Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993
Zaparkował samochód na tyłach jakiegoś budynku, który wyglądał opuszczony w pośpiechu. Miał nadzieję, że nikt nie znajdzie go tu, jeszcze przez chwilę. Wysiadł i ruszył w kierunku posiadłości klienta...
A może Victorii... Zresztą, czy miało to teraz jakieś znaczenie?
Był zmęczony. Wydarzenia ostatnich kilku godzin wyczerpały go fizycznie i mentalnie. Szedł jednak szybko, właściwie prawie biegł. Niepokój o los Koterii Atra-hasisa towarzyszył mu odkąd uciszył głód. Słuchał jego podszeptów przez cała drogę, zaciskając ręce na kierownicy i wciskając pedał gazu do oporu. Wiedział, że go wystawili. Szczur i ta kobieta... Która nie mogła uciec od zepsucia toczącego jej żyły. Terry był w porządku, zdążył go ostrzec. Reszta chciała jego śmierci... Czy działali w zmowie z Torreadorem czy tylko wykorzystali właściwy moment? Nie umiał powiedzieć. Nie mógł być także pewien Darshana... Ravnos nie musiał przecież mieć z tym nic wspólnego... Właściwie, gdyby nie to i słowa Terrego rozwiązałby tą sytuację ostrzem... Wciąż jednak był ich ochroniarzem i miał obowiązki do wykonania. Przynajmniej dopóki nie będzie wiedział na pewno... Cała ta sytuacja... Była tak absurdalna, iż chwilami nie wiedział, co o niej myśleć. Trzymał się więc rzeczy, które znał: Kontraktu, obowiązku, honoru. Kuffrowie byli aroganccy, głupi i beztroscy na tyle, by nie zauważyć zagrożenia, które czaiło się tuż obok. Scareface mógł chcieć wyeliminować go z jednego tylko powodu. Aby móc zlikwidować resztę. I Morderca nie sądził, by Torreador podziękował pozostałym za pomoc w pozbyciu się ochroniarza.
A jednak, gdy wyszedł za zakręt ulicy ujrzał światła w posiadłości Atra-hasisa. Przez chwilę poczuł tak ogromną ulgę, że niemal się zatoczył. A więc wyglądało na to, że przetrwali. Być może los starał się nieco zrehabilitować... Przeciął trawnik i ruszył ku głównemu wejściu. Gdy wbiegał na schody ulga w jego sercu ścichła powoli zastąpiona gorzką świadomością tego, co ten fakt oznaczał. Jeśli przetrwali Torreador nie okazał się ich wrogiem, lecz sprzymierzeńcem, pomagając im usunąć problem, jakim był Morderca. Aby mogli odwrócić się do obowiązku? Być może... Wiedział, że czeka go teraz cholernie ciężka rozmowa. Ujmując klamkę pomyślał, że dałby wiele, aby tylko jej uniknąć... I poczuł, jak wszystkie jego noże odpowiadają mu uśmiechem...
[center]***[/center]
Usłyszał ich głosy już z korytarza i nie zwalniając skierował się do biblioteki. Gdy wszedł rozmowy urwały się, jak ucięte nożem. Wszyscy zastygli na moment niczym postacie na zatrzymanej klatce filmowej, tak, iż miał wrażenie, że znalazł się wewnątrz jakiegoś przedstawienia. Jak gdyby wszystko - ich spojrzenia, gesty, wyrazy twarzy, a także jego wejście zostało starannie wyreżyserowane i zawierało jakieś tajemnicze, ukryte znaczenie... Otrząsnął się błyskawicznie z tego dziwnego odczucia. Jego twarz momentalnie stężała w rodzaj obojętnej maski, kryjąc czające się za nią emocje.
- Dostałem Paina - odezwał się. - Piłem krew jego serca. Teraz jest martwy.
Zanim ktokolwiek zdołał odpowiedzieć, czy zrobić cokolwiek, Morderca odezwał się znowu. Tym razem jego głos brzmiał nienaturalnie spokojnie, prawie łagodnie. A jednak znali go już na tyle długo, by wiedzieć, jak blisko ich krtani znalazło się nagle zakrzywione, arabskie ostrze Klanu Łowców.
- Wiem, że mnie wystawiliście. Nie wierzę, że ktokolwiek nawet Karl Shreckt mógłby usłyszeć wyciszony strzał z niewidzialnego śmigłowca. A jednak nie chcieliście, bym strzelił. Woleliście, bym tam zszedł, mając nadzieję, że Tremere mnie wykończy... Wiedzieliście, że obiecałem wam śmierć tego anarchistycznego psa. I że nie mam wyjścia... Musiałem to zrobić. Toz*. Jesteście dla mnie nikim...
Spojrzał na Horacego i Victorię ignorując na chwilę pozostałych.
- Terry zdążył mnie ostrzec. Zabiłem Paina i oszukałem Shreckta. Wróciłem, choć pewnie się tego nie spodziewaliście... Shraameet! Inti mafish Mukh** Przelewam za was krew. Nigdy się nie zawahałem by to zrobić. Tak jak nie zawaham się zginąć, jeśli będzie trzeba. Ale wy tego nie szanujecie. Teraz to wiem. Nie szanujecie ani mojej krwi, ani mojego Klanu, tak jak i nie szanujecie woli mojego Klienta... Ale powiem wam coś. Neekni wlaa tneek hargeti.*** Jeśli zginę przez kogoś z was, Klan się o tym dowie. I nie będzie miejsca, w którym zdołacie się ukryć.
Dłoń Assamity odruchowo powędrowała ku rękojeści sztyletu, jego głos jednak nie zmienił natężenia, ostrzegając, iż lód na tym spowitym mrokiem jeziorze jest naprawdę cienki.
- Ja nie zapomnę i Klan nie zapomni. In'a'al mayteen ehlak.****
- To nie dotyczy ciebie, Terry - dodał po chwili, patrząc na Świra. - Shukran. Dziękuję, że ostrzegłeś mnie przez tym Tremerskim psem. A ty, Darshan, nie wiem, czy miałeś coś wspólnego z tym śmietnikiem tutaj... Chciałbym myśleć, że nie musisz obawiać się prawdy. Teraz, idę się poskładać. Jestem ranny. Ale nie przejmujcie się tym - błysnął kłami w stronę Victorii i Horacego. - Wciąż jestem w stanie zabić was nim zdołacie wymyślić jakieś nowe kłamstwo...
[center]

[/center]
* arab. Pieprzcie się.
** arab. Dziwki! Nie macie mózgu - mocno obraźliwe.
*** arab. Możecie pieprzyć mnie, ale nie pieprzcie moich słów.
**** Cholera, jesteście martwi.