Dark Heresy - Ravenor

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 16:48

Prywatny gabinet Rickensa był cichym sanktuarium z ciemnego drewna i przygaszonych lamp, odgrodzonego od reszty wydziału ścianą z mlecznego szkła. Kiedy wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi, dwaj siedzący w pomieszczeniu mężczyźni wstali ze swoich miejsc. Rickens obszedł wielkie drewniane biurko, usiadł w fotelu i wstukał sekwencję znaków uruchamiającą jego osobisty terminal. Ekran urządzenia zapłonął zieloną poświatą rzucając poblask na twarz deputowanego. Rickens poprosił gości, by ci zajęli z powrotem miejsca na skórzanych fotelach tkwiących przed biurkiem.

W międzyczasie zdążył ich już dokładnie zlustrować wzrokiem. Dwaj cudzoziemcy: przesadnie wystrojony młodzieniec i starszy mężczyzna pełniący prawdopodobnie funkcję ochroniarza. Mowa ciała młodszego gościa zdradzała sporą pewność siebie, starszy nie dawał się czytać, ale doświadczenie Rickensa podpowiadało mu, że facet był profesjonalnym zabijaką. Tacy jak on nie zdradzali żadnych emocji aż do tego ułamka sekundy, w którym zaczynali działać.

Deputowany załadował do pamięci terminala plik sprawy i założył na nos swe półokrągłe okulary.

- Co my tutaj mamy... kobieta, nie posiadająca dokumentu tożsamości, przepustki podróżnej, sygnatury zakładowej ani kodu identyfikacyjnego... wiek fizyczny oszacowany na dwadzieścia pięć lat standardowych, chociaż istnieje podejrzenie stosowania kuracji odmładzającej... zatrzymana dzisiejszego popołudnia na dolnym poziomie Formalu D po tym jak zabiła lub ciężko zraniła siedmiu mężczyzn. Podejrzana odmówiła składania jakichkolwiek wyjaśnień, identyfikując się równocześnie jak inkwizytor Gideon Ravenor.

Rickens zdjął okulary i przyjrzał się nieznajomym.

- To dość tradycyjny świat i może staroświecki w porównaniu z resztą Imperium, ale wydaje mi się, że imię Gideon wciąż jeszcze pozostaje zarezerwowane dla mężczyzn, prawda?

- Tak - potwierdził młodszy z cudzoziemców.

- A zatem ta kobieta kłamie?

- Tak - odpowiedział młodzieniec - Ale i nie. Chcemy prosić o zwolnienie jej z aresztu.

- Czy to wasza znajoma? - drążył dalej Rickens.

- Koleżanka - odpowiedział młodszy gość.

- Przyjaciółka - odezwał się cicho starszy.

- Zważywszy na jej czyny nie potrafię pojąć...

Młodszy z mężczyzn pochylił się do przodu przerywając wypowiedź Rickensa, położył na biurku niewielkie czarne pudełko. Deputowany otworzył je ostrożnie. Światło elektrycznych lamp odbiło się od inkwizycyjnej odznaki.

Rickens nie okazał żadnych mocji. Wyciągnąwszy z kieszeni kurtki niewielki skaner przesunął nim ponad rozetą.

- Gangsterzy podrabiają czasami coś takiego za pomocą szkła i metalu - wyjaśnił, po czym spojrzał na ekranik skanera - Ta jednakże jest autentyczna. Który z was jest Ravenorem?

- Żaden - odparł młodszy mężczyzna - Podobnie jak kobieta w waszym areszcie, wszyscy dla niego pracujemy. Ponawiam swoją prośbę.

Rickens zastukał palcami w blat biurka.

- To nie takie proste.

- Zamierza pan kwestionować jurysdykcję Inkwizycji, deputowany?

- Na Tron, oczywiście, że nie - Rickens spojrzał twardo na młodszego gościa - Ale istnieją pewne protokoły, procedury. Zdaję sobie sprawę z faktu, iż Inkwizycja posiada władzę zwierzchnią nad każdą inną instytucją na Eustis Majoris i może bez żadnych uzasadnień domagać się zwolnienia licencjonowanego agenta. Ale... raczej spodziewałbym się w takiej sytuacji formalnego żądania ze strony Officio Inquisitorus Planetia. Czegoś formalnego, nie takiej wizyty jak wasza.

- Inkwizytor Ravenor nie chce, by nasza obecność tutaj przybrała charakter formalny, deputowany - wyjaśnił cichym głosem starszy mężczyzna - To byłoby... przepraszam, to mogłoby zakłócić cały przebieg naszego dochodzenia. Chcemy uwolnienia naszej koleżanki oraz wykasowania z systemu wszystkich informacji związanych z jej aresztowaniem.

- Coś takiego wykracza poza moje kompetencje.

- Nie do końca - wtrącił młodszy cudzoziemiec pochylając się znów do przodu - Widzę na pańskim monitorze, że plik dotyczący tej sprawy wciąż posiada zielony status. To zapytanie o potwierdzenie otwarcia sprawy. Może pan ten plik wykasować. Teraz. Tutaj. Jednym stuknięciem palca w klawiaturę.

- Sprzeniewierzę się obowiązkom swego urzędu.

- Przysłuży się pan Imperatorowi - nie ustępował młodszy gość.

Drugi mężczyzna nie powiedział nic i to właśnie przeważyło w dyskusji. Deputowany Magistratum Rickens nie należał do bojaźliwych ludzi, ale w beznamiętnej twarzy starszego gościa czaiło się coś złowieszczego. Rickens ujrzał znienacka oczami swej wyobraźni samego siebie, leżącego bez życia w gabinecie, podczas gdy dwaj anonimowi agenci Inkwizycji znikali w mroku nocy. I po co to wszystko? Dla uporu i lojalności wobec starych ideałów?

Rickens wierzył w imperialne prawo, ale teraz nie pozostało mu już wiele pola do manewru. Kimże był w obliczu prawdziwej, chociaż półformalnej potęgi?

- Dobrze - skinął głową i wstukał na klawiaturze swój kod dostępu kasując plik - Możecie odebrać swoją koleżankę z aresztu numer dziewięć przy południowym wejściu.

- Dziękujemy, deputowany. Pańska współpraca nie pójdzie w zapomnienie.


Minęło zaledwie dziesięć minut od wyjścia tajemniczych gości, kiedy do drzwi gabinetu zapukała zmieszana Plyton.

- Sir? - odezwała się ostrożnie - Wszystkie moje pliki w sprawie Ravenora... znikły.

- Wiem o tym.

- Czego chcieli ci ludzie?

- Zapomnij o tym, Plyton. Wymaż to ze swojego umysłu.

- Ale...

- Zrób, co ci mówię, Plyton. Nic dobrego by z tej sprawy nie wynikło.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 16:52

Jeden z ochroniarzy Sonsala zadzwonił do posiadłości wicedyrektora informując o wieczornych planach szefa. Kiedy samochód przejechał pod przeszklonym portykiem, na gości czekali już lokaje. Sonsal wysiadł z pojazdu, po czym z kurtuazją ujął za dłoń wysiadającą w ślad za nim Kys.

Posiadłość, podobnie jak domy wielu innych możnych mieszkańców Petropolis, znajdował się na najwyższym poziomie miasta. Pomimo ustawicznej klątwy kwaśnych deszczy bogacze postrzegali za coś niestosownego mieszkanie na niższych kondygnacjach metropolii. Dom Sonsala znajdował się w Formalu B, jednym z trzech głównych dystryktów miasta i jedynym przeznaczonym wyłącznie do celów mieszkaniowych. Na północy i zachodzie w niebo wystrzeliwały liczne wieżyce Formali A i C, centra administracji i władz całego podsektora.

