[center]

[/center]
[center]WV Charlestone, obrzeża miasta, 11.08.1993[/center]
Głód pustoszył jego żyły, zawodził w arteriach głosem cmentarnego wiatru. A bestia... Była tej nocy tak blisko, że mógł niemal spoglądać jej oczyma. Nie miał teraz szansy uciszyć jej zewu krwią...
Znajdował się daleko od miejsca, gdzie zgubił Justycariusza. Dłuższą chwilę kluczył, wykorzystując osłonę ciemności, upewniając się, że nikt już go nie ściga. Zmęczenie i głód zmusiły go w końcu do przyjęcia formy fizycznej. Biegł więc jeszcze jakiś czas, tak długo, jak był w stanie, oddalając się od pola walki. Energia wykradziona umarłemu Bogowi Wojny wyczerpywała się powoli. Zapach czerwieni na rękach doprowadzał niemal do szaleństwa. Zlizywał jej ślad ze skóry, lecz to nie pomagało. Właściwie, pogarszało tylko sytuacje. Nie potrafił jednak do końca się opanować. A może nie chciał, mając nadzieję, że w ten sposób uciszy pragnienie. Że oszuka bestię, chociaż na chwilę...
[center]

[/center]
Bezszelestnie dotarł na skraj lasu i znieruchomiał, przyglądając się kilku stojącym nieopodal budynkom. Był wykończony. Ekwilibrystyka, którą zmuszony był uprawiać, by utrzymać się na krawędzi normalności, wyczerpała niemal wszystkie jego zasoby psychiczne. Rozejrzał się, uświadamiając sobie, iż znajduje się na obrzeżach osiedla domków jednorodzinnych. Ulica była pusta i cicha, oświetlona jedynie przez nieliczne latarnie. Lecz nawet ich mdły blask, przesączający się przez ciemne szkła okularów, zdawał się Mordercy zbyt jaskrawy, wibrując nieprzyjemnie w zakończeniach nerwów. Większość willi, które mógł widzieć z miejsca, w którym się znajdował, robiła wrażenie cichych i opuszczonych. Ich okna ziały pustką, niczym oczy zmarłego, których nie zamknęła żadna litościwa ręka. Tylko jeden budynek wyróżniała zapalona przy tylnym wejściu lampka... Odruchowo oblizał wargi i wysunął kły. Światło oznaczało ludzi. Ludzie oznaczali krew. Niemal bez udziału świadomości, kierując się instynktem, zbliżył się ku domostwu, wykorzystując osłonę cieni i zwisających nisko, długowłosych konarów wierzby. Przeskoczył przez płot, nie czyniąc najmniejszego hałasu i przeciął ogródek na tyłach domu. Światło przy drzwiach zamigotało i zgasło. Zamek poddał się z cichym trzaskiem, który nie zdołał zaalarmować ani przebudzić nikogo. Zresztą, było już na to za późno...
[center]...[/center]
Zabił ich wszystkich. Całą czwórkę. Dzieci, śpiące na piętrowym łóżeczku w pokoju pomalowanym na wesoły, kanarkowy kolor, nie mogły mieć więcej niż osiem lat. Żadne z nich nie zdołało przebudzić się na tyle, aby odróżnić sen, od jego siostry - śmierci. Człowiecze iskry gasły szybko. Krzyki grzęzły w gardłach. Krew była słodka i aromatyczna. A głód nie pozostawiał żadnego wyboru...
[center]...[/center]
Zaciągnął ciała do salonu, którego ściany zdobiły obrazy przedstawiające wiatraki i szopy, wznoszące się nad ukwieconymi łąkami. Nie musiał martwić się, że poplami podłogę. Nie mieli już niczego w żyłach. Ułożył trupy na dywanie, na środku pomieszczenia i zaczął metodycznie opróżniać barek, wylewając zawartość butelek na zwłoki i stojącą obok kanapę. W powietrzu rozszedł się zapach drogiej whisky, burbonu i rumu, mieszając się z wonią lawendowej pasty do mebli.
Wiedział, że Akramath nie pochwaliłby tego, co zrobił. Silsila niechętnie, lecz jednak akceptował morderstwa. Oczywiście od czasu do czasu, wiedząc, że tylko w ten sposób można nakarmić Ciemność, gnieżdżącą się w żyłach jego wychowanka... Lecz mimo to, nie pochwalał zabijania ludzi z powodu krwi. To było sprzeczne z naukami Haqima, zbliżało do Niewiernych z Sabatu, polujących niczym zwierzęta... Z drugiej strony jednak Morderca był świadom, że nie miał innego wyjścia. Utrata kontroli nad bestią byłaby tysiąc razy gorsza i zgodnie z prawem Khabar stanowiła bluźnierstwo. Nie chciał nawet myśleć o tym, czego mógłby dopuścić się w tym stanie, pozbawionym wszelkich hamulców. Teraz, gdy udało mu się ugasić głód i znów mógł myśleć jasno, rozumiał, że wybrał najlepiej, jak mógł. I wiedział, że Silsila także zrozumie. Mimo to jednak, nie potrafił pozbyć się pewnego uczucia niesmaku. Tym razem zadawanie śmierci nie stanowiło sublimacji pragnień. Czuł się raczej jak rzeźnik. Wszystko stało się zbyt szybko, by mógł doświadczyć tego procesu w pełni. A teraz sprzątał jedynie resztki, pozostawione po uczcie bestii. Martwe kukiełki, strzaskane lustra...
Cofnął się kilka kroków. Zapalił znalezioną w jednej z sypialni zapalniczkę i rzucił na dywan. Płomień natychmiast rozszedł się wkoło, błękitną, eteryczną falą. Morderca odwrócił się szybko i wyszedł z domu. Zanim dotarł do ulicy, okna willi wypełniły się gorejącymi kwiatami ognia.
Uzupełniam krew. Leczę 1 obrażenie prawdziwe. Następnie kradnę jakiś byle jaki samochód i chcę się dostać do domu Atra-hasisa. Samochód parkuję kilka uliczek dalej oczywiście, by nie przyciągać niczyjej uwagi.