Sigurd nie tracił czasu na zbędne pogadanki. Od razu rzucił się z pięściami na czarnoskórego pirata, który miał czelność stać najbliżej. Ten nawet nie zorientował się, co go uderzyło w szczękę; padł jak długi na ziemię, z obłokiem kurzu wznieconego z podłogi.
Właśnie zaczęła się regularna rozróba. Mężczyźni kotłowali się ze sobą, walili pięściami, kopali nogami, uderzali czym popadło. Pomimo ogromnej postury obu barbarzyńców, przewaga liczebna bandytów była zbyt duża, by można sobie było z nią poradzić. W końcu dopadli Adotha, który dzielnie stawiał opór; dostał czymś drewnianym w potylicę, co go zamroczyło. Poprawiony cios pozbawił go przytomności, tylko cudem nie roztrzaskując czaszki.
Sigurd bronił się jak tygrys w pułapce, ale i on w końcu uległ przewadze liczebnej; trzymało go czterech mężczyzn, dwóch kolejnych obszukiwało jego kieszenie. Miecz i tarcza zostały wyrzucone przez okno. Aesir dostał jeszcze parę bonusowych uderzeń od pociętych przez niego piratów, aż w końcu uspokoił sytuację przywódca szajki, murzyn z dredami i półpancerzem.
- No, no, dwadzieścia osiem złotych lun. Dużo forsy przy sobie nosicie... nosiliście! - prychnął śmiechem mężczyzna, przesypując monety do drewnianej skrzynki, odrzucając jednocześnie miedziane blaszki i sztuczne klejnoty, którymi wypełnione były sakwiewki. Znalazło się też tam parę kamieni. - Jesteście MI dłużni jeszcze dwieście razy tyle! O ile umiecie aż do tylu policzyć, huncwoty! - krzyknął nagle i kazał obudzić Adotha. Gdy ten się ocucił i zorientował gdzie jest, spróbował jeszcze chwilę walczyć, ale murzyni mocno go trzymali. - Pamiętajcie: do końca tego tygodnia ma być tutaj okrągła sumka czterech tysięcy złotych lun, plus dwieście za zwłokę, albo będziecie nowymi zabawkami czarnych wodzów w Kush, lub obiektami eksperymentów żmij ze Stygii! - powiedział, wyszczerzając dwa złote zęby wstawione zamiast jedynek.
- Wypad mi z nimi, ubrudzą mój lokal - dodał, nie słuchając złorzeczeń i przekleństw obu barbarzyńców, którzy byli podwójnie wystychnięci na dudka! Niedość, że wpadli w pułapkę, to jeszcze ktoś wcześniej wypchał im sakiewki guzikami, kamykami i innymi szpargałami!
Ograbili was z całej forsy. BTW Araven dał mi znać, ze musi zrezygnować z dalszej gry z powodu braku czasu. Przygoda ma się już ku końcowi, także jeszcze trochę wytrzymajcie!
***
Kolejne chwile mijały, gdy Nehaher i Galvat błąkali się po uliczkach, wypytując miejscowych o miejsce przebywania Larcji. W końcu, jeden z pomniejszych handlarzy zaciągnął obu na stronę.
- Larcja zniknęła kilka dni temu. Nie mogła wypłynąć, bo jak na złość była bezwietrzna pogoda i spokojne morze. Przyszło po niąparu drabów, chwilę z nią pogadali i poszła z nimi do sklepiku po drugiej stronie ulicy - o tam - mężczyzna wskazał niewielki kantor z szyldem "Domowe wypieki". To był jeden z tych sklepików, w którym na parterze była piekarnia, zaś na piętrze mieszkał piekarz z rodziną. Z tym że ten sklepik nie miał piętra, a piekarz pewnie nie miał rodziny.