Terry miał nadzieję, że jego słowa dotrą do rozsądku Łowcy. A także zakończą temat. Nie były to wielkie nadzieje, ale zawsze jakieś. Prysnęły jednak jak bańka mydlana po słowach Mrocznego Jedi. W dodatku pojął, jak bardzo wcześniej rozminął się w interpretacji słów Mordercy z ich rzeczywistym znaczeniem. I jak bardzo niewinną propozycją było to w mniemaniu Assamity. Zebrał myśli, które w szalonym tempie rozbijały mu się wewnątrz czaszki. Przyjrzał im się z uwagą, po czym wybierając kilka z nich, odpowiedział.
- Ja bym za nimi płakał. Szczególnie kiedy wyjaśniłeś, że twoja propozycja tyczy się nie samego posiłku, a morderstwa które ów posiłku było by następstwem. Zwyczajnie nie mogę się na to zgodzić, a tym bardziej brać w tym udziału. Bo nie chodzi o przynależność do sekty, a poszanowanie życia i prawa do zbawienia, które posiada każdy, nawet ty, Duchu z Otchłani.
- Odwołałem się też specjalnie do Kodeksu postępowania, bo wiem, że jako osoba pełna honoru rozumiesz istotę takich zasad. Dlaczego nie zwróciłeś uwagi na tę część mojej wypowiedzi? Czy to znaczy, że w twojej opinii nie posiadam takowych?
- Nie wiem co masz na myśli, mówiąc, że krew śmiertelnych jest jak woda. Nie wiem, bo jak już wcześniej wspomniałem, nie piję ze spokrewnionych. W mych oczach było by to zwyczajnie kanibalizmem. Wierzę jednak w twe słowa. Wierzę w to, że krew kainitów jest silniejsza. Jednak, ludzie w zupełności zaspokajają moje potrzeby i nigdy nie rzucę się na żadnego z nieśmiertelnych, jak długo będę posiadał nad sobą kontrolę.
- Dlatego serdecznie dziękuję ci za tę propozycję. Odbieram ją jako gest swego rodzaju pojednania i szczerze doceniam. Ale jestem Sługą Pana na Wysokościach i nie ulegam pokusom ni żądzom które pojawiają się na mej ścieżce. Ni w czasach minionych, ni teraz, ni nigdy.
Kończąc, uśmiechnął się do Darth'a Namtara. Możliwie najprzyjaźniejszym ze swych uśmiechów. Nie chciał, by ten znów się zablokował na próby komunikacji, ale bardziej nie chciał być przezeń postrzegany jako osoba odpowiednia do tego typu propozycji.
PBF - Charleston by Night
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Horacy rozmyślał nad czymś bardzo intensywnie i luźno przysłuchiwał się rozmowie prowadzonej przez resztę. W końcu w nader głośny sposób pstryknął długimi palcami i powiedział:
- Flowers Cottage! Motelik nazywa się Flowers Cottage i jest około dziesięciu minut drogi stąd. Piechtą, rzecz jasna. Tam wystarczy rzucić parę dolców więcej by móc robić różne zdrożne rzeczy i nikt się o nic nie pyta póki nie słychać krzyków i skarg sąsiadów. I to rozwiązuje problem, jadłodajnia i ubieralnia w jednym.
Ale czy to całe przebieranie się jest na prawdę aż tak ważne? Już to raz robiłem w tym miesiącu i to dzisiaj. I tu widoczna jest ewolucyjna przewaga Nosferatu nad innymi klanami, no bo co w tym złego że się wygląda jak zwykły bam. Wszak nie szata zdobi trupiaka.
Potem odwrócił się do Namtara.
