Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 10.08.1993 Przed świtem
Mimo wielu godzin spędzonych za kierownicą samochodu Darshan nie czuł się zmęczony podróżą. Nie odczuwał także ekscytacji czy stresu w związku z całą sprawą w którą został zaangażowany. Jego wyszkolony umysł dobrze radził sobie z takimi sytuacjami, dobrze znosił godziny monotonnych czynności, automatycznie przechodząc w stan bliski medytacji i nie tracił energii na jałowe rozważania o przyszłych wydarzeniach. W pewien sposób wiedział jaka będzie przyszłość, co prawda nie posiadał profetycznych zdolności ale w tym co ludzie nazywali pamięcią widział raczej oczekiwania i intuicje dotyczące przyszłości, tego co musiało się wydarzyć w związku z obciążeniem karmicznym czy choćby aktualnym stanem aury. Umysł przyzwyczajony do liniowego postrzegania czasu, tłumaczył sobie te wrażenia na zasadzie najprostszych skojarzeń a więc odwołując się do obrazów doświadczeń, które były podobne. W efekcie pamięć pewnych wydarzeń wydawała się wciąż żywa. Dla niektórych wampirów, życie ich wspomnień było wszystkim, najcenniejszym klejnotem, jedynym światłem, to była tylko kwestia percepcji... i tego co się z nią robiło.
Jako mistrz sztuki iluzji i mistyk zachodnich nauk wiedział w jaki sposób umysł kształtuje rzeczywistość i w jaki sposób percepcja może być wytrychem do umysłu a więc i do rzeczywistości. Czasami potrafił się zgodzić ze stwierdzeniem, że na tym właściwie polegała magia.
Zmęczenie, które odczuwał obecnie było spowodowane czym innym. Czuł się przytłoczony. Przytłoczony miastem, a dokładniej tym co generowały umysły ludzi, którzy je zamieszkiwali. Przebywając w dużych miastach, zawsze po jakimś czasie ulegał wpływowi tego dziwnego wrażenia. Gdyby miał to opisać w odniesieniu do odczuć sensualnych, porównałby to do głośnego i monotonnego brzęczenia setek tysięcy maszyn, które w kółko powtarzały podobne pętle programów. Umysły ludzi, powtarzające w kółko te same myśli męczyły go. Za życia nie doświadczał takich stanów. Maił w sobie dość siły życiowej by wypełniać swój sen o rzeczywistości niemalże do granic. Teraz nie miał w sobie życia, nie miał swojego snu o rzeczywistości. Był tylko bytem podróżującym w cieniach, przenikającym sny innych istot. Jego egzystencję podtrzymywało daivi prakriti* i esencja snów żyjących. Czy przerażało go to? Nie całkiem, w końcu sam wybrał tą ścieżkę.
Po obejrzeniu okolicy, skierował się do drzwi frontowych, zanim zdążył do nich dojść usłyszał jednak dźwięk samochodu, który po chwili zaparkował przed posesją. Przez chwilę przyglądał się z cieni nowo przybyłym i kiedy rozpoznał koterię, którą miał znaleźć ruszył w ich stronę. Zatrzymał się jednak w pół kroku ponieważ dźwięk silnika ich samochodu nie był jedyny. Jego intuicja nie zawiodła. Drugi samochód zatrzymał się także a z jego wnętrza wysiadły osoby z którymi Darshan nie życzył sobie rozmawiać. Wnioskując po tonie wypowiedzi lidera pasażerów Chevroleta, spodziewał się, że rozmowa będzie krótka, dlatego zdziwił się nieznacznie kiedy zostali oni zaproszeni od biblioteki.
Naturalnie nie uznawał praw Camarilli jednak fakt, że znajdował się na terenie osób, które przynajmniej deklarowały, że je uznają, oznaczał że musiał uwzględniać je w swoim postępowaniu. Z tego powodu wolał uniknąć pokazywania się innym kainitom zanim przedstawi się księciu.
Odsunął się więc ostrożnie od ścieżki prowadzącej do wejścia i odczekał aż drzwi zamknął się za wchodzącymi. Nie chcąc marnować więcej czasu niż to konieczne udał się na tyły budynku, gdzie odjechał samochód z bagażami.
Wyszedł z ukrycia.
[center]

[/center]
Chciał być dobrze widoczny jako, że miał dobre intencje. Kiedy wyszedł za róg budynku jego dłonie były widoczne. Jedna spoczywała na pasku czarnej torby sportowej przewieszonej przez ramię, zaś kciuk drugiej zatknięty była za kieszeń długiego, porządnie znoszonego, kiedyś czarnego, skórzanego płaszcza. Nie starał się tłumić chrzęstu jaki wydawały jego wysokie za kostkę, trampki na żwirowej drodze. W momencie kiedy wyszedł za róg, na jego drodze stała postać Assamity. Darshan usłyszał wcześniej dokładny opis wszystkich osób będących w koterii więc rozpoznał go bez trudu. Odezwał się niezwłocznie:
- Witaj łowco. Jestem Darshan Vimal z klanu Ravnos, jestem tutaj aby zastąpić Gavina. Ufam, że zostaliście uprzedzeni o moim przybyciu.
Assamita przez chwilę mierzył Ravnosa nieruchomym spojrzeniem. Darshan poczuł to wyraźnie, mimo, że oczy tamtego skryte były za ciemnymi okularami.
- Tak - odezwał się w końcu - zostaliśmy. Jednak muszę mieć pewność. Powiedz mi się nazywa ten, który cię przysłał? - Głos Mordercy brzmiał obojętnie, nie dało się w nim wychwycić nawet cienia emocji.
Ciekawa istota, bardzo silna, pochodzi z daleka pomyślał Ravnos i nie miał na myśli sensu geograficznego. Po nieznacznej pauzie, odparł:
- Przysyła mnie Tabah Mufazzal
Łowca z wrodzoną sobie ekonomią ruchów odwracając się powiedział w stronę otwartych drzwi od garażu:
- Gavin jednak mówił prawdę. Wędrowny Klan przysłał drugiego Ravnosa.
Jednocześnie ruszając w tamtą stronę. Darshan Vimal spojrzał w przelotnie w niebo i ruszył za nim. - Czy wiesz może gdzie jest Gavin? Miałęm nadzieję porozmawiać z nim, zanim opuści miasto. - Zapytał.
- Leży na tylnym siedzeniu, z kołkiem, nie wyjmuj mu go na razie - odparł zupełnie bez emocjonalnie łowca.
Karma tak szybko cię dopadła Gavinie...
- Ok - odpowiedział Darshan, nie próbując nawet szukać słów w tej sytuacji.
Darshan nie ma problemu z tym, że Gavin ma kołek w sercu. Jest trochę zaskoczony, niemniej po chwili, widząc Łowcę orientuje się, że jest było to do przewidzenia. Poza tym Darshan nie ma w zwyczaju martwić się na zapas, uznaje że widocznie Gavin dał Łowcy powody do takiego działania. Poza tym widzi to jako wyładowanie karmy, po tym jak zawiódł zaufanie Rodziny Wuzho w sprawie honorowej dla klanu.
*pierwotne światło