Sonsal poprowadził Kys do atrium, skąpanego w żółtawym blasku antygrawitacyjnych kloszy. Ściany pomieszczenia wyklejone były tapetami przedstawiającymi powtarzający się symbol czaszki i koła zębatego, otoczonych złotym laurem. Jeszcze więcej elementów ikonografii Adeptus Mechanicus zdobiło klatkę schodową posiadłości. Zakłady Engine Imperial chlubiły się swymi bliskimi związkami z kultem Boga-Maszyny. Podobnie jak wiele innych firm, Engine Imperial stosowały procesy produkcyjne i schematy konstrukcyjne Mechanicus otrzymane na podstawie licencji i ogromne zyski z tej działalności warte były zarówno sporej dywidendy dla licencjodawców jak i regularnych inspekcji.

Kolejni lokaje czekali wewnątrz atrium. Gospodarz i jego towarzyszka obmyli swe dłonie i twarze w pełnych czystej wody srebrnych miskach.

Sonsal poprosił Kys, by ta zaczekała na niego w ekskluzywnej bawialni.

- Mam pewną sprawę do załatwienia, ale zaraz wrócę.

- Będę czekać - odparła, z całych sił starając się sprawić wrażenie zachwyconej.


Pozostawiona samej sobie, Kys odprężyła się i zaczęła spacerować po apartamencie. Na wyłożonej czarnymi płytkami posadzce pysznił się dywan wyszywany srebrnymi nićmi, fotele miały bogate obicia i wysokie oparcia. W przeszklonych gablotach widniały dzieła sztuki, na ścianach wisiało zaś kilka raczej brzydkich obrazów olejnych i holograficznych.

- Jesteś ze mną? - spytała cicho dziewczyna.

+ Jestem +

- Bardzo słabo cię słyszę. Co się dzieje?

+ Jestem zmęczony. To plus lokalny izolator. Bardzo gruby, bardzo gęsty. Większość rezydencji w Formalu B jest nim obita. Wykazują ogromną odporność na kwaśne deszcze. Żaden bogacz nie chciałby przecież narażać na szwank swojej pięknej posiadłości +

- Jakie to ma znaczenie?

+ Zakłóca transmisje psioniczne. Jedyne, co mogę zrobić, to komunikacja z tobą +

Kys zmarszczyła czoło.

- W porządku, nie zamęczaj się. Dam ci znać, jeśli będę potrzebowała pomocy.

Obeszła bawialnię, mentalnymi impulsami szukając schowków, skrytek, sejfu - chociaż szczerze wątpiła, by Sonsal okazał się aż tak głupi, by umieszczać skrytkę w ogólnie dostępnym pomieszczeniu. Wykryła jednak coś w zachodniej ścianie, coś o rozmiarach małych drzwi. Czuła wyraźnie obecną za ścianą pustkę. Przestudiowała myślami delikatny mechanizm otwierający przejście, przestawiła go ostrożnie. Ukryte drzwi odskoczyły do środka drugiego pomieszczenia. Za progiem znajdował się niewielki gabinet, pełen zastawionych książkami półek. Pod jedną ze ścian stało biurko i skórzany fotel.

Pokręciła wolno głową, badając otoczenie swym szóstym zmysłem. Jej uwagę przyciągnęła trzecia szuflada po lewej stronie biurka.

Jej zamek okazał się znacznie bardziej skomplikowany od zamków w pozostałych siedmiu szufladach; nie pozwalał się otworzyć zwykłym mentalnym impulsem. Dziewczyna została zmuszona do przeanalizowania jego budowy, element po elemencie, porównania wszystkich zębatek i zakładek. Włożony w ten zabieg wysiłek sprawił, że na czole Kys pojawiły się krople potu. Kiedy wreszcie przestawiła ostatnią zębatkę, usłyszała upragniony trzask otworzonego zamka.

Wyciągnęła w dół dłoń i zaczęła otwierać szufladę. Z miejsca dostrzegła trzy niewielkie paczuszki zawinięte w jasnoczerwony papier, leżące na wierzchu pryzmy kopert.

Do jej uszu dotarł dźwięk zbliżających się kroków. Zamknęła szufladę i błyskawicznie przedostała się z powrotem do bawialni, siadając na jednym z fotelu na moment przed wejściem do pokoju Sonsala.

- Moja droga, dobrze się czujesz? Wyglądasz na lekko zdyszaną?

- Wszystko w porządku - odpowiedziała. Wicedyrektor zmierzał w jej stronę. Kątem oka Kys spostrzegła, że nie zamknęła do końca sekretnych drzwi. Jeszcze krok i Sonsal też to zauważy.

- Trochę tu ciepło - uśmiechnęła się wstając z miejsca i rozpinając cztery górne guziki swego brązowego kostiumu. Sonsal natychmiast wpił się wzrokiem w jej wyeksponowany bladoskóry dekolt. Korzystając z jego rozproszenia Kys zaczepiła kinetycznym impulsem o klamkę drzwi zamykając je bezszelestnie.

- Kolacja już podana - oświadczył wicedyrektor - Pozwolisz za mną?


Posiłek okazał się wyśmienity. Niewielkie miseczki z pikantnym goshranem, następnie sałatka z warzyw pochodzących spoza planety, później doskonały sorbet. Lokaje dbali o to, aby kieliszki przez cały czas pozostawały napełnione, serwując kilka świetnych rodzajów win. Kiedy Sonsal nie spoglądał w jej stronę, Kys łykała dyskretnie detoksy. Konwersacja okazała się znacznie mniej interesująca od samego posiłku. Wicedyrektor snuł wywody na temat szlachetnych trunków, o trudnościach w imporcie pozaziemskich warzyw, o kombinacji przypraw, które tworzyły różnicę pomiędzy dobrym, a doskonałym goshranem. Mężczyzna próbował wywrzeć na swej towarzyszce wrażenie i podobnie jak wielu innych pustych intelektualnie bogaczy korzystał w tym celu jedynie z prezentacji swych finansowych zasobów.

Uśmiechała się i kiwała głową, wydając się chłonąć każde padające z ust Sonsala słowo. W międzyczasie skrycie działała. Oboje cały czas pili, ona jednakże na alkohol zdołała się uodpornić farmaceutykiem, wicedyrektor zaś padał coraz większą wina ofiarą. Manipulowała za pomocą myśli molekułami powietrza wokół gospodarza, podnosząc temperaturę jego ciała. Następnie tak sterowała swoimi własnymi feromonami, że trafiały prosto w nozdrza mężczyzny. Pod koniec kolacji Sonsal był już całkowicie upojony, i to nie tylko alkoholem.

Przywołał raz jeszcze kamerdynera nakazując mu napełnić dwie wysokie szklanki amasecem, po czym wyprosił służbę z jadalni.

Potem wzniósł kieliszek w geście toastu, drugą dłonią pocierając spocony kark.

- Moja droga Patience - powiedział - Ten wieczór okazał się prawdziwą rozkoszą. Cały dzień zresztą. Umieściłem moje nowe nabytki w skarbcu. Może poszlibyśmy tam później, aby przejrzeć moje zbiory? Mam kilka eksponatów, które mogłabyś uznać za interesujące.

- Byłoby miło - zgodziła się z uśmiechem.

- Chciałbym ci raz jeszcze podziękować.

- Proszę, Umberto. Nie ma takiej potrzeby. Ta wyśmienita kolacja okazała się nagrodą samą w sobie. Darzysz mnie zbyteczną wręcz atencją.

- Niemożliwe! - zaprotestował natychmiast - W żaden sposób nie można okazać nadmiaru atencji kobiecie o tak niezwykłej urodzie!

- Umberto, wywołujesz u mnie zawroty głowy.

- Cóż za piękna głowa. Cóż za uroda - oświadczył nieