-Niech to, ciągle ktoś a to w coś wpada, a to skądś spada. Przecenilem widać swój wzrok i zręczność, no i skąd mieliśmy wiedzieć że tu jest aż tak stromo? Nadszarpnieta dumą bolała bardziej niż poobijane, zresztą wcale nie poważnie ciało.
Skupił się na otoczeniu, żeby ukryć zmieszane, oraz dlatego, że było one dość specyficzne i budziło one w nim dziwne odczucia. Wszystko tu zdawało się (i raczej takie bylo, sądząc na pierwszy rzut oka) całkowicie martwe. A to nie było naturalne, coś tu musiało się wydarzyć niepokojącego. Otworzył się mentalnie na bodźce płynące z zewnątrz, choć jego duch się wzbranial i po chwili miał już z grubsza obraz tego co tu kiedyś zaszło.
- Tak, to działania magiczne doprowadziły to miejsce do ruiny. Nie mam pojęcia jakie, lecz wydaje mi się ze musiała tu nastąpić katastrofa. To nie był zwykły ogień, a duchowy, eteryczny- który wypala, niszczy wszystko, a pozostawia jedynie formę. To, to...potworne co tu się stało. To miejsce jest martwe doszczetnie. Wojna magów? Czyżby Harmoniusz się do tego przyczynił?
PBF: DrecarE - Cienie na Śniegu
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Grupa Norlaug, Tańczący, Vidgar
Tańczący roześmiał się na słowa Vidgara, biorąc je za żart. Kiedy jednak po minie młodzieńca rozeznał się, że ten mówił poważnie, przestał się śmiać i tylko wpatrywał mu się w oczy, szukając właściwych słów.
- Żmij lodowy ci na mózg uwiera - wymruczał w końcu przez zaciśnięte zęby, nie kryjąc złości, lecz nie znajdując lepszej riposty. Podszedł do omawianego zwierzęcia i trącił je łapą, wskazując odpowiednie miejsce.
- Więc jeszcze raz, po kolei. Ten znak, to przecież wypalone znamię. Nie sposób pomylić tego z zaschniętą krwią. W dodatku rozejrzyj się, każde z tych zwierząt ma takie. Nie mają oporządzenia, bo te z tego co pamiętam wisi w stajni w obozie. - mówił powoli i dobitnie. Jednak ton jego głosu wyraźnie sugerował, iż wylkołek wie że ma rację.
Podszedł do truchła które podsunęło mu myśl o trollach. Ponownie łapą wskazał o co mu chodzi.
- A ten tutaj jest wyraźnie nadtopiony. Zupełnie jakby dostał trollą juchą. Ten twój żmij lodowy też tak ma? - zapytał przekornie, prychając na końcu zdania.
- Po mojemu to zwierzęta wyprawy Vestaina. Nie wiem do końca co tutaj robią, przypuszczam jednak, że uciekły z obozu, pewnie podczas ataku wilczośpiewców. Dlatego nie mają nic na sobie. Zostajemy przy tej wersji, czy macie jeszcze jakieś ciekawe spostrzeżenia? - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Po trochę z chęci przekomarzania się, po trochę, bo naprawdę rozbawiły go ich pomysły.
Tańczący roześmiał się na słowa Vidgara, biorąc je za żart. Kiedy jednak po minie młodzieńca rozeznał się, że ten mówił poważnie, przestał się śmiać i tylko wpatrywał mu się w oczy, szukając właściwych słów.
- Żmij lodowy ci na mózg uwiera - wymruczał w końcu przez zaciśnięte zęby, nie kryjąc złości, lecz nie znajdując lepszej riposty. Podszedł do omawianego zwierzęcia i trącił je łapą, wskazując odpowiednie miejsce.
- Więc jeszcze raz, po kolei. Ten znak, to przecież wypalone znamię. Nie sposób pomylić tego z zaschniętą krwią. W dodatku rozejrzyj się, każde z tych zwierząt ma takie. Nie mają oporządzenia, bo te z tego co pamiętam wisi w stajni w obozie. - mówił powoli i dobitnie. Jednak ton jego głosu wyraźnie sugerował, iż wylkołek wie że ma rację.
Podszedł do truchła które podsunęło mu myśl o trollach. Ponownie łapą wskazał o co mu chodzi.
- A ten tutaj jest wyraźnie nadtopiony. Zupełnie jakby dostał trollą juchą. Ten twój żmij lodowy też tak ma? - zapytał przekornie, prychając na końcu zdania.
- Po mojemu to zwierzęta wyprawy Vestaina. Nie wiem do końca co tutaj robią, przypuszczam jednak, że uciekły z obozu, pewnie podczas ataku wilczośpiewców. Dlatego nie mają nic na sobie. Zostajemy przy tej wersji, czy macie jeszcze jakieś ciekawe spostrzeżenia? - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Po trochę z chęci przekomarzania się, po trochę, bo naprawdę rozbawiły go ich pomysły.
[center]Grupa Vidgara, Wilcze Pustkowia, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
Vidgar pochylił się nad znakiem, wskazanym przez Wyłkołka. Nie było wątpliwości, iż jest to wypalony symbol jakiejś stajni. Podniósł głowę i spojrzał na wilczarza, chcąc jakoś skomentować ten fakt, gdy nagle śnieżną pustynię przebiegło dziwne drżenie. Wszyscy usłyszeli trzask pękającego lodu, a powierzchnia, na której spoczywały szczątki khas, wybrzuszyła się nagle, jakby pchana od spodu jakąś potężną siłą. Przymarznięte do niej truchła leżały nadal nieruchomo, choć wznoszące się podłoże nadało im karykaturalnego pozoru życia. Wkrótce lód pokrył się siecią pęknięć, z których trysnęły słupy pary...
[center]Grupa Vilberga, Dolina Mgieł, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
- Hej! - wołał dalej Vilberg, nie mogąc doczekać się odpowiedzi. - Olaf! Synu! Nic ci nie jest?
Po chwili usłyszeli szelest kamyków, osuwających się po skarpie za ich plecami, co dowodziło, iż stary korsarz nie doczekawszy się odpowiedzi, ruszył w dół zbocza. Obaj poszukiwacze rozejrzeli się wkoło. Między drzewami nie było mgły a powietrze zdawało się wilgotne i ciepłe. Kyariel ściągnął kaptur z głowy a Olaf rozpiął kurtę. Opar tworzył się wyżej, w miejscu, gdzie gorące powietrze stykało się z zimnem Wilczych Pustkowi. Stąd dostrzegali go jedynie jako biały obłok, w którym ginęły korony drzew. Ziemia była rozmiękła i czarna. Ciszy nie zakłócał żaden szelest, ni głos ptaka, tylko klekot martwych gałęzi i ponure poskrzypywanie wpół zbutwiałych drzew. Gdzieniegdzie, między czarnymi, martwymi pniami dostrzegali rozlewiska stojącej wody: ciemne, pokryte zielonkawo-sinym nalotem. Alfr rozejrzał się wkoło, oceniając zniszczenia do jakich przyczyniła się magiczna eksplozja. Z pewnością kiedyś było to piękne miejsce, przepełnione życiem i pełne zieleni. I nawet Olaf nie mógł się pozbyć pewnego uczucia żalu, na myśl o tej kwitnącej enklawie, która teraz przypominała jeno upiorną Gardziel Oha'lna.*
W końcu potężne sapanie i kilka stłumionych przekleństw dowiodły, że Vilberg zszedł na dół. Zdyszany korsarz ujrzał obu zaginionych i kulejąc lekko pospieszył ku nim.
- Na Aurena, martwiłem się! - wypalił. - Olaf, nic ci nie jest, chłopcze?
Poklepał syna po ramieniu obrzucając go uważnym spojrzeniem.
- Nie ojcze, to tylko powierzchowne zadrapania...
Olaf nie skończył, gdyż pięść Vilberga trzasneła go nagle w pierś i posłała między pleśniejące liście.
- Na lodowe demony! Myślałem, że ci chociaż mowę odjęło! Toś nie mógł odkrzyknąć jak wołałem z góry? Martwiłem się, coby wam się nic nie stało, a wyście tu stali niemo jak pnie?
Przywódca wyprawy obrzucił dwójkę młodzieńców groźnym spojrzeniem, a wąsy zjeżyły mu się ze zdenerwowania.
Vidgar pochylił się nad znakiem, wskazanym przez Wyłkołka. Nie było wątpliwości, iż jest to wypalony symbol jakiejś stajni. Podniósł głowę i spojrzał na wilczarza, chcąc jakoś skomentować ten fakt, gdy nagle śnieżną pustynię przebiegło dziwne drżenie. Wszyscy usłyszeli trzask pękającego lodu, a powierzchnia, na której spoczywały szczątki khas, wybrzuszyła się nagle, jakby pchana od spodu jakąś potężną siłą. Przymarznięte do niej truchła leżały nadal nieruchomo, choć wznoszące się podłoże nadało im karykaturalnego pozoru życia. Wkrótce lód pokrył się siecią pęknięć, z których trysnęły słupy pary...
Ekipa Vidgara: czyli Norlaug, Tańczący i Vidgar - lód przed wami i pod wami pęka i wybrzusza się. Proszę o deklarację działań!
[center]***[/center][center]Grupa Vilberga, Dolina Mgieł, 7 zmroczec (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
- Hej! - wołał dalej Vilberg, nie mogąc doczekać się odpowiedzi. - Olaf! Synu! Nic ci nie jest?
Po chwili usłyszeli szelest kamyków, osuwających się po skarpie za ich plecami, co dowodziło, iż stary korsarz nie doczekawszy się odpowiedzi, ruszył w dół zbocza. Obaj poszukiwacze rozejrzeli się wkoło. Między drzewami nie było mgły a powietrze zdawało się wilgotne i ciepłe. Kyariel ściągnął kaptur z głowy a Olaf rozpiął kurtę. Opar tworzył się wyżej, w miejscu, gdzie gorące powietrze stykało się z zimnem Wilczych Pustkowi. Stąd dostrzegali go jedynie jako biały obłok, w którym ginęły korony drzew. Ziemia była rozmiękła i czarna. Ciszy nie zakłócał żaden szelest, ni głos ptaka, tylko klekot martwych gałęzi i ponure poskrzypywanie wpół zbutwiałych drzew. Gdzieniegdzie, między czarnymi, martwymi pniami dostrzegali rozlewiska stojącej wody: ciemne, pokryte zielonkawo-sinym nalotem. Alfr rozejrzał się wkoło, oceniając zniszczenia do jakich przyczyniła się magiczna eksplozja. Z pewnością kiedyś było to piękne miejsce, przepełnione życiem i pełne zieleni. I nawet Olaf nie mógł się pozbyć pewnego uczucia żalu, na myśl o tej kwitnącej enklawie, która teraz przypominała jeno upiorną Gardziel Oha'lna.*
W końcu potężne sapanie i kilka stłumionych przekleństw dowiodły, że Vilberg zszedł na dół. Zdyszany korsarz ujrzał obu zaginionych i kulejąc lekko pospieszył ku nim.
- Na Aurena, martwiłem się! - wypalił. - Olaf, nic ci nie jest, chłopcze?
Poklepał syna po ramieniu obrzucając go uważnym spojrzeniem.
- Nie ojcze, to tylko powierzchowne zadrapania...
Olaf nie skończył, gdyż pięść Vilberga trzasneła go nagle w pierś i posłała między pleśniejące liście.
- Na lodowe demony! Myślałem, że ci chociaż mowę odjęło! Toś nie mógł odkrzyknąć jak wołałem z góry? Martwiłem się, coby wam się nic nie stało, a wyście tu stali niemo jak pnie?
Przywódca wyprawy obrzucił dwójkę młodzieńców groźnym spojrzeniem, a wąsy zjeżyły mu się ze zdenerwowania.
Dla Olafa: Cios, którym obdarzył się ojciec nie zadał żadnych obrażeń, a tylko przewrócił Cię na liście. Generalnie był to wychowawczy kuksaniec, obliczony na to byś nie ignorował rodziciela, a nie prawdziwe uderzenie.
Vilberg jest najwyraźniej zirytowany faktem, że zignorowaliście jego wołania i nie daliście mu znaku życia. Czujecie się trochę głupio w tej sytuacji.
*Gardziel Oha'lna - Nawiedzone bagniska, ponure i zamglone, znajdujące się w Kruczym Lesie. Generalnie nie cieszą się one dobrą opinią.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
Wiedźma szybko odskoczyła od czegoś, co najprawdopodobniej było skrytym pod lodem gejzerem. A może czymś całkowicie innym?
A niech to szlag! Co to może być? Znowu jakiś maszkaron z wnętrza ziemi, któremu brzuszysko przymarzło do kręgosłupa? A nie... miały być tu jakieś gorące źródła. Nic to, trzeba działać!
Wyciągnęła topór - mógł się zawsze przydać i znaleźć się na przykład w czaszce wychodzącego spod ziemi ohydztwa. Albo mógł pozbawić go kończyny lub macki. A zawsze jeśli ziemia miałaby się rozstąpić, może dałoby się jakoś wbić w ziemię powstrzymując ostry lot ślizgowy w dół gejzeru. Nie ryzykując utraty zdrowia na upadek z dużej wysokości założyła dookoła siebie lodową aurę, która po chwili otoczyła ją swym mroźnym, błękitnym światłem.
A niech to szlag! Co to może być? Znowu jakiś maszkaron z wnętrza ziemi, któremu brzuszysko przymarzło do kręgosłupa? A nie... miały być tu jakieś gorące źródła. Nic to, trzeba działać!
Wyciągnęła topór - mógł się zawsze przydać i znaleźć się na przykład w czaszce wychodzącego spod ziemi ohydztwa. Albo mógł pozbawić go kończyny lub macki. A zawsze jeśli ziemia miałaby się rozstąpić, może dałoby się jakoś wbić w ziemię powstrzymując ostry lot ślizgowy w dół gejzeru. Nie ryzykując utraty zdrowia na upadek z dużej wysokości założyła dookoła siebie lodową aurę, która po chwili otoczyła ją swym mroźnym, błękitnym światłem.
Czarownica odskakuje z dala od tych pęknięć i przygotowuje się, jeśli ze szczeliny miałoby coś wyleźć. Chwyta też toporek do rzucania - w razie czego wbije go w lód żeby się jakoś zaprzeć, lub rzuci w to co miałoby wyjść spod warstwy lodu i śniegu. Zakłada też lodową aurę.
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Wylkołek zawarczał groźnie widząc rosnące pęknięcia na drżącym podłożu. Po chwili jednak dotarło do niego, że jak groźnym by nie uczynił swego warczenia, to nie jest tego rodzaju zagrożenie, które przejmie się tym w jakikolwiek sposób. Warczenie zamienił więc na przebieranie łapami i odbiegł na bezpieczną wedle siebie odległość, przyjmując postawę pełną gotowości. Na zgiętych łapach obserwował słupy pary strzelające w niebo i nie był pewien czy szykować się do ucieczki czy do ataku. Nie wiedział też czy to ciepło bijące od tajemniczej szczeliny, czy zwyczajnie adrenalina, ale chłód tak wytrwale im towarzyszący zniknął gdzieś bez śladu, a Tańczący był naprawdę bliski stwierdzeniu, że po prostu mu gorąco.
Badam też czy inni odsuną się dostatecznie daleko (i drę do nich mordę jeśli uznam, że nie). Sam oddalam się na nie mniej niż 10 jednak nie więcej niż 15 metrów od miejsca gdzie lód się otworzył.