- Jeśli chodzi o mnie to nie wskażę ci gdzie dokładnie przebywają kainici w tym mieście bo tego nie wiem. A nawet gdybym wiedział to nie podzieliłbym się tą informacją, wiedząc co zamierzasz zrobić. - ciągnął dalej ze znudzeniem - Stosuję się do praw Camarilli, która zabrania zabijać innych naszego rodzaju. Podobają mi się te prawa i respektuję je, ponieważ odróżniają nas od innych organizacji a przed wszystkim od źwierząt (sic!), które nie są w stanie wymyślić rozwiązania bez zabijania innych. Zabijanie dopuszczam jedynie w ostateczności, natomiast popełnianie go dla czystej przyjemności mam za niskie i niecywilizowane zachowanie. Podobnie jak przestrzeganie praw tylko wtedy gdy ktoś patrzy, wydaje mi się hipokryzją. Po której żadne z nas nie potrafiłoby sobie spojrzeć w oczy w lustrze. - spojrzał po pozostałych zatrzymując wzrok na Victorii - Chociaż, może to nie było najszczęśliwsze stwierdzenie... Aha i najważniejsze - ożywił się nieco - niedaleko jest park Tu-Endie-Wei gdzie moim zdaniem może być szansa spotkania kruków, a na pewno wszystkowiedzących gołębi. Chodźmy już stąd. Jak w końcu zaczniecie bujać wory z tego miejsca, to po drodze może wam powiem kto podpierdolił te kości indiańca.
Horacy ruszył przez deszcz i środkiem najgorszych kałuż pogwizdując "deszczową piosenkę".
- Flowers Cottage! Motelik nazywa się Flowers Cottage i jest około dziesięciu minut drogi stąd. Piechtą, rzecz jasna. Tam wystarczy rzucić parę dolców więcej by móc robić różne zdrożne rzeczy i nikt się o nic nie pyta póki nie słychać krzyków i skarg sąsiadów. I to rozwiązuje problem, jadłodajnia i ubieralnia w jednym.
Ale czy to całe przebieranie się jest na prawdę aż tak ważne? Już to raz robiłem w tym miesiącu i to dzisiaj. I tu widoczna jest ewolucyjna przewaga Nosferatu nad innymi klanami, no bo co w tym złego że się wygląda jak zwykły bam. Wszak nie szata zdobi trupiaka.
Potem odwrócił się do Namtara.
- Jeśli chodzi o mnie to nie wskażę ci gdzie dokładnie przebywają kainici w tym mieście bo tego nie wiem. A nawet gdybym wiedział to nie podzieliłbym się tą informacją, wiedząc co zamierzasz zrobić. - ciągnął dalej ze znudzeniem - Stosuję się do praw Camarilli, która zabrania zabijać innych naszego rodzaju. Podobają mi się te prawa i respektuję je, ponieważ odróżniają nas od innych organizacji a przed wszystkim od źwierząt (sic!), które nie są w stanie wymyślić rozwiązania bez zabijania innych. Zabijanie dopuszczam jedynie w ostateczności, natomiast popełnianie go dla czystej przyjemności mam za niskie i niecywilizowane zachowanie. Podobnie jak przestrzeganie praw tylko wtedy gdy ktoś patrzy, wydaje mi się hipokryzją. Po której żadne z nas nie potrafiłoby sobie spojrzeć w oczy w lustrze. - spojrzał po pozostałych zatrzymując wzrok na Victorii - Chociaż, może to nie było najszczęśliwsze stwierdzenie... Aha i najważniejsze - ożywił się nieco - niedaleko jest park Tu-Endie-Wei gdzie moim zdaniem może być szansa spotkania kruków, a na pewno wszystkowiedzących gołębi. Chodźmy już stąd. Jak w końcu zaczniecie bujać wory z tego miejsca, to po drodze może wam powiem kto podpierdolił te kości indiańca.
Horacy ruszył przez deszcz i środkiem najgorszych kałuż pogwizdując "deszczową piosenkę".
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
Ravnos przez chwile skoncentrował się na prośbie Victorii. Było to uczucie dziwne, jakby rzeczywistość stawiała wyraźny opór jego woli. Znał zasady towarzyszące tkaniu gobelinu i zwodzeniu innych iluzją, rozumiał prawo wymiany, wiedział że nie ma czym zapłacić za sztukę której wymagała Lasombra
- Nie mogę przykryć waszych ubrań iluzją, musimy radzić sobie w bardziej konwencjonalny, materialny sposób. Sugerowałbym włamanie do któregoś z pobliskich domów, a potem wyczyszczenie domownikom pamięci.
- Nie mogę przykryć waszych ubrań iluzją, musimy radzić sobie w bardziej konwencjonalny, materialny sposób. Sugerowałbym włamanie do któregoś z pobliskich domów, a potem wyczyszczenie domownikom pamięci.
- Szkoda - Assamita wzruszył ramionami. - Nici z imprezy zatem... Niemniej, Terry, żaden z tych śmieci, których śmierć chciałbyś opłakiwać, nie zawahałby się w podobnej sytuacji, aby dostać twoją krew... Pomyśl o tym czasem.
Uśmiechnął się zimno. Chwilę szedł w milczeniu, prowadząc motor, jakby rozważał słowa pozostałych i zastanawiał się, nad sensem prowadzenia dalszej dyskusji. Deszcz nie wydawał się robić na Mordercy najmniejszego wrażenia, nie odczuwał nawet potrzeby omijania kałuż. Jednakże wydarzenia tego wieczoru musiały nastroić go nad wyraz pozytywnie, bo po chwili odezwał się znowu:
- Żyjecie już tak długo i wciąż się oszukujecie... Trzymacie się zasad, myślicie, że jesteście ludźmi, podczas gdy jesteście tylko potworami zamieszkującymi świat pełen innych potworów. Co widzisz w lustrze Horacy każdego dnia? Właśnie to. Potwora, którym jesteś. Prawdę o sobie. A jednak wciąż obawiasz się tego, czym się stałeś - zaśmiał się cicho, choć w dźwięku tym brakowało prawdziwej radości.
Mówił spokojnie, nie tak, jakby chciał kogoś przekonać, lecz po prostu jakby informował ich o pewnym stanie rzeczy. Wydawał się przy tym lekko zamyślony, co sprawiało, iż odnosili wrażenie, że jego słowa były jedynie częścią większej całości. Elementem szerszych rozważań, którym jednak, z jakiś względów, postanowił się z nimi podzielić. Było to zresztą na tyle niecodzienne, biorąc pod uwagę jego niechęć do dłuższych wypowiedzi, że milczeli, pozwalając mu dokończyć.
- Wasze zasady i prawa nie ochronią was przed bestią. Nie pozwolą wam uciec, przed głodem. Tutaj silniejsi pożerają słabszych. Tak jest to skonstruowane. Nie ma sensu z tym walczyć. Lepiej to zaakceptować... A tak... Z uwagi na rozterki tracicie okazję napicia się dobrej krwi. I usprawiedliwiacie żywienie się na ludziach. Oni żyją, a wy nie. Jesteście więc trupami pasożytującymi na witalności innych... I uważacie moje rozwiązania za bestialskie? - uśmiechnął się i przekrzywił lekko głowę. - Cóż, to wasz problem. Wasze wybory i ich konsekwencje...
Kopnięty przez Assamitę kamyk przeturlał się po chodniku i znikł w głębokiej, ciemnej kałuży. Przedłużająca się cisza zdawała się świadczyć o tym, iż Morderca wyczerpał temat i zajął się dalszym ciągiem swoich osobistych rozważań.
Uśmiechnął się zimno. Chwilę szedł w milczeniu, prowadząc motor, jakby rozważał słowa pozostałych i zastanawiał się, nad sensem prowadzenia dalszej dyskusji. Deszcz nie wydawał się robić na Mordercy najmniejszego wrażenia, nie odczuwał nawet potrzeby omijania kałuż. Jednakże wydarzenia tego wieczoru musiały nastroić go nad wyraz pozytywnie, bo po chwili odezwał się znowu:
- Żyjecie już tak długo i wciąż się oszukujecie... Trzymacie się zasad, myślicie, że jesteście ludźmi, podczas gdy jesteście tylko potworami zamieszkującymi świat pełen innych potworów. Co widzisz w lustrze Horacy każdego dnia? Właśnie to. Potwora, którym jesteś. Prawdę o sobie. A jednak wciąż obawiasz się tego, czym się stałeś - zaśmiał się cicho, choć w dźwięku tym brakowało prawdziwej radości.
Mówił spokojnie, nie tak, jakby chciał kogoś przekonać, lecz po prostu jakby informował ich o pewnym stanie rzeczy. Wydawał się przy tym lekko zamyślony, co sprawiało, iż odnosili wrażenie, że jego słowa były jedynie częścią większej całości. Elementem szerszych rozważań, którym jednak, z jakiś względów, postanowił się z nimi podzielić. Było to zresztą na tyle niecodzienne, biorąc pod uwagę jego niechęć do dłuższych wypowiedzi, że milczeli, pozwalając mu dokończyć.
- Wasze zasady i prawa nie ochronią was przed bestią. Nie pozwolą wam uciec, przed głodem. Tutaj silniejsi pożerają słabszych. Tak jest to skonstruowane. Nie ma sensu z tym walczyć. Lepiej to zaakceptować... A tak... Z uwagi na rozterki tracicie okazję napicia się dobrej krwi. I usprawiedliwiacie żywienie się na ludziach. Oni żyją, a wy nie. Jesteście więc trupami pasożytującymi na witalności innych... I uważacie moje rozwiązania za bestialskie? - uśmiechnął się i przekrzywił lekko głowę. - Cóż, to wasz problem. Wasze wybory i ich konsekwencje...
Kopnięty przez Assamitę kamyk przeturlał się po chodniku i znikł w głębokiej, ciemnej kałuży. Przedłużająca się cisza zdawała się świadczyć o tym, iż Morderca wyczerpał temat i zajął się dalszym ciągiem swoich osobistych rozważań.
Idąc i tak rozglądam się za potencjalnymi zagrożeniami. Obserwuję otoczenie, uważam na bezpieczeństwo ekipy.
Ostatnio zmieniony 24 czerwca 2015, 21:51 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
Po krótkiej i szybkiej wymianie zdań przez telefon, Victoria podeszła do Horacego, oddając mu aparat. Rozmowa na zalanej strugami deszczu ulicy i to w tak odsłoniętym miejscu wydawała jej się naprawdę złym pomysłem. A sama propozycja Assamity wywołała w niej mieszaninę irytacji i złości. W obecnej chwili nie mogła sobie jednak pozwolić na okazywanie uczuć i emocji, więc dokładnie skryła je za maską bólu.
Bawi Cię to, prawda? Obserwowanie, jak będziemy toczyć walkę z własnym sumieniem...
- Nie myślałam o iluzji - zwróciła się do Gavina - a o wykorzystaniu innych twoich cennych umiejętności. - Słaby uśmiech, który posłała Ravnosowi po chwili zastąpił grymas cierpienia. Syknęła cicho, i ruszyła wolnym krokiem do Terrego. Strugi deszczu lejące się z nieba znikały w rosnących kałużach i powoli zbierających się strumykach na skraju jezdni. Dźwięk wody spływającej do pobliskiej studzienki na deszczówkę dudnił monotonnie pod nimi. Chwila zawahania, jakby biła się z własnymi myślami, spoglądając na mało przyjemny widok złowieszczego uśmiechu Mordercy. Kiedy stanęła z boku Terrego, położyła rękę na jego ramieniu.
Nie wiem czy bardziej ja potrzebuję tego czy ty ojczulku. Jednak nie możemy pozwolić mu na takie zagrywki... Żałuję tylko, że nie mam twojej c
Bawi Cię to, prawda? Obserwowanie, jak będziemy toczyć walkę z własnym sumieniem...
- Nie myślałam o iluzji - zwróciła się do Gavina - a o wykorzystaniu innych twoich cennych umiejętności. - Słaby uśmiech, który posłała Ravnosowi po chwili zastąpił grymas cierpienia. Syknęła cicho, i ruszyła wolnym krokiem do Terrego. Strugi deszczu lejące się z nieba znikały w rosnących kałużach i powoli zbierających się strumykach na skraju jezdni. Dźwięk wody spływającej do pobliskiej studzienki na deszczówkę dudnił monotonnie pod nimi. Chwila zawahania, jakby biła się z własnymi myślami, spoglądając na mało przyjemny widok złowieszczego uśmiechu Mordercy. Kiedy stanęła z boku Terrego, położyła rękę na jego ramieniu.
Nie wiem czy bardziej ja potrzebuję tego czy ty ojczulku. Jednak nie możemy pozwolić mu na takie zagrywki... Żałuję tylko, że nie mam twojej c