PBF - Charleston by Night

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 29 stycznia 2016, 18:33

WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Słuchający dziwacznego monologu Świra Morderca w pewnym momencie drgnął niezauważalnie. Podniósł głowę i spojrzał na Terrego za ciemnych szkieł, a jego ręce błyskawicznie złożyły mozaikę metalowych części w złowróżbny kształt Desert Eagle. Broń zniknęła po chwili pod kurtką. Assamita poczekał, aż Malkavianin dokończy, po czym odezwał się:

- Istanna.* Skąd znasz to określenie? - zapytał podejrzanie spokojnie. Terry nie mógł jednak nie zauważyć, iż dłoń Mordercy opadła na pas, niebezpiecznie blisko rękojeści zakrzywionego sztyletu. Świr zamrugał gwałtownie, pytanie najwyraźniej wybiło go z rytmu.

- Jakie określenie? - zapytał niewinnie.

- Czerń Alamut... - odparł powoli Assamita. Wydawało się, że w całej jego sylwetce niepostrzeżenie zaczęło narastać jakieś napięcie, niczym u dzikiego kota, który płynnie przeszedł od stanu rozleniwionej drzemki do pobudzenia i zastanawia się właśnie komu rozerwać gardło...

- To taki rodzaj haszyszu, Atrahasis go lubił - uśmiechnął się Terry.

- Shoo?** Skąd wiesz? - pytania nadal były spokojne. Zbyt spokojne. Choć Malkavianina wydawał się zupełnie tego nie zauważać.

- Od mojego nauczyciela. opowiedział mi o tym w jaki sposób i z czego go zażywał AtraHasis. A dlaczego, to jakiś sekret?

Namtar nie odpowiedział. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzył na Terrego bez ruchu. Wreszcie przekrzywił głowę, w ten swój charakterystyczny sposób, przywodzący na myśl węża lub murenę i zapytał:

- Coś jeszcze ci mówił na temat mojego Klanu?

- Nie powiedział mi nic na temat twojego klanu, chyba ze ten haszysz ma coś z wami wspólnego - odrzekł Terry z uśmiechem. - Ale powiedział mi coś o tobie. powiedział ze nie jesteś tu przypadkiem, i ze musisz również podążać ku swemu przeznaczeniu. I to prawda, wczoraj to udowodniłeś. Dzięki ci za to po stokroć. i powiedział mi jeszcze, że jesteś efektem podjętych decyzji, ale nie wiem jeszcze co to oznacza.

Na wzmiankę o podjętych decyzjach, sylwetka Mordercy wyraźnie stężała, a jego palce zacisnęły się na rękojeści khanjar.

- Naprawdę? - wycedził przez zęby. Powietrze w garażu stało się nagle dziwnie gęste. - A powiedział ci, przez kogo?

- Nie. Tylko tyle co powiedziałem. Ale to już wiedziałem. Znaczy, że nie jesteś tu przypadkiem i że masz Świetliste Przeznaczenie, Duchu z Otchłani. Co do reszty musimy poczekać. Jego słowa zawsze są Prawdziwe i niosą w sobie Mądrość. Ale czasami trzeba poczekać, żeby je zrozumieć.

Mówiąc to Terry nadal uśmiechał się przyjaźnie, przywodząc na myśl barwnego ptaszka, który nieświadom zagrożenia, zagląda właśnie do paszczy krokodyla. Przez chwilę wydawało się, że krokodyl zamknie szczęki. Błyśnie stal, poleje się krew, zgaśnie kolejne życie. A potem... Morderca po prostu opuścił rękę. Popatrzył jeszcze przez chwilę na Terrego, potrząsnął głową i mruknąwszy coś po arabsku, sięgnął po sajperkę, aby i ją wyczyścić.
Post pisany z Fratterem Terrym.
* arab. Poczekaj.
** arab. Co?
Ostatnio zmieniony 30 stycznia 2016, 14:25 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 01 lutego 2016, 03:12

WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Lasombra wciąż podpierała się plecami o limuzynę przeżywając swoje światopoglądowe i moralne rozterki, gdy nagle Terry zaczął zachowywać się jakoś dziwnie. Twarz stężała mu w grymasie zdziwienia, a ciało zastygło w bezruchu. Zdecydowanie był w transie. Wyglądał w sumie dość zabawnie, jakby odebrał ważny telefon, tyle że nadawca siedział tak jakby w jego własnej głowie. Słyszała o dziwactwach Malkavian. Widziała swojego towarzysza w podobnych sytuacjach, ale chyba nigdy nie przyglądała się mu dokładnie w tym stanie. Dreszcz przebiegł po jej ciele. Ileż to niepojętych tajemnic niosła w sobie przeklęta krew kainitów?

Powyrywane z kontekstu zdania świra zawierały jednak intrygujące informację. Zmrużyła więc oczy i przybliżyła się do niego słuchając uważnie... Z kim on na wszystkich bogów rozmawiał? I jak? Elizjum dla Starszych? Czyim pionkiem? Nasz Czerwony Mędrzec? Jaka gra? Kruki? Przyglądała się mu w skupieniu próbując odgadnąć sens jego wypowiedzi...

W końcu nieodgadniony dotyk szaleństwa opuścił już swe dziecię i Terry przemówił w pełnych, sensownych zdaniach. Lasombra znowu spięła się w środku na informację o Grze starszych i pozycji koterii w tej sytuacji. Jak ktoś miał czelność wykorzystywać ją i kontrolować jej działania? I To Nawet On? Jej przyjaciel? I Jak to tak po prostu zastąpić ich przez kogoś innego, jak jakiegoś byle kogoś? Przecież zostali wybrani? Przecież byli ważni! Ona była ważna! Ona, z klanu Lasombra! Już nabierała w płuca powietrza by odpowiedzieć coś, gdy...

Gdzieś podświadomie wiedziała, ze Terry miał racje... Zdała sobie sprawę, że wiedziała już o tym wcześniej. Te sytuacje i zdarzenia jakie ich spotykały... wszystko układało się we wzór. Czuła, że jest to czyjaś układanka i nie raz wspominała już o tym na głos koterii, jednak odmawiała sobie pełnego zaakceptowania tej myśli. To, że rzeczywiście mogło tak być, doprowadzało ją do czystej furii. Nie chciała jednak manifestować więcej swojego gniewu. Nie pomogło by to ani jej, ani towarzyszom... Poza tym co zdziałała by swym świętym oburzeniem? Czy coś by to zmieniło?

Słowa Terrego o woli, przeznaczeniu i o tym, że nie ma przypadków pod żadnym niebem uspokoiły jakoś Lasombrę. Czuła się za to wdzięczna Ojczulkowi i coraz bardziej zaczynała szanować jego .. no i jego dziwaczność.

Westchnęła ciężko, czuła jak fala akceptacji sytuacji wzbiera w jej umyśle. Zamknęła oczy i zatopiła się w ciemności za ścianą powiek. Ciemności, która przerażała i koiła zarazem. Terry rozmawiał teraz z Assamitą lecz Viktoria nie zwracała już więcej na nich uwagi. Usiadła na podłodze pod ścianą i pozwoliła ciemności ogarnąć jej umysł. Czuła, jak zanurza się cała w wodach czarnego oceanu, pozwalając odpłynąć myślom...

Otworzyła oczy. Terry szczerzył zęby w uśmiechu, a Morderca czyścił snajperkę. Wszystko po staremu. I na miejscu. Będę za nimi tęsknić, gdy to wszystko się skończy - pomyślała zadziwiona własną myślą.

- Tak. Zawsze jest się czyimś pionkiem, jak powiedział Assamita. Czy to materialnych, czy niematerialnych sił. Starsi muszą się okrutnie nudzić przez długie, samotne stulecia - mówiąc to podniosła się z miejsca, w którym siedziała - możemy być dobrymi wnuczkami i dać dziatkom trochę rozrywki. - Mówiąc to odwzajemniła przyjazny uśmiech Terrego i poczuła, że trochę jej lżej na duchu...

- A więc czas na kolejny ruch na naszej pełnej niespodzianek i przygód planszy. Zbierajmy się nad to jezioro. Musi być blisko, a nasi ghule na pewno już tam czekają. - Szybko sprawdziła komórkę w nadziei na jakiekolwiek wiadomości od Lucasa.Przynajmniej mam taką nadzieje, ta beznadziejna sieć wciąż nie działa.

- Chodźmy, nie dajmy się naszym graczom nudzić... jeszcze zasną i prześpią coś ciekawego... - uśmiechnęła się znów do siebie ciut ironicznie warząc i kalkulując jak wykorzystać nową świadomość sytuacji, która wprosiła się dziś do jej umysłu bez pytania.

- Potem możemy pojechać do Civic Center w Charleston lub tego Elizjum, jeśli ktoś wie gdzie to jest. Nie będziemy przecież teraz tam, gonić skoro wciąż jest ważna sprawa do załatwienia tu, na miejscu.
Ostatnio zmieniony 01 lutego 2016, 03:20 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 01 lutego 2016, 14:06

WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

- Przyjąłem - Assamita wstał płynnie z podłogi i zaczął składać broń, chowając ją do plecaka. Jednak nie pogwizdywał przy tym, jak zwykle. Milczał, starając się użyć tej ciszy, jako pewnego rodzaju zasłony, oddzielającej go od reszty i pozwalającej ukryć to, czego nie chciał pokazać. Wciąż czuł lekki smak popiołu na języku a wspomnienie , słonecznego światła czaiło się za cienka kotarą myśli. Chwilami czuł się tak, jakby także i w nim pękło jakieś lustro. Odłamki szkła przesypywały się w pustych arteriach. Może i reagował nieco zbyt drażliwie, ale wszystko to sprawiało, że czuł się naprawdę podle.

Odezwał się więc dopiero, gdy reszta także skończyła pośpieszne przygotowania do drogi:

- Muszę odzyskać motor - zakomunikował mechanicznie. - I uzupełnić krew. Ktoś obserwuje nasze działania w tym mieście. Nad jeziorem mogą wystąpić kolejne trudności, a to znaczy, że muszę działać efektywnie. Erhal.

Victoria skinęła głową, wyrażając zgodę na warunki Mordercy i wsiadła do samochodu.


* arab. Ruszajmy.
Ostatnio zmieniony 02 lutego 2016, 17:06 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: