. Ta ciemność kradła esencję wypełniającą wszelkie piękno, nie pozostawiając nic. Była wrogiem wszelkiego życia, jeśli czegoś nie pożerała to wypaczała w formy groteskowe i żałosne.

Vidgar jednak mało był dość obojętny na meandry jakimi chadzały jego rezonujące z podświadomością skojarzenia i nie zdawał sobie z powyższego sprawy. Wyszczerzył zęby i miał wrażenie, że gniew, który go wypełniał sprawia, że trochę świeci, jakby miał w środku płomień. Rozpoznał ten płomień i pomyślał, że Ridvina patrzy na nich w tej opuszczonej przez bogów krainie. Szczerzył zęby i miał ochotę dosłownie rozszarpać te plugawe pająki na strzępy.

- Na RIDVINĘ SCZEŹNIECIE ŚCIERWA PLUGAWE!!! - wrzasnął ścierając się z pierwszym z pająków.
O ile to możliwe, Vidgar chce ustawić się kilka metrów przed Alfrem, odcinając od niego pająki. Nie chce jednak odchodzić za daleko, bo ich jest więcej, i jeśli jakiś doskoczy do maga, to Vidgar przede wszystkim, będzie chciał go ukatrupić.
[center]SHIELDWALL[/center]

[center]Obrazek[/center]
Ostatnio zmieniony 25 kwietnia 2016, 14:42 przez zapalki_chaosu, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 25 kwietnia 2016, 11:56

[center]Grupa Vilberga, Dellan Kayle, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
[center]Podkład: Gods of Thunder of Wind and the Rain[/center]
[center]Obrazek[/center]
Choć Olafowi nie było to w smak, największy potwór pozostał na drzewie nie kwapiąc się do bitki. Klekotał jednak zapamiętale, co musiało stanowić jakiś rodzaj pajęczego zawołania do walki, pozostałe stawonogi bowiem wyłoniły się z lasu i skierowały ku grupce wędrowców, stojących na niewielkiej wysepce twardszego gruntu. Widząc to Vilberg zdjął z ramienia tarczę i dobył miecza:

- Na Aurena - rzekł do Vidgara. - Czas zobaczyć chłopcze, czego cię ojciec nauczył!

- Stawaj przy mnie, razem stawimy czoła tym paskudom! Olafie, niech cięciwa twego łuku zagra im pieśń śmierci! Nie ma takiego robactwa, co by ród nasz pokonać mogło! - huknął, wznosząc miecz. Vidgar zawtórował mu bojowym zawołaniem i obaj unieśli tarcze, stając ramię przy ramieniu.

[center]Obrazek[/center]
Skakuny zbliżały się niezwykle szybko, poruszając długimi skokami i Olaf słał w ich kierunku strzałę za strzałą. Choć największy z potworów pozostał poza zasięgiem Młodego Wilka, przecież groty utkwiły w kolejnym, tłustym cielsku, posyłając najroślejszego z ohydnych stworów w bagno. Pozostałe jednak nie zwróciły uwagi na śmierć swego pobratymca i rzuciły się na skrytych za tarczami wojowników. Obaj przyjęli impet uderzenia i odepchnęli skakuny tarczami. Nagle wokół zaroiło się od kąsających szczęk, długich odnóży i rozdętych odwłoków. Vidgar pilnował, by nie opuścić tarczy, jednocześnie parując ciosy trzymanym w drugim ręku mieczem. Vilberg czynił podobnie, wyszukując sposobności do krótkich i śmiercionośnych ataków. Jego pewność i skuteczność w walce świadczyła o doświadczeniu wyniesionym z wielu bitew i Vidgar nie raz spoglądał na wuja z podziwem, gdy ten jednym celnym uderzeniem, wyprowadzonym w szczelinie między dwoma tarczami, posyłał na ziemię kolejnego skakuna.

Einherier starał się przede wszystkim wytrwać, wiedząc, iż ściągając na siebie ataki wroga, daje czas Olafowi do uśmiercenia kolejnych paskud. Zagryzł więc zęby i nie marnując oddechu na okrzyki, warczał jedynie wściekle, parując kolejne ataki. Pot spływał po czole wojownika, a miecz i tarcza w jego ręku zdawały się coraz cięższe, stał jednak pewnie, uniemożliwiając pająkom wdarcie się głębiej na wysepkę. W jednej chwili ujrzał stwora, który próbował wyminąć go kierując się ku Kyarielowi i widząc, iż przeciwnik jest doń obrócony bokiem, natychmiast wykorzystał lukę w jego obronie, wbijając miecz głęboko w grzbiet pająka. Zaśmiał się chrapliwie widząc, jak przeciwnik cofa się gwałtownie, brocząc czarną krwią. Jednak kolejne ataki nie pozostawiły mu czasu na obserwację i ponownie musiał skupić się na ich odparciu.

Olaf wypuszczał kolejne strzały, mierząc w kłębowisko, w którym prawie zniknął jego ojciec i kuzyn. Zaciskał zęby nie chcąc tracić cennej chwili na przekleństwo czy okrzyk bojowy. Teraz liczyła się każda chwila, a najmniejszy błąd ręki i oka mógł mieć tragiczne skutki. Mimo wszystko w pośpiechu kilka razy chybił, co sprawiało, że miął w ustach kolejne inwektywy w kierunku pająków, starając się wspomóc walczących członków rodu.

PajÄ…ki padaÅ‚y pod gradem strzaÅ‚ i ciosami mieczy, wciąż jednak nie chciaÅ‚y siÄ™ wycofać. Nawet, gdy pozostaÅ‚y już tylko dwa, z których jeden broczyÅ‚ obficie krwiÄ…, nadaÅ‚ próbowaÅ‚y zajadle kÄ…sać atakujÄ…cych je ludzi, rezygnujÄ…c z ucieczki. W koÅ„cu jednak ostatnia strzaÅ‚a Å