PBF - Charleston by Night

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 29 stycznia 2016, 18:33

WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Słuchający dziwacznego monologu Świra Morderca w pewnym momencie drgnął niezauważalnie. Podniósł głowę i spojrzał na Terrego za ciemnych szkieł, a jego ręce błyskawicznie złożyły mozaikę metalowych części w złowróżbny kształt Desert Eagle. Broń zniknęła po chwili pod kurtką. Assamita poczekał, aż Malkavianin dokończy, po czym odezwał się:

- Istanna.* Skąd znasz to określenie? - zapytał podejrzanie spokojnie. Terry nie mógł jednak nie zauważyć, iż dłoń Mordercy opadła na pas, niebezpiecznie blisko rękojeści zakrzywionego sztyletu. Świr zamrugał gwałtownie, pytanie najwyraźniej wybiło go z rytmu.

- Jakie określenie? - zapytał niewinnie.

- Czerń Alamut... - odparł powoli Assamita. Wydawało się, że w całej jego sylwetce niepostrzeżenie zaczęło narastać jakieś napięcie, niczym u dzikiego kota, który płynnie przeszedł od stanu rozleniwionej drzemki do pobudzenia i zastanawia się właśnie komu rozerwać gardło...

- To taki rodzaj haszyszu, Atrahasis go lubił - uśmiechnął się Terry.

- Shoo?** Skąd wiesz? - pytania nadal były spokojne. Zbyt spokojne. Choć Malkavianina wydawał się zupełnie tego nie zauważać.

- Od mojego nauczyciela. opowiedział mi o tym w jaki sposób i z czego go zażywał AtraHasis. A dlaczego, to jakiś sekret?

Namtar nie odpowiedział. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzył na Terrego bez ruchu. Wreszcie przekrzywił głowę, w ten swój charakterystyczny sposób, przywodzący na myśl węża lub murenę i zapytał:

- Coś jeszcze ci mówił na temat mojego Klanu?

- Nie powiedział mi nic na temat twojego klanu, chyba ze ten haszysz ma coś z wami wspólnego - odrzekł Terry z uśmiechem. - Ale powiedział mi coś o tobie. powiedział ze nie jesteś tu przypadkiem, i ze musisz również podążać ku swemu przeznaczeniu. I to prawda, wczoraj to udowodniłeś. Dzięki ci za to po stokroć. i powiedział mi jeszcze, że jesteś efektem podjętych decyzji, ale nie wiem jeszcze co to oznacza.

Na wzmiankę o podjętych decyzjach, sylwetka Mordercy wyraźnie stężała, a jego palce zacisnęły się na rękojeści khanjar.

- Naprawdę? - wycedził przez zęby. Powietrze w garażu stało się nagle dziwnie gęste. - A powiedział ci, przez kogo?

- Nie. Tylko tyle co powiedziałem. Ale to już wiedziałem. Znaczy, że nie jesteś tu przypadkiem i że masz Świetliste Przeznaczenie, Duchu z Otchłani. Co do reszty musimy poczekać. Jego słowa zawsze są Prawdziwe i niosą w sobie Mądrość. Ale czasami trzeba poczekać, żeby je zrozumieć.

Mówiąc to Terry nadal uśmiechał się przyjaźnie, przywodząc na myśl barwnego ptaszka, który nieświadom zagrożenia, zagląda właśnie do paszczy krokodyla. Przez chwilę wydawało się, że krokodyl zamknie szczęki. Błyśnie stal, poleje się krew, zgaśnie kolejne życie. A potem... Morderca po prostu opuścił rękę. Popatrzył jeszcze przez chwilę na Terrego, potrząsnął głową i mruknąwszy coś po arabsku, sięgnął po sajperkę, aby i ją wyczyścić.
Post pisany z Fratterem Terrym.
* arab. Poczekaj.
** arab. Co?
Ostatnio zmieniony 30 stycznia 2016, 14:25 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 01 lutego 2016, 03:12

WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Lasombra wciąż podpierała się plecami o limuzynę przeżywając swoje światopoglądowe i moralne rozterki, gdy nagle Terry zaczął zachowywać się jakoś dziwnie. Twarz stężała mu w grymasie zdziwienia, a ciało zastygło w bezruchu. Zdecydowanie był w transie. Wyglądał w sumie dość zabawnie, jakby odebrał ważny telefon, tyle że nadawca siedział tak jakby w jego własnej głowie. Słyszała o dziwactwach Malkavian. Widziała swojego towarzysza w podobnych sytuacjach, ale chyba nigdy nie przyglądała się mu dokładnie w tym stanie. Dreszcz przebiegł po jej ciele. Ileż to niepojętych tajemnic niosła w sobie przeklęta krew kainitów?

Powyrywane z kontekstu zdania świra zawierały jednak intrygujące informację. Zmrużyła więc oczy i przybliżyła się do niego słuchając uważnie... Z kim on na wszystkich bogów rozmawiał? I jak? Elizjum dla Starszych? Czyim pionkiem? Nasz Czerwony Mędrzec? Jaka gra? Kruki? Przyglądała się mu w skupieniu próbując odgadnąć sens jego wypowiedzi...

W końcu nieodgadniony dotyk szaleństwa opuścił już swe dziecię i Terry przemówił w pełnych, sensownych zdaniach. Lasombra znowu spięła się w środku na informację o Grze starszych i pozycji koterii w tej sytuacji. Jak ktoś miał czelność wykorzystywać ją i kontrolować jej działania? I To Nawet On? Jej przyjaciel? I Jak to tak po prostu zastąpić ich przez kogoś innego, jak jakiegoś byle kogoś? Przecież zostali wybrani? Przecież byli ważni! Ona była ważna! Ona, z klanu Lasombra! Już nabierała w płuca powietrza by odpowiedzieć coś, gdy...

Gdzieś podświadomie wiedziała, ze Terry miał racje... Zdała sobie sprawę, że wiedziała już o tym wcześniej. Te sytuacje i zdarzenia jakie ich spotykały... wszystko układało się we wzór. Czuła, że jest to czyjaś układanka i nie raz wspominała już o tym na głos koterii, jednak odmawiała sobie pełnego zaakceptowania tej myśli. To, że rzeczywiście mogło tak być, doprowadzało ją do czystej furii. Nie chciała jednak manifestować więcej swojego gniewu. Nie pomogło by to ani jej, ani towarzyszom... Poza tym co zdziałała by swym świętym oburzeniem? Czy coś by to zmieniło?

Słowa Terrego o woli, przeznaczeniu i o tym, że nie ma przypadków pod żadnym niebem uspokoiły jakoś Lasombrę. Czuła się za to wdzięczna Ojczulkowi i coraz bardziej zaczynała szanować jego .. no i jego dziwaczność.

Westchnęła ciężko, czuła jak fala akceptacji sytuacji wzbiera w jej umyśle. Zamknęła oczy i zatopiła się w ciemności za ścianą powiek. Ciemności, która przerażała i koiła zarazem. Terry rozmawiał teraz z Assamitą lecz Viktoria nie zwracała już więcej na nich uwagi. Usiadła na podłodze pod ścianą i pozwoliła ciemności ogarnąć jej umysł. Czuła, jak zanurza się cała w wodach czarnego oceanu, pozwalając odpłynąć myślom...

Otworzyła oczy. Terry szczerzył zęby w uśmiechu, a Morderca czyścił snajperkę. Wszystko po staremu. I na miejscu. Będę za nimi tęsknić, gdy to wszystko się skończy - pomyślała zadziwiona własną myślą.

- Tak. Zawsze jest się czyimś pionkiem, jak powiedział Assamita. Czy to materialnych, czy niematerialnych sił. Starsi muszą się okrutnie nudzić przez długie, samotne stulecia - mówiąc to podniosła się z miejsca, w którym siedziała - możemy być dobrymi wnuczkami i dać dziatkom trochę rozrywki. - Mówiąc to odwzajemniła przyjazny uśmiech Terrego i poczuła, że trochę jej lżej na duchu...

- A więc czas na kolejny ruch na naszej pełnej niespodzianek i przygód planszy. Zbierajmy się nad to jezioro. Musi być blisko, a nasi ghule na pewno już tam czekają. - Szybko sprawdziła komórkę w nadziei na jakiekolwiek wiadomości od Lucasa.Przynajmniej mam taką nadzieje, ta beznadziejna sieć wciąż nie działa.

- Chodźmy, nie dajmy się naszym graczom nudzić... jeszcze zasną i prześpią coś ciekawego... - uśmiechnęła się znów do siebie ciut ironicznie warząc i kalkulując jak wykorzystać nową świadomość sytuacji, która wprosiła się dziś do jej umysłu bez pytania.

- Potem możemy pojechać do Civic Center w Charleston lub tego Elizjum, jeśli ktoś wie gdzie to jest. Nie będziemy przecież teraz tam, gonić skoro wciąż jest ważna sprawa do załatwienia tu, na miejscu.
Ostatnio zmieniony 01 lutego 2016, 03:20 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 01 lutego 2016, 14:06

WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

- Przyjąłem - Assamita wstał płynnie z podłogi i zaczął składać broń, chowając ją do plecaka. Jednak nie pogwizdywał przy tym, jak zwykle. Milczał, starając się użyć tej ciszy, jako pewnego rodzaju zasłony, oddzielającej go od reszty i pozwalającej ukryć to, czego nie chciał pokazać. Wciąż czuł lekki smak popiołu na języku a wspomnienie , słonecznego światła czaiło się za cienka kotarą myśli. Chwilami czuł się tak, jakby także i w nim pękło jakieś lustro. Odłamki szkła przesypywały się w pustych arteriach. Może i reagował nieco zbyt drażliwie, ale wszystko to sprawiało, że czuł się naprawdę podle.

Odezwał się więc dopiero, gdy reszta także skończyła pośpieszne przygotowania do drogi:

- Muszę odzyskać motor - zakomunikował mechanicznie. - I uzupełnić krew. Ktoś obserwuje nasze działania w tym mieście. Nad jeziorem mogą wystąpić kolejne trudności, a to znaczy, że muszę działać efektywnie. Erhal.

Victoria skinęła głową, wyrażając zgodę na warunki Mordercy i wsiadła do samochodu.


* arab. Ruszajmy.
Ostatnio zmieniony 02 lutego 2016, 17:06 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 06 lutego 2016, 17:34

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=K1W0zygx4HE

Jezioro było otoczone z każdej strony przez gęsty, iglasty bór. Brzegi zarastały niewysokie trzciny, których liście szeleściły cicho w łagodnych podmuchach nocnego wiatru. Woda była spokojna, usiana jedynie drobnymi zmarszczkami, które rozbijały światło gwiazd w migotliwe, falujące rozbryzgi. Nad ciemną tonią rozpościerała się cisza, mącona jedynie przez srebrzysty plusk polującej ryby, lub samotny krzyk nocnego ptaka. Chmary drobnych, tańczących w mroku ciem zdawały się z daleka podobne do obłoków gwiezdnego pyłu.

[center]Obrazek[/center]
Zatrzymali się przy starym molo, daleko od uczęszczanej plaży i przystani, której światła lśniły na przeciwległym brzegu, z prawej strony. Przycinane co roku szuwary nie zarastały brzegu w całości, umożliwiając dostęp do wody. Ta niewielka, dzika plaża wydawała się bezpiecznym miejscem, gdzie mogli zaparkować zarówno łódź jak i limuzynę. Zdecydowanie była to lokacja, którą nocą przyciągać mogła jedynie wędkarzy lub zakochanych. Odosobniona, bezpieczna i przede wszystkim - skryta poza zasięgiem niechcianych oczu. A przynajmniej taką mieli nadzieję...

Namtar chował swój motor w pobliskich krzakach upewniając się, że nikt nie będzie w stanie go dostrzec. Gdy skończył oddalił się na kilkanaście kroków i przez chwilę oceniał efekty swojej pracy. W tym czasie Darshan, Horacy oraz Victoria ruszyli w stronę stojących na brzegu Ghuli. Lucas był zdecydowanie zdenerwowany i spięty. Miętosił w rękach skrawek kurtki, spoglądając co chwila na łódź oraz znajdujący się na pokładzie sprzęt. Crimson Rain nieporuszony dopalał skręta i zdawał się zwracać większą uwagę na komary, niż na sylwetki trójki zbliżających się Kainitów.

Terry pozostał w samochodzie patrząc przez szybę na czarną taflę jeziora. Zastanawiał się nad tym, co powiedział mu jego Mentor, gdy wtem muzyka w radiu przestała grać. Pojawiły się trzaski, szumy, z których, niczym diabeł z pudełka wyskoczył Głos:

- Helllloooo! Oto mój przekaz lamerskie cioty! Czas na kilka sztuczek, jakich nie widział jeszcze ten świat. Nadeszła pora na wersję 2.0. Mam was! Myślicie, że możecie wszystko? Co, czarna żarówka nie ma zasilania? Sen dopadł starych i zmęczonych? Pfff... Rzucam wam wyzwanie, wiec bierzcie w łapy, co tylko macie pod ręką i do dzieła! Goń do swojego pana, niech wszyscy to usłyszą. Wchodzę do gry tylnymi drzwiami i zmieniam jej zasady. Dlaczego? Bo mogę, chcę i lubię sztywniaki! Nie znajdziecie mnie. Jestem tylko głosem, który zmieni wszystko. Zmieni was, a tego się boicie najbardziej! Cóż, kto gra ten wie, że czas jest rozszerzaniem się entropii. Więc rozkładam swoją cmentarną planszę i pierwszy rzucam trupią kością... Kto nie gra ten nie wygrywa... Jest ryzyko - jest zabawa...!

Słowa urwały się, równie nagle jak się zaczęły, stapiając się z kakofonią trzasków i narastającego szumu. Malkavian wyłączył radio i wyszedł z samochodu. Po chwili dołączył do niego Namtar i razem podeszli do pozostałych. Po krótkiej wymianie zdań postanowili wziąć się do roboty. Lucas zajął się sprawami technicznymi oraz obsługą sonaru. Silnik łodzi zawarczał poruszając lekko łodzią w kierunku centrum jeziora.
Spoiler!
Masz motor i uzupełniłeś krew po drodze. Wyleczyłeś pozostałe obrażenie.
Ostatnio zmieniony 07 lutego 2016, 14:59 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 07 lutego 2016, 19:46

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Viktoria wysiadła z samochodu. Świeże powietrze, jasne gwiazdy i lekki szmer jeziora spowitego ciemnością sprawiły, że jej wampirza dusza zakwiliła nad pięknem nocy. Podeszła bliżej krawędzi jeziora. Lekki wiatr rozwiewał pukle jej czarnych włosów. Delikatny zapach lilii rozchodził się dookoła, a odgłosy nocnej zwierzyny przerywały od czasu do czasu harmonijny szum fal na brzegu. Otuliła się szalem i kontemplując piękno czarnej tafli zwierciadła pozwoliła sobie i swoim myślą odpłynąć na sekundę. Odbicia światła gwiazd na lustrze wody wydawały się być przejściem do innego świata. Wołały do niej swym cichym, wibrującym jak światło śpiewem. Z Zamyślenia nagle wyrwał ją trzask drzwi limuzyny. To Terry wysiadł z pojazdu. Ruszyła szybkim krokiem w stronę Lucasa. Jego mętny wzrok i posępna mina zmartwiły Lasombrę. Czyżby by nie udało im się wszystkiego załatwić? Szybkie spojrzenie w stronę Crimson Rain'a... Cóż nie wydawał się równie zmartwiony. Może jednak wszystko w porządku, a Lucas jest po prostu jest zmęczony.

- Czy macie wszystko co nam potrzeba? - Zapytała na głos Lasombra.

- Tak - odpowiedział ledwo słyszalnie Lucas.

Lasombra zmierzyła go badawczo wzrokiem. Wyglądał jak zbity pies w zalanej deszczem budzie. Jego włosy były posklejane od wody lub potu. Wzrok wbity w ziemie, a pięści zaciśnięte w niemym krzyku złości lub zdenerwowania... Nigdy nie widziała swojego ghula w takim stanie.

[center]Obrazek[/center]

- Lucas czy wszystko porządku? - podeszła do swojego ghula i położyła mu dłoń na ramieniu. Lucas zadrżał pod jej dotykiem. Powoli uniósł głowę i spojrzał na Lasombrę. Miał załzawione oczy, czerwone od płaczu. Viktorię zdziwił ale i przeraził wyraz jego twarzy. Nie wiedziała co o tym myśleć. Cóż takiego na bogów mogło się zdarzyć ? Przecież mieli zdobyć tylko sonar i jakiś kawałek liny!

- Lucas czy chcesz mi coś powiedzieć? Co się stało? Możemy odejść na bok i porozmawiać. - Powiedziała pewnym lecz przyjacielskim tonem by dodać staremu żołnierzowi otuchy.

- Pani ja... - Zaczął trochę jąkając się Lucas. W tym czasie Crimson Red splunął klnąc pod nosem na swojego przemoczonego skręta i posyłając Lucasowy przelotny uśmiech rekina.

- Nie nic mi nie jest. - Dokończył szybko Lucas. - Naprawdę wszystko w porządku. - Powiedział udając nagłą poprawę nastroju. Lasombra obserwując uważnie subtelną interreakcję pomiędzy ghulami zrozumiała, że zaszło coś pomiędzy tymi dwoma. Znała Lucasa i wiedziała jakimi zasadami się kierował... ghul Assamity... no cóż chyba łatwo się domyśleć. Nie chciała jednak naciskać Lukasa ani stawiać go w stresowej sytuacji, gdy Crimson był tuż koło nich. Może innego dnia...

- Masz, napij się. - Podała szybko fiolkę ze swoją krwią, którą trzymała na powrót ghula w kieszeni. Potrzebowała by myślał sprawnie i wziął się w garść. Mieli jezioro do przeskanowania. Lucas szybko odkorkował fiolkę i łapczywie wypił jej zawartość.

- Dziękuję Pani. - Rozejrzał się dookoła pobudzony nagłym zastrzykiem energii. Sprawdził czy skaner sonarowy jest odpowiednio dobrze przymocowany i czy wszystko co mają jest w odpowiednim miejscu. - Będę potrzebował pomocy z tym sprzętem, czy mogę mieć kogoś, kto mi pomoże? - Popatrzał błagalnie na Lasombre dając jej znaki by tylko nie był to ghul Assamity.

- Ile zajmie skanowanie? I jak planujecie to zrobić? Jak rozumiem ktoś musi zanurkować by podczepić ciało na ten wyciąg? Wybacz Lucasie, zupełnie się na tym nie znam... - Viktoria rozłożyła ręce, udając nieporadną by dać się wykazać Lucasowi i pomóc mu poczuć się przydatnym. Chciała pomóc mu w ten sposób skupić się bardziej na pracy niż na swych ponurych wspomnieniach, czymkolwiek one były.

- To duże jezioro, moja Pani - Powiedział Lucas rozglądając się i drapiąc po głowie. - Trudno powiedzieć, przeszukiwanie takiego akwenu za pomocą sonaru holowanego zajmie nam kilka nocy, może nawet miesiąc... Zależy od łutu szczęścia. Naprawdę nie wiem gdzie szukać. Normalnie przy wyszukiwaniu ciała w jeziorze pracuje kilka grup ratowniczych i mają lepszy sprzęt... - kontynuował Lucas.

- Ja wiem, gdzie szukać - odezwał się znienacka Namtar, wyłaniając się z mroku. - Znam położenie ciała z dużą dokładnością. Będziesz musiał jedynie ustalić współrzędne, naprowadzić łódź i przeszukać obszar nie większy niż dziesięć metrów. Pod wodę zejdę sam.

Nie czekając na reakcję, minął stojącą przy molu dwójkę i podszedł do Rain'a.

- Wszystko w porządku? - zapytał.

- Jasne, szefie. Tylko ci cholerni krwiopijcy... Coraz więcej tu tych wrednych sukinsynów. Wytrzymać ciężko.

Victoria spojrzała na ghula zaskoczona, lecz ten właśnie chlasnął się po karku ubijając kolejnego moskita. Najwyraźniej więc miał na myśli komary. Choć czy na pewno? Lekki uśmiech na ustach Mordercy pozwalał powątpiewać w całkowitą niewinność ostatniej uwagi metysa...

- Dobrze więc, zabierajmy się do pracy! - Powiedziała Viktoria zbliżając się do łodzi i ghula - Lucas myślę, że sobie poradzicie z Namtarem. Do dzieła więc! Nawigowanie to twój konik, nie powinno być z tym kłopotów.

Lucas pokiwał ochoczo głową, zaprosił gestem Assamitę do łodzi i poinstruował, tak na wszelki wypadek, co do sprzętu. Viktoria zaczęła również przymierzać się do wejścia na łódź. Lucas szybko podał jej dłoń i pomógł dostać się na pokład. Nie było to takie proste jak jej się wydawało. Nigdy wcześniej nie wsiadała do łodzi. Wszystko bujało się niepewnie dookoła. Starała się złapać równowagę lecz na początku nie wychodziło to z gracją, jakiej by się po sobie spodziewała. W końcu jednak poradziła sobie z sytuacją i machnęła zapraszająco ręką w stronę reszty koterii.

- Chodźcie.
Assamita i jego ghul tradycyjnie odegrani i opisani przez Sigila ;)
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 08 lutego 2016, 22:12

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Nosferatu kręcił się w koło przyniesionego sprzętu śledząc przebieg rozmowy. To cholerne ustrojstwo nie mówiło mu nic.

Cholerny kawałek poskręcanej blachy naszpikowany tą całą... elektroniką. - Pomyślał z pogardą, ukradkiem rzucając wzorkiem po pozostałych. Ten blaszak nic mu nie mówił, był jak wszystkie te nowoczesne badziewia jakich się ostatnio namnożyło, martwy i bezduszny. Z nich natomiast, z nich czytał jak z otwartej księgi. Choć nie bardzo rozumiał o co chodziło z tym całym zasmarkanym wojakiem, któremu Victoria wycierała nosek niczym dobra matula, to jednak spoglądając na tego pokracznego metysa asamity miał pewne podejrzenia.

Pewno jest takk samo stuknięty jak jego pan. A ten drugi jest tak miętki, że z moim Ottem pewno nie wytrzymałby nawet dwóch rund. Z Don Ottone... Poprawił się w myślach i zarechotał w duchu. Jego syn napawał go niebywałą dumą.

Wyciągnę z niego tylko to paskudztwo i pora chłopakowi dać nieco przestrzeni, żeby się rozwijał. Niech pożyje, niech rozpostrze skrzydła. Skoro tak daleko zaszedł sam, to ile może osiągnąć kiedy tatuś będzie nieco popychał jego sprawy do przodu. Tylko cichutko i ostrożnie. Nie chciałbym żeby miał mi za złe. Ale tak na prawdę, to co mógłby mieć mi za złe. Przecież... przecież ja się tylko o niego martwię. A czy to nie normalne w rodzinie?

Zdał sobie sprawę, że uciekł mu kawałek rozmowy pozostałych ale jakoś mu to tym razem nie przeszkadzało. Przyłapał się, że stoi obrócony do nich plecami, wpatrzony w czarne smoliste jezioro. Przypominało mu z wyglądu znajomy widok przepalonego wosku z jego pracowni. Fale marszczyły się i załamywały zupełnie jak w momencie wylewania kolejnych warstw na szkielet manekina. Fala za falą wygładzała się narastająco tworząc coraz bardziej przypominający człowieka byt. Byt ponieważ Horacy uważał, że jego figury nie są przedmiotami. Uważał, że w pewien sposób posiadają także cząstkę duszy. A dokładnie jego duszy, duszy artysty który je wymyślił i stworzył. Cząstkę ukrytą gdzieś bardzo głęboko w szkielecie postaci. A może nawet głębiej, może w samym zamyśle, w idei.

A te wszystkie metalowe, elektroniczne, szmery-bajery są tego pozbawione. I to jest ta wielka różnica. Tak samo tutaj. Gdzieś pod tymi smolistymi falami... Jest taka stara dusza. Do diaska czuję ją niemal. A jeśli przez twory poznajemy tego kto je ulepił, coś mi się wydaję że tym razem będę na prawdę blisko pierwszego twórcy. Mam przez to gęsią skórkę... - Obciął wzrokiem pozostałych czując jak znów wzmaga się w nim jedyna prawdziwa choroba na jaką zapadł jeszcze przed przemianą. Nazywała się ciekawość...

- Dobra! Dosyć mielenia jęzorami po próżnicy. Pora Go wyłowić....
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 09 lutego 2016, 10:33

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż przed misją sonarowo-wydobywczą 11.08.1993

Wysiadł z samochodu i poprawił na sobie ubranie. W dłoniach wciąż ściskał swój notatnik, nie rozstawał się z nim od wczoraj. Pamiętał swoje przeczucie, że nie wszystko jeszcze zostało mu objawione. Nie niecierpliwił się, jednak wolał być przygotowany. Po chwili dołączył doń Morderca, spojrzeli na siebie i bez słowa ruszyli dołączyć do reszty koterii.

Na pokład pierwsza weszła Czarna Victoria, a uczyniła to z gracją... LaSombra. Zaraz za nią ruszyli pozostali, a Malkavian był jednym z ostatnich.

Kiedy znalazł się już na kołyszącym się na boki pokładzie, czym prędzej rozejrzał się za miejscem siedzącym. Miał złe wspomnienia związane z tego rodzaju kołysaniem. Szczęściem jego, to było tylko jezioro, nie otwarte wody. Świadomość ta pozwoliła mu się opanować i zachować spokój. Przez krótką chwilę spoglądał na krzątających się wkoło... wszystkich innych.

Kiedy jego spojrzenie padło na złowrogą sylwetkę Łowcy, zatrzymało się na niej na chwilę. Dłuższą chwilę. A kiedy skończył już rozglądać się po pozostałych, ponownie zaczął mu się przyglądać. Zastanawiał się nad pobudkami które kierowały Mrocznym Jedi, bo nie wszystko układało się w logiczną całość. Z jednej strony zasłonił go własnym ciałem, co pozwalało myśleć, że Kontrakt jest dlań najważniejszy. Z drugiej zaś, od początku ma w zwyczaju zaznaczać, że jakiekolwiek dopytywanie się go o sprawy klanu odbierze jako obrazę jego, Klanu i kto wie czego jeszcze. I niby wszystko w porządku, tylko o co chodziło w takim razie z tą rozmową w garażu? Właściwie sam oznajmił wtedy Terryemu, że Czerń Alamut to jakieś Assamickie sekretne zabawki. Może nie samym pytaniem o haszysz, ale tym które nastąpiło po nim. "Coś jeszcze ci mówił na temat mojego Klanu?".

Terry uśmiechnął się na to wspomnienie, ale szybko przeniósł spojrzenie na trzymany przez siebie zeszyt. Assamita mógł opacznie zrozumieć jego uśmiech, a jemu nie potrzebne do niczego były niewygodne pytania Łowcy.

Zaraz potem przypomniał sobie dziwny przerywnik radiowy, który miał okazję usłyszeć nim ruszył się z auta. Nie bardzo wiedział co o tym myśleć i czy warte jest to wspomnienia reszcie drużyny. Oczywiście po wcześniejszych rewelacjach Mentora, słowa dziwnego spikera o "dołączeniu się do gry tylnymi drzwiami" nabierały nowego znaczenia i tak naprawdę mogły zwiastować zarówno kłopoty jak i niespodziewaną pomoc. Jeśli to drugie, to bez względu na to jak się to miało objawić nie mieli powodów do zmartwień. A jeśli to pierwsze, to owe kłopoty mogły zacząć się tak naprawdę już tu i teraz...

Niewiele myśląc, zapisał w swoim notatniku treść tej dziwnej audycji, odtwarzając ją najdokładniej jak tylko potrafił. Następnie wyczekał odpowiedniej chwili, kiedy wszyscy już gotowi byli do dalszych działań a Horacy gromkim okrzykiem postanowił je przyspieszyć, ale zanim jeszcze łódź zdążyła zakręcić śrubami. Wtrącił się wtedy, odpowiednio modulując głos, tak by nie krzyczeć, ale by wszyscy o których mu chodziło zwrócili na niego uwagę i wysłuchali tego co ma do powiedzenia.
Odczytuję zebranym treść wyżej wspomnianą (przedostatni akapit posta 919), czyniąc wcześniej subtelną uwagę na temat ghulich uszu które również słuchają, a może nie powinny.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt: