PBF - Charleston by Night

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 06 kwietnia 2016, 20:29

Terry'ego zmyliła nieco reakcja Toreadora na słowa Czarnej Victorii. Nie wiedział czego właściwie się spodziewać, jednak na pewno nie tego co się stało. Szybko przestało to mieć znaczenie, bowiem zmieniało układ sił w obecnej, niefortunnej sytuacji. Na lepsze w jego opinii.

Wciąż jeszcze pozostawała pani, która machała pistoletem przed ich twarzami. Niewiele myśląc, Terry skupił się na jej osobie. Obserwując barwy jej aury, Malkavian skupił się na tych kolorach, które odpowiedzialne były za chęci drążenia nieszczęsnego doboru słów Horacego. Po czym delikatnie zaczął je rozcieńczać mieszanką niechęci i obojętności. Całą swoją uwagę skupił na tym działaniu, odłączając się na wszelkie bodźce zewnętrzne.
Nadwrażliwość 2 na obserwację, Pasja, żeby stępić jej poczucie misji. Do zera najlepiej.
Spoiler!
Test na czytanie aury ST:8 = 0 sukcesów.
Test użycia Demencji 1 ST:Człowieczeństwo Belle. Wypada 5 sukcesów, co oznacza że efekt będzie działał przez miesiąc.
Ostatnio zmieniony 06 kwietnia 2016, 20:51 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 07 kwietnia 2016, 15:04

[center]Obrazek[/center]
[center]WV Charlestone, obrzeża miasta, 11.08.1993[/center]
Głód pustoszył jego żyły, zawodził w arteriach głosem cmentarnego wiatru. A bestia... Była tej nocy tak blisko, że mógł niemal spoglądać jej oczyma. Nie miał teraz szansy uciszyć jej zewu krwią...

Znajdował się daleko od miejsca, gdzie zgubił Justycariusza. Dłuższą chwilę kluczył, wykorzystując osłonę ciemności, upewniając się, że nikt już go nie ściga. Zmęczenie i głód zmusiły go w końcu do przyjęcia formy fizycznej. Biegł więc jeszcze jakiś czas, tak długo, jak był w stanie, oddalając się od pola walki. Energia wykradziona umarłemu Bogowi Wojny wyczerpywała się powoli. Zapach czerwieni na rękach doprowadzał niemal do szaleństwa. Zlizywał jej ślad ze skóry, lecz to nie pomagało. Właściwie, pogarszało tylko sytuacje. Nie potrafił jednak do końca się opanować. A może nie chciał, mając nadzieję, że w ten sposób uciszy pragnienie. Że oszuka bestię, chociaż na chwilę...

[center]Obrazek[/center]
Bezszelestnie dotarł na skraj lasu i znieruchomiał, przyglądając się kilku stojącym nieopodal budynkom. Był wykończony. Ekwilibrystyka, którą zmuszony był uprawiać, by utrzymać się na krawędzi normalności, wyczerpała niemal wszystkie jego zasoby psychiczne. Rozejrzał się, uświadamiając sobie, iż znajduje się na obrzeżach osiedla domków jednorodzinnych. Ulica była pusta i cicha, oświetlona jedynie przez nieliczne latarnie. Lecz nawet ich mdły blask, przesączający się przez ciemne szkła okularów, zdawał się Mordercy zbyt jaskrawy, wibrując nieprzyjemnie w zakończeniach nerwów. Większość willi, które mógł widzieć z miejsca, w którym się znajdował, robiła wrażenie cichych i opuszczonych. Ich okna ziały pustką, niczym oczy zmarłego, których nie zamknęła żadna litościwa ręka. Tylko jeden budynek wyróżniała zapalona przy tylnym wejściu lampka... Odruchowo oblizał wargi i wysunął kły. Światło oznaczało ludzi. Ludzie oznaczali krew. Niemal bez udziału świadomości, kierując się instynktem, zbliżył się ku domostwu, wykorzystując osłonę cieni i zwisających nisko, długowłosych konarów wierzby. Przeskoczył przez płot, nie czyniąc najmniejszego hałasu i przeciął ogródek na tyłach domu. Światło przy drzwiach zamigotało i zgasło. Zamek poddał się z cichym trzaskiem, który nie zdołał zaalarmować ani przebudzić nikogo. Zresztą, było już na to za późno...

[center]...[/center]
Zabił ich wszystkich. Całą czwórkę. Dzieci, śpiące na piętrowym łóżeczku w pokoju pomalowanym na wesoły, kanarkowy kolor, nie mogły mieć więcej niż osiem lat. Żadne z nich nie zdołało przebudzić się na tyle, aby odróżnić sen, od jego siostry - śmierci. Człowiecze iskry gasły szybko. Krzyki grzęzły w gardłach. Krew była słodka i aromatyczna. A głód nie pozostawiał żadnego wyboru...
[center]...[/center]

Zaciągnął ciała do salonu, którego ściany zdobiły obrazy przedstawiające wiatraki i szopy, wznoszące się nad ukwieconymi łąkami. Nie musiał martwić się, że poplami podłogę. Nie mieli już niczego w żyłach. Ułożył trupy na dywanie, na środku pomieszczenia i zaczął metodycznie opróżniać barek, wylewając zawartość butelek na zwłoki i stojącą obok kanapę. W powietrzu rozszedł się zapach drogiej whisky, burbonu i rumu, mieszając się z wonią lawendowej pasty do mebli.

Wiedział, że Akramath nie pochwaliłby tego, co zrobił. Silsila niechętnie, lecz jednak akceptował morderstwa. Oczywiście od czasu do czasu, wiedząc, że tylko w ten sposób można nakarmić Ciemność, gnieżdżącą się w żyłach jego wychowanka... Lecz mimo to, nie pochwalał zabijania ludzi z powodu krwi. To było sprzeczne z naukami Haqima, zbliżało do Niewiernych z Sabatu, polujących niczym zwierzęta... Z drugiej strony jednak Morderca był świadom, że nie miał innego wyjścia. Utrata kontroli nad bestią byłaby tysiąc razy gorsza i zgodnie z prawem Khabar stanowiła bluźnierstwo. Nie chciał nawet myśleć o tym, czego mógłby dopuścić się w tym stanie, pozbawionym wszelkich hamulców. Teraz, gdy udało mu się ugasić głód i znów mógł myśleć jasno, rozumiał, że wybrał najlepiej, jak mógł. I wiedział, że Silsila także zrozumie. Mimo to jednak, nie potrafił pozbyć się pewnego uczucia niesmaku. Tym razem zadawanie śmierci nie stanowiło sublimacji pragnień. Czuł się raczej jak rzeźnik. Wszystko stało się zbyt szybko, by mógł doświadczyć tego procesu w pełni. A teraz sprzątał jedynie resztki, pozostawione po uczcie bestii. Martwe kukiełki, strzaskane lustra...

Cofnął się kilka kroków. Zapalił znalezioną w jednej z sypialni zapalniczkę i rzucił na dywan. Płomień natychmiast rozszedł się wkoło, błękitną, eteryczną falą. Morderca odwrócił się szybko i wyszedł z domu. Zanim dotarł do ulicy, okna willi wypełniły się gorejącymi kwiatami ognia.
Uzupełniam krew. Leczę 1 obrażenie prawdziwe. Następnie kradnę jakiś byle jaki samochód i chcę się dostać do domu Atra-hasisa. Samochód parkuję kilka uliczek dalej oczywiście, by nie przyciągać niczyjej uwagi.
Ostatnio zmieniony 08 kwietnia 2016, 11:38 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 07 kwietnia 2016, 22:07

WV Charlestone, w helikopterze 11.08.1993

Toreador złagodził swoje ostre, pełne pogardy spojrzenie i lustrował długo Viktorię i jej oblicze. Wyglądał jakby jego umysł oddalił się w długą podróż do krainy marzeń. Lasombra odetchnęła. Chyba się udało. Miała nadzieję, że zdoła odciągnąć go teraz od Horacego i całej tej dziwnej sytuacji, która zupełnie nie była im potrzebna. Jedynym problemem była teraz Belle. Oby nie chciała zbyt dokładnie przesłuchiwać Szczura, a ten zreflektował się na ich ciężką sytuację. Miała nadzieje że Scareface nie będzie ich ciągnął przed oblicze Democritusa. To będzie ostateczna klęska jeżeli książę weźmie któregoś z nich na męki i używając swych dyscyplin dowie się..Iż koteria wie o jego prawdziwym pochodzeniu. Świadomość powagi sytuacji i wizja śmierci ostatecznej wstrząsnęła ciałem Wampirzycy. Ksiaże z rodu Lasombra kojażył jej się nieodzownie... Z inkwizycją. Żeby tylko jej wysiłki omamienia Archona nie poszły na marne!

- Twój głos... - Powiedział Toreador swym rozmarzonym, drżącym głosem i Viktoria już wiedziała, że jej tajna broń zadziałała z zabójczą precyzją. Kolejne słowa jej ofiary i Lasombra zadrżała. Chyba wyszło jej, aż za dobrze... No cóż teraz musiała grać w tą grę, którą sama zaczęła, by ocalić koterię przed niewygodnymi pytaniami, które mogły zniweczyć ich status w Camarili, a także samo śledztwo.

Scarface kontynuował swój natchniony monolog......

- Wiedz, że jak tylko wylądujemy to nie pozwolę byśmy tak po prostu się rozstali... Nie mogę tego tak zostawić. Bez ciebie jestem tylko trupem. Jak oni wszyscy. I tak jak oni, trwałem w tym stanie na tyle długo, by zapomnieć o tym, co istnieje poza nim. Być może oszukiwałem się czasami, myśląc, że pamiętam... Lecz nasze spotkanie zmieniło wszystko... Nie mogę cię utracić, tak jak utraciłem życie...

Viktoria musiała przyznać, że te słowa również ją poruszyły. W wampirzej egzystencji często brakowało jej celu, pasji, stałej emocji, która motywowała ją... By dalej ciągnąć tą farsę, która nie była już życiem. Poczuła się jak Julia na balkonie. A przynajmniej musiała nią być, choć przez jakiś czas by ugrać to, co najważniejsze.

Spojrzała się bydlęcymi, maślanymi oczkami w oczy Scarefacea i odpowiedziała...

- I ja się czuję jak zaczarowana. Nigdy wcześniej nie czułam jakiegokolwiek sensu w mej przeklętej, nędznej egzystencji. Tyś spojrzał w me oczy i wszystko się odmieniło. Czuje jakby czerwona krew znów rozpalała me nieumarłe ciało, a me serce zabiło raz jeszcze. - Dotknęła dłonią jego policzka ujmując delikatnie jego twarz. - Ach czemuż musieliśmy się szukać przez stulecia, nie! Eony całe! Me serce kwili z tęsknoty za rozkosznymi chwilami, które nas ominęły. - Położyła teatralnie dłoń w miejscu serca - Lecz teraz możemy być razem i dzielić wieczną noc na dwoje. Razem staniemy naprzeciw naszym wrogom i przeciwnością losu. - Ujęła jego dłonie w swoje i uniosła je delikatnie do góry - Twe silne dłonie zbudują schronienie dla mej umęczonej duszy. I razem znajdziemy wytchnienie w tym przewrotnym, pełnym zła i hipokryzji świecie...
Ostatnio zmieniony 07 kwietnia 2016, 22:57 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57