[center]Calli, Wieczór, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul
[/center]
Ehecatlem wysłuchał przemówienia gospodarza z należytą uwagą.
I pomyśleć, że to ta sama osoba, z którą polowałem na ptaszniki w dżungli i z którego piskliwego głosu śmiali się rówieśnicy.
Syn Słońca wiedział, że nie warto było próbować wszystkich potraw w większych ilościach - w takim przypadku dla nieszczęśnika uczta mogła się skończyć szybciej, niż by chciał. A poza tym pozostawała jeszcze kwestia taktu. Mimo to wiedział, że i tak straże będą tej nocy możliwie dyskretnie wyprowadzać część pijanych gości z komnaty.
Sama uczta nie wydawała się zbyt interesującym pomysłem dla paladyna, odciągała do wszak od medytacji i szlifowania fizycznych umiejętności. Wiedział jednak, że odmowa starszemu bratu w tej sytuacji mogłaby być bardzo kłopotliwa w skutkach, toteż spokojnie, choć z maskowanym znużeniem pozdrawiał kolejnych gości skinieniem głowy. Całe szczęście, że z nich dwóch to właśnie Ahtactl Maxcaill zajmował się polityką. Jaki jest sens sztucznego uśmiechania się i obietnic, niekoniecznie mających pokrycie w rzeczywistości?
Ciekawił go także powód, dla którego oroni An'harat chciał z nim pomówić. Wiedział jednak, iż musi być cierpliwy, by go poznać - etykieta rządziła się swoimi prawami, a większość spraw załatwiało się już po oficjalnej części uczty, kiedy wszelkie obrządki zostały wypełnione, a i uwaga części gości rozproszona alkoholem.
A zatem czekał...
PBF - W Mroku Oxanu
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
[center]Pałac An'harata, 13 Pani Trzcin (Ilaxo)[/center]
Uczta okazała się oszałamiającym dla alchemika przeżyciem, bo chociaż bywał on już wcześniej na biesiadach w posiadłościach bogatych Lenja'kare, kulinarny przepych w pałacu szlachetnego oroni wprawił Khema w prawdziwe uniesienie. Podawane przez służących potrawy powszechnie uchodziły za rarytasy niedostępne dla zwyczajnych śmiertelników. AjArdczyk postawił sobie za punkt honoru spróbowanie wszystkiego, co znalazło się w zasięgu jego rąk, chociaż dbał jednocześnie o konwenanse, a jego manierom nikt nie mógł niczego zarzucić!
Obtoczona w migdałowych płatkach modliszka wręcz rozpływała się w ustach. Czarnoskóry mężczyzna obmył leciutko zatłuszczone palce w miseczce z wodą, napił się złotego wina, po czym pozwolił łaskawie, by jeden ze służących podał mu roztaczające różaną woń jajo ghizzuaria.
Khem wiedział, że prędzej żołądek mu pęknie niż zdoła pomieścić wszystkie smakowitości szlacheckiego stołu, toteż umysł mężczyzny jął powoli rozważać możliwości wyniesienia przynajmniej niektórych rarytasów do domu i odłożenia rozkoszy ich konsumpcji na następny dzień.
Uczta okazała się oszałamiającym dla alchemika przeżyciem, bo chociaż bywał on już wcześniej na biesiadach w posiadłościach bogatych Lenja'kare, kulinarny przepych w pałacu szlachetnego oroni wprawił Khema w prawdziwe uniesienie. Podawane przez służących potrawy powszechnie uchodziły za rarytasy niedostępne dla zwyczajnych śmiertelników. AjArdczyk postawił sobie za punkt honoru spróbowanie wszystkiego, co znalazło się w zasięgu jego rąk, chociaż dbał jednocześnie o konwenanse, a jego manierom nikt nie mógł niczego zarzucić!
Obtoczona w migdałowych płatkach modliszka wręcz rozpływała się w ustach. Czarnoskóry mężczyzna obmył leciutko zatłuszczone palce w miseczce z wodą, napił się złotego wina, po czym pozwolił łaskawie, by jeden ze służących podał mu roztaczające różaną woń jajo ghizzuaria.
Khem wiedział, że prędzej żołądek mu pęknie niż zdoła pomieścić wszystkie smakowitości szlacheckiego stołu, toteż umysł mężczyzny jął powoli rozważać możliwości wyniesienia przynajmniej niektórych rarytasów do domu i odłożenia rozkoszy ich konsumpcji na następny dzień.
Kulinarna orgia trwa! Khem będzie próbował wszystkiego, co TatTvamAsi mu poda! 
Ostatnio zmieniony 22 marca 2016, 21:38 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Calli, Wieczór, 13 Pani Trzcin (Ilaxo), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Zyanya opuściła dzielnicę świątynną i udała się na ucztę do domu Oroni. Czuła na sobie lekki wiatr, który zabłąkał się wśród krętych uliczek, a do jej nozdrzy doleciał łagodny i słodki zapach Cenyohual - Nocnych Lilii. Nie miała na sobie żadnych ozdób, a jej ciało pokrywała czarna, skromna szata z głębokim kapturem i szerokimi rękawami, pod którymi ukrywała przymioty swojej rasy przed oczami przypadkowych przechodniów. Wielu wciąż reagowało panicznym strachem na widok Ixari. Pod spodem szaty widać było piękną lecz równie skromną suknię, odsłaniającą białą szyję i dekolt dziewczyny. Czarny, lejący się materiał podkreślał zgrabnie jej kobiece kształty, opinając dokładnie biust i talię. Od bioder zaś suknia rozszerzała się nagle, a zwoje czarnego materiału spływały w dół kaskadami. Przez swój wysoki wzrost i piękną sylwetkę, Zyanya wyglądała jak dumny, alabastrowy posąg odziany w obsydian nocy. Skręciła. Jej myśli znów zwróciły się ku wydarzeniom dnia dzisiejszego. Zaledwie kilka oddechów, kilka uderzeń serca, a tak wiele się zmieniło...
[center]***[/center]
Po audiencji u najwyższej kapłanki poszła odszukać swoją przełożoną. Jej pokój znajdował się na drugim piętrze, a prowadził doń przestronny korytarz okolony filarami dzielącymi przestrzeń na trzy osobne nawy. Między czarnymi kolumnami znajdowały się płytkie nisze, w których tliły się delikatne ogniki magicznych kryształów - jedyne źródła światła w przybytku Pani Ciemności i Ciszy. Od bocznych naw odchodziły liczne drzwi i przejścia przesłonięte grubymi zasłonami z całkowicie czarnego atłasu. Przebyła pospiesznie długi korytarz, znajdując się u drzwi do niewielkiej komnaty jej Ixlanii. Niewielki pokój urządzony był skromnie, lecz z prawdziwym gustem. Nieliczne umeblowanie wykuto z czarnego kamienia: okrągły stolik, na którym znajdował się równie czarny wazon zawierający świeże kwiaty, obok srebrzył się dzban na wodę oraz niewielka, gliniana lecz pięknie zdobiona czarka. Łoże zaścielone było wielowarstwową, czarną materią - całkowicie gładką jak większość elementów otoczenia. Całe pomieszczenie oświetlało ledwie wątłe światło dostające się przez niewielkie okno, znajdujące się niemalże pod samym sufitem. W chłodnym półmroku komnaty zobaczyła swoją przełożoną - Ain'saarę. Kobieta była dość drobnej budowy. Jej jasno miedziana skóra odcinała się od czerni szaty, oraz draperii upiętej na głowie, spływającej jedwabną kaskadą na kruczoczarne włosy. Twarz mimo, że wciąż tak młoda, odznaczała się pewną surowością, charakterystyczną dla kobiet, które nie jedno już w życiu przeszły i posiadały właściwą sobie determinację. Duże, ciemne oczy lśniły szkliście, a ostry nos oraz czerń zdobionych pojedynczymi piórami szat upodabniały kapłankę do rzadko spotykanych ptaków Navikarru - posępnych, padlinożernych zwierząt kołujących wysoko między szczytami gór. Zyanya skłoniła się lekko przed nauczycielką i rzekła:
- Ain'saara, Axcan Amnantl powiedziała mi o mej szlachetnej misji ku chwale Matki. Poleciła również by zgłosić się do ciebie po dalsze instrukcje - po czym spuściła głowę czekając w cieszy na odpowiedź przełożonej.
Chuda kobieta przyjrzała się przeciągle hieroduli, po czym ozwała się suchym głosem:
- Widzę, że nie muszę nic więcej dodawać, aby uzmysłowić powagę przydzielonego ci zadania. Udasz się do pałacu oroni An'harata za raz o zmierzchu. Znajduje się on na północnym zachodzie dzielnicy Aruan, niemalże tuż przy Hool'ahutl. Budynek jest olbrzymi, więc ni powinnaś go przeoczyć. Stoi przy ulicy Karmazynowego Kwiatu 8.
Przygryzła cienką wargę a jej kościste palce zacisnęły się na ramach siedziska:
- Jest jeszcze jedna rzecz. Na uczcie pojawi się uczeń maga Ixhti'nauhitla. Możliwe, że jest ci znajomy. Wiele razy gościł w tej świątyni. Ma na imię... - zmarszczyła cienkie brwi próbując sobie przypomnieć tak zdałoby się błahą rzecz jak miano ucznia jednego spośród Alinur - Mezixtlii, Mezauxtli... - pokręciła okoloną czarną chustą głową jakby chciała przegonić niechcianą myśl. Po czym kontynuowała:
- Nieważne. W każdym razie, jego mistrz zobowiązał się pomóc w odnalezieniu zwojów i tego, kto za tym stoi... Oroni ma co do tego pewne podejrzenia i informacje, którymi może się przysłużyć. Rozmów się z nim. Obserwuj też bacznie otoczenie, a nie będziesz miała problemów ze znalezieniem się na uczcie. Bywałaś już nie raz w domach możnych, sądzę, że i teraz sobie poradzisz... Nie będzie to trudne. Czy masz jeszcze jakieś pytania?
- Nie, Ixlanii, dziękuję.
Przełożona poleciła jej się oddalić, obdarzając wpierw błogosławieństwem Bogini.
[center]***[/center]
Nim się obejrzała, była już przy wrotach prowadzących do ogrodu szlacheckiego domu. Bogaty zapach egzotycznych potraw dochodzących z domu i kwiatów z ogrodu, wraz z niekłamanym pięknem wystawnej rezydencji, tworzył przebogatą ucztę dla zmysłów. Tuż u progu natknęła się na maga, o którym wspominała przełożona. Wydawał się na lekko nieobecnego - zatopionego na wpół w świecie snów. Już od momentu przekroczenia wejścia, Hierodula zauważyła, że młodzieniec raczej rzadko bywał na salonach. Jako, że służył jak i ona Wielkiej Matce, nie mogła pozwolić by, niech ciemność nocy nas od tego uchroni, popełnił jakieś głupstwo. Trzymała się więc blisko młodego maga, bacznie obserwując jego zachowanie. Na szczęście, prócz sennego spojrzenia i widocznego roztargnienia, zdawał się pamiętać o podstawach.
Odetchnąwszy na tę myśl rozejrzała się już swobodnie wokoło. Sala wypełniona była po brzegi kolorem, przepychem i dźwiękiem. Czarne sale w świątyni Matki mogłyby się zdawać jakimś marnym schronieniem żebraka, gdyby porównać je do ociekającego złotem i girlandami kwiatów domu oroni. Zewsząd dochodziły głosy zachwytu i pochwał dla gustu Ahtactl Maxcaill An'harata i jego bogactw. Zyanyi jednak wszystko po chwili zdało się szkaradne. Nic nie było piękniejsze od czarnych oczu Matki, spoglądających na nią w ciszy z otchłani. Wiedziała, że wszystko inne było odbitym światłem iluzji. Tak, światło... Wszech panująca jasność świec i złota łapiącego jej płomyki, oślepiała jej oczy. Gdy tylko więc dopełniła wszelkich grzeczności, z ulgą osunęła się na wyznaczone sobie miejsce. Zasunęła głębiej czarny kaptur i zacisnęła w bólu oczy. Zapach potraw drażnił jej nozdrza. Nie miała jednak na razie ochoty niczego próbować. Głośnie dźwięki muzyki i dysharmonia głosów gości drażniły jej uszy przyzwyczajone do ciszy. Musiała przyzwyczaić swoje zmysły do zgiełku panującego zawsze wokół dzieci Holis. Już po drugi raz tego dnia...
[center]
[/center]
Zyanya opuściła dzielnicę świątynną i udała się na ucztę do domu Oroni. Czuła na sobie lekki wiatr, który zabłąkał się wśród krętych uliczek, a do jej nozdrzy doleciał łagodny i słodki zapach Cenyohual - Nocnych Lilii. Nie miała na sobie żadnych ozdób, a jej ciało pokrywała czarna, skromna szata z głębokim kapturem i szerokimi rękawami, pod którymi ukrywała przymioty swojej rasy przed oczami przypadkowych przechodniów. Wielu wciąż reagowało panicznym strachem na widok Ixari. Pod spodem szaty widać było piękną lecz równie skromną suknię, odsłaniającą białą szyję i dekolt dziewczyny. Czarny, lejący się materiał podkreślał zgrabnie jej kobiece kształty, opinając dokładnie biust i talię. Od bioder zaś suknia rozszerzała się nagle, a zwoje czarnego materiału spływały w dół kaskadami. Przez swój wysoki wzrost i piękną sylwetkę, Zyanya wyglądała jak dumny, alabastrowy posąg odziany w obsydian nocy. Skręciła. Jej myśli znów zwróciły się ku wydarzeniom dnia dzisiejszego. Zaledwie kilka oddechów, kilka uderzeń serca, a tak wiele się zmieniło...
[center]***[/center]
Po audiencji u najwyższej kapłanki poszła odszukać swoją przełożoną. Jej pokój znajdował się na drugim piętrze, a prowadził doń przestronny korytarz okolony filarami dzielącymi przestrzeń na trzy osobne nawy. Między czarnymi kolumnami znajdowały się płytkie nisze, w których tliły się delikatne ogniki magicznych kryształów - jedyne źródła światła w przybytku Pani Ciemności i Ciszy. Od bocznych naw odchodziły liczne drzwi i przejścia przesłonięte grubymi zasłonami z całkowicie czarnego atłasu. Przebyła pospiesznie długi korytarz, znajdując się u drzwi do niewielkiej komnaty jej Ixlanii. Niewielki pokój urządzony był skromnie, lecz z prawdziwym gustem. Nieliczne umeblowanie wykuto z czarnego kamienia: okrągły stolik, na którym znajdował się równie czarny wazon zawierający świeże kwiaty, obok srebrzył się dzban na wodę oraz niewielka, gliniana lecz pięknie zdobiona czarka. Łoże zaścielone było wielowarstwową, czarną materią - całkowicie gładką jak większość elementów otoczenia. Całe pomieszczenie oświetlało ledwie wątłe światło dostające się przez niewielkie okno, znajdujące się niemalże pod samym sufitem. W chłodnym półmroku komnaty zobaczyła swoją przełożoną - Ain'saarę. Kobieta była dość drobnej budowy. Jej jasno miedziana skóra odcinała się od czerni szaty, oraz draperii upiętej na głowie, spływającej jedwabną kaskadą na kruczoczarne włosy. Twarz mimo, że wciąż tak młoda, odznaczała się pewną surowością, charakterystyczną dla kobiet, które nie jedno już w życiu przeszły i posiadały właściwą sobie determinację. Duże, ciemne oczy lśniły szkliście, a ostry nos oraz czerń zdobionych pojedynczymi piórami szat upodabniały kapłankę do rzadko spotykanych ptaków Navikarru - posępnych, padlinożernych zwierząt kołujących wysoko między szczytami gór. Zyanya skłoniła się lekko przed nauczycielką i rzekła:
- Ain'saara, Axcan Amnantl powiedziała mi o mej szlachetnej misji ku chwale Matki. Poleciła również by zgłosić się do ciebie po dalsze instrukcje - po czym spuściła głowę czekając w cieszy na odpowiedź przełożonej.
Chuda kobieta przyjrzała się przeciągle hieroduli, po czym ozwała się suchym głosem:
- Widzę, że nie muszę nic więcej dodawać, aby uzmysłowić powagę przydzielonego ci zadania. Udasz się do pałacu oroni An'harata za raz o zmierzchu. Znajduje się on na północnym zachodzie dzielnicy Aruan, niemalże tuż przy Hool'ahutl. Budynek jest olbrzymi, więc ni powinnaś go przeoczyć. Stoi przy ulicy Karmazynowego Kwiatu 8.
Przygryzła cienką wargę a jej kościste palce zacisnęły się na ramach siedziska:
- Jest jeszcze jedna rzecz. Na uczcie pojawi się uczeń maga Ixhti'nauhitla. Możliwe, że jest ci znajomy. Wiele razy gościł w tej świątyni. Ma na imię... - zmarszczyła cienkie brwi próbując sobie przypomnieć tak zdałoby się błahą rzecz jak miano ucznia jednego spośród Alinur - Mezixtlii, Mezauxtli... - pokręciła okoloną czarną chustą głową jakby chciała przegonić niechcianą myśl. Po czym kontynuowała:
- Nieważne. W każdym razie, jego mistrz zobowiązał się pomóc w odnalezieniu zwojów i tego, kto za tym stoi... Oroni ma co do tego pewne podejrzenia i informacje, którymi może się przysłużyć. Rozmów się z nim. Obserwuj też bacznie otoczenie, a nie będziesz miała problemów ze znalezieniem się na uczcie. Bywałaś już nie raz w domach możnych, sądzę, że i teraz sobie poradzisz... Nie będzie to trudne. Czy masz jeszcze jakieś pytania?
- Nie, Ixlanii, dziękuję.
Przełożona poleciła jej się oddalić, obdarzając wpierw błogosławieństwem Bogini.
[center]***[/center]
Nim się obejrzała, była już przy wrotach prowadzących do ogrodu szlacheckiego domu. Bogaty zapach egzotycznych potraw dochodzących z domu i kwiatów z ogrodu, wraz z niekłamanym pięknem wystawnej rezydencji, tworzył przebogatą ucztę dla zmysłów. Tuż u progu natknęła się na maga, o którym wspominała przełożona. Wydawał się na lekko nieobecnego - zatopionego na wpół w świecie snów. Już od momentu przekroczenia wejścia, Hierodula zauważyła, że młodzieniec raczej rzadko bywał na salonach. Jako, że służył jak i ona Wielkiej Matce, nie mogła pozwolić by, niech ciemność nocy nas od tego uchroni, popełnił jakieś głupstwo. Trzymała się więc blisko młodego maga, bacznie obserwując jego zachowanie. Na szczęście, prócz sennego spojrzenia i widocznego roztargnienia, zdawał się pamiętać o podstawach.
Odetchnąwszy na tę myśl rozejrzała się już swobodnie wokoło. Sala wypełniona była po brzegi kolorem, przepychem i dźwiękiem. Czarne sale w świątyni Matki mogłyby się zdawać jakimś marnym schronieniem żebraka, gdyby porównać je do ociekającego złotem i girlandami kwiatów domu oroni. Zewsząd dochodziły głosy zachwytu i pochwał dla gustu Ahtactl Maxcaill An'harata i jego bogactw. Zyanyi jednak wszystko po chwili zdało się szkaradne. Nic nie było piękniejsze od czarnych oczu Matki, spoglądających na nią w ciszy z otchłani. Wiedziała, że wszystko inne było odbitym światłem iluzji. Tak, światło... Wszech panująca jasność świec i złota łapiącego jej płomyki, oślepiała jej oczy. Gdy tylko więc dopełniła wszelkich grzeczności, z ulgą osunęła się na wyznaczone sobie miejsce. Zasunęła głębiej czarny kaptur i zacisnęła w bólu oczy. Zapach potraw drażnił jej nozdrza. Nie miała jednak na razie ochoty niczego próbować. Głośnie dźwięki muzyki i dysharmonia głosów gości drażniły jej uszy przyzwyczajone do ciszy. Musiała przyzwyczaić swoje zmysły do zgiełku panującego zawsze wokół dzieci Holis. Już po drugi raz tego dnia...
[center]
[/center]
Post napisany z TatTvamAsi
Ostatnio zmieniony 29 marca 2016, 17:21 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft