PBF - Charleston by Night

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 15 kwietnia 2016, 22:44

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

- Atra-Hasis był albo jest stary i wiekowy. Czy też pradawny jak sam powiedziałeś. Wątpię by był tak dobrotliwym wujkiem jakim go widzisz. Ile brudu i zła się go imało przez minione stulecia wie tylko on. Nie twierdzę, że jest przesiąkniętym złem potworem. Ale na pewno nie jest tak dobry jak sobie wyobrażasz. Ma swoje cele a to że bezpardonowo przystawił nam Namtara do głowy niczym rewolwer też o czymś świadczy. Przypadek możemy wyłączyć, taki wiekowy Kainita jak on nie robi takich pomyłek. Sam powiedziałeś, że stare wampiry mają cele które są poza naszym postrzeganiem. Dlaczego raz tą regułę zgrabnie stosujesz do Democritusa a boisz się zastosować do Red Wisdoma. "Przecież masz już swoje lata, naprawdę dziwi cię taka ewentualność?"

- Co do Democritusa to nie zamierzam go bronić. Obie możliwości są prawdopodobne i biorę poprawkę na obie wersje do czasu, aż uzyskamy więcej puzzli do układania. Równie dobrze jego nerwowe ruchy mogą wynikać z faktu, iż w Camarilli Lasombra nie miał by szans zajść wysoko. Ventrzaki by go wycięły w moment. No i jest jeszcze jedna kwestia. Kwestia zachowania twarzy. Jak wyglądała by jego eminencja książę w szczytnym gronie, gdyby się rozniosło, że tyle stek lat kłamał. Śmierć polityczna. A tego by nie zniósł, prędzej by przeskoczył do Sabatu niż stracił władzę i wpływy. Tego jestem niemal pewien.

- Zaś co do Namtara to nie planowałem go zanim zabić ani się o pozbyć. Źle mnie zrozumiałeś. Ja zamierzam pożegnać go tak szybko jak się da kiedy to się wszystko skończy. Różnica jest zasadnicza, w czasie.

Spoiler!
Jak wyglądały ruchy Sabatu na przestrzeni niecałych dwustu lat. Jak z perspektywy czasu Horacy by ocenił kwestię walki księcia z Sabatem?
Jak Democritus doszedł do władzy? Na fali zwycięskiej kampanii przeciw Sabatowi? Czy w jakiś inny sposób.
Poproszę o nieco więcej szczegółów o księciu. Bo strzelam w próżne.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 17 kwietnia 2016, 17:44

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

Gdy Horacy zabrał się do wyjścia, nagle usłyszał głos Ravnosa:

- Horacy, poczekaj aż Namtar wróci.

Victoria także wsparła Ravnosa.

- Horacy wolałabym, byś został z nami. Mamy kilka rzeczy do wyjaśnienia i nikt nie będzie opuszczał domeny nim nie wróci Łowca.

- A jak nie wróci dzisiejszej nocy to z co zrobicie? Będziecie czekać kolejną tracąc czas. Muszę się napić, później nie będzie na to czasu. Spokojnie. Nic mi się nie stanie, znam miasto jak własną kieszeń. Pójdę "dołem".

Victoria odezwała się:

- Powiedziałam, że czekamy godzinę, potem zdecyduję co robimy - Horacy nie mógł nie zauważyć, iż Lasomba położyła szczególny nacisk na słowo "zadecyduję".

Ravnos dodał:

- Nie sądzisz chyba, że pozwolimy Ci odejść po tym jak powiedziałeś, że mógłbyś uciec. Poza tym, na zewnątrz jest niebezpiecznie, jeśli nie masz tam żadnych przyjaciół.

Terry wyglądał na nieco zmartwionego obserwując w milczeniu całą scenę.

- Właśnie, mam tam przyjaciół. A także rodzinę i bliskich o których się martwię i troszczę. Nie można ciągle żyć w strachu. Kiedy chciałem się rzucić z helikoptera nie sądziłem, że mam dużą szansę przeżyć. Nie chciałem jednak by coś przeze mnie stało się im, no i... Wam. - Horacy zakłopotany niczym uczniak przyłapany na mało męskiej słabości odwrócił wzrok unikając spojrzenia Lasombry. - Tajemnica jest bezpieczna, nikomu nic nie powiem. Obojętnie kim okaże się ostatecznie Red, mam wobec niego dług. Olbrzymi dług, i zamierzam go spłacić jak należy. A co do Namtara to nie chciałem by tak wyszło. A przynajmniej nie teraz kiedy jest potrzebny do wypełnienia testamentu. Później, on akurat, jest mi obojętny. W tym bezlitosnym mordercy jest trzy czwarte rzeczy którymi skrajnie gardzę.

- No to dlaczego chcesz wyjść, kiedy wszyscy proszą cię byś został? - odezwał się w końcu Świr przerywając milczenie. - Skoro sam przyznajesz, że masz u Czerwonego Mędrca olbrzymi dług i zamierzasz go spłacić jak należy, to dlaczego nie ugniesz się do jego ostatniej woli, z ktorej jasno wynikało byśmy wspólnie odnaleźli jego zabójców? Dlaczego upierasz się by robić rzeczy po swojemu, bez względu na postanowienia Koterii? Dlaczego co rusz traktujesz nas jak wrogów, którzy chcą ci zrobić krzywdę, okłamać, okraść czy stłamsić? Rozumiem i akceptuję fakt, że nie jesteśmy i być nie musimy przyjaciółmi. Jednak ze względu na pamięć Atra-Hasisa powinniśmy współpracować. Rozumiem też, że nie musisz nas nawet lubić. Ale może na czas naszego zadania warto zacisnąć kły i zwyczajnie zrobić co do nas należy? Każde z nas to robi, dla dobra sprawy. Spójrz na mnie. Jestem kapłanem Boga Prawdziwego, w Trójcy Jedynego. Kilka razy próbowałem nakłonić was do wspólnej modlitwy, jednak za każdym razem byłem wykpiwany albo ignorowany. A jakoś nie mówię o żadnym z was źle, nie mam pretensji ni żalu. Co tam, współpracuję z Duchem wprost z Otchłani. Bezlitosnym Mordercą, jak go opisałeś. Ostatnia osoba, jaką można by posądzić o bycie w tej samej Koterii co ja. Ale zamknąłem buzię i pracuję z nim. Bo sprawa ta jest ważniejsza niż moje osobiste bolączki czy wątpliwości. Swoją drogą, dlaczego nazywasz go bezlitosnym? Owszem, słyszeliśmy z jakiej linii krwi się wywodzi, ale widzieliśmy tylko jego tryb wojownika, a nie mordercy. W każdym razie, naprawdę mocno cię proszę, skup się na spłacie długu. I nie wychodź teraz, zaczekajmy na Łowcę i wtedy załatwimy kwestię krwi. Nie ty jeden jesteś głodny.

Liderka koterii poparła Malkawianina mówiąc spokojnie, acz stanowczo:

- Proszę, usiądź Horacy. Rozumiem twoje poddenerwowanie ale to nie czas, by słuchać emocji. Zdecydowałam już, że poczekamy godzinę i to jest koniec dyskusji. Zostajemy tutaj.

- Dobrze, nec hercules contra plures. Skoro tak, zostaje i proponuje poświęcić ten czas na podsumowanie tego co już wiemy - zakończył patrząc na Victorie. Wyraźnie oczekiwał że zabierze głos.
Do 20 kwietnia Zin-Carla jest po za zasięgiem, więc nic nie napisze. Jutro Sigil będzie pisał posta jak Namtar wrócił do domu Red'a, więc jak chcecie coś jeszcze dodać to proszę pisać. Nie chcę przetrzymywać gracza, tym bardziej że musiałby czekać aż Zin-Carla się pojawi.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 18 kwietnia 2016, 16:32

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

Zaparkował samochód na tyłach jakiegoś budynku, który wyglądał opuszczony w pośpiechu. Miał nadzieję, że nikt nie znajdzie go tu, jeszcze przez chwilę. Wysiadł i ruszył w kierunku posiadłości klienta... A może Victorii... Zresztą, czy miało to teraz jakieś znaczenie?

Był zmęczony. Wydarzenia ostatnich kilku godzin wyczerpały go fizycznie i mentalnie. Szedł jednak szybko, właściwie prawie biegł. Niepokój o los Koterii Atra-hasisa towarzyszył mu odkąd uciszył głód. Słuchał jego podszeptów przez cała drogę, zaciskając ręce na kierownicy i wciskając pedał gazu do oporu. Wiedział, że go wystawili. Szczur i ta kobieta... Która nie mogła uciec od zepsucia toczącego jej żyły. Terry był w porządku, zdążył go ostrzec. Reszta chciała jego śmierci... Czy działali w zmowie z Torreadorem czy tylko wykorzystali właściwy moment? Nie umiał powiedzieć. Nie mógł być także pewien Darshana... Ravnos nie musiał przecież mieć z tym nic wspólnego... Właściwie, gdyby nie to i słowa Terrego rozwiązałby tą sytuację ostrzem... Wciąż jednak był ich ochroniarzem i miał obowiązki do wykonania. Przynajmniej dopóki nie będzie wiedział na pewno... Cała ta sytuacja... Była tak absurdalna, iż chwilami nie wiedział, co o niej myśleć. Trzymał się więc rzeczy, które znał: Kontraktu, obowiązku, honoru. Kuffrowie byli aroganccy, głupi i beztroscy na tyle, by nie zauważyć zagrożenia, które czaiło się tuż obok. Scareface mógł chcieć wyeliminować go z jednego tylko powodu. Aby móc zlikwidować resztę. I Morderca nie sądził, by Torreador podziękował pozostałym za pomoc w pozbyciu się ochroniarza.

A jednak, gdy wyszedł za zakręt ulicy ujrzał światła w posiadłości Atra-hasisa. Przez chwilę poczuł tak ogromną ulgę, że niemal się zatoczył. A więc wyglądało na to, że przetrwali. Być może los starał się nieco zrehabilitować... Przeciął trawnik i ruszył ku głównemu wejściu. Gdy wbiegał na schody ulga w jego sercu ścichła powoli zastąpiona gorzką świadomością tego, co ten fakt oznaczał. Jeśli przetrwali Torreador nie okazał się ich wrogiem, lecz sprzymierzeńcem, pomagając im usunąć problem, jakim był Morderca. Aby mogli odwrócić się do obowiązku? Być może... Wiedział, że czeka go teraz cholernie ciężka rozmowa. Ujmując klamkę pomyślał, że dałby wiele, aby tylko jej uniknąć... I poczuł, jak wszystkie jego noże odpowiadają mu uśmiechem...

[center]***[/center]
Usłyszał ich głosy już z korytarza i nie zwalniając skierował się do biblioteki. Gdy wszedł rozmowy urwały się, jak ucięte nożem. Wszyscy zastygli na moment niczym postacie na zatrzymanej klatce filmowej, tak, iż miał wrażenie, że znalazł się wewnątrz jakiegoś przedstawienia. Jak gdyby wszystko - ich spojrzenia, gesty, wyrazy twarzy, a także jego wejście zostało starannie wyreżyserowane i zawierało jakieś tajemnicze, ukryte znaczenie... Otrząsnął się błyskawicznie z tego dziwnego odczucia. Jego twarz momentalnie stężała w rodzaj obojętnej maski, kryjąc czające się za nią emocje.

- Dostałem Paina - odezwał się. - Piłem krew jego serca. Teraz jest martwy.

Zanim ktokolwiek zdołał odpowiedzieć, czy zrobić cokolwiek, Morderca odezwał się znowu. Tym razem jego głos brzmiał nienaturalnie spokojnie, prawie łagodnie. A jednak znali go już na tyle długo, by wiedzieć, jak blisko ich krtani znalazło się nagle zakrzywione, arabskie ostrze Klanu Łowców.

- Wiem, że mnie wystawiliście. Nie wierzę, że ktokolwiek nawet Karl Shreckt mógłby usłyszeć wyciszony strzał z niewidzialnego śmigłowca. A jednak nie chcieliście, bym strzelił. Woleliście, bym tam zszedł, mając nadzieję, że Tremere mnie wykończy... Wiedzieliście, że obiecałem wam śmierć tego anarchistycznego psa. I że nie mam wyjścia... Musiałem to zrobić. Toz*. Jesteście dla mnie nikim...

Spojrzał na Horacego i Victorię ignorując na chwilę pozostałych.

- Terry zdążył mnie ostrzec. Zabiłem Paina i oszukałem Shreckta. Wróciłem, choć pewnie się tego nie spodziewaliście... Shraameet! Inti mafish Mukh** Przelewam za was krew. Nigdy się nie zawahałem by to zrobić. Tak jak nie zawaham się zginąć, jeśli będzie trzeba. Ale wy tego nie szanujecie. Teraz to wiem. Nie szanujecie ani mojej krwi, ani mojego Klanu, tak jak i nie szanujecie woli mojego Klienta... Ale powiem wam coś. Neekni wlaa tneek hargeti.*** Jeśli zginę przez kogoś z was, Klan się o tym dowie. I nie będzie miejsca, w którym zdołacie się ukryć.

Dłoń Assamity odruchowo powędrowała ku rękojeści sztyletu, jego głos jednak nie zmienił natężenia, ostrzegając, iż lód na tym spowitym mrokiem jeziorze jest naprawdę cienki.

- Ja nie zapomnę i Klan nie zapomni. In'a'al mayteen ehlak.****

- To nie dotyczy ciebie, Terry - dodał po chwili, patrząc na Świra. - Shukran. Dziękuję, że ostrzegłeś mnie przez tym Tremerskim psem. A ty, Darshan, nie wiem, czy miałeś coś wspólnego z tym śmietnikiem tutaj... Chciałbym myśleć, że nie musisz obawiać się prawdy. Teraz, idę się poskładać. Jestem ranny. Ale nie przejmujcie się tym - błysnął kłami w stronę Victorii i Horacego. - Wciąż jestem w stanie zabić was nim zdołacie wymyślić jakieś nowe kłamstwo...

[center]Obrazek[/center]


* arab. Pieprzcie się.
** arab. Dziwki! Nie macie mózgu - mocno obraźliwe.
*** arab. Możecie pieprzyć mnie, ale nie pieprzcie moich słów.
**** Cholera, jesteście martwi.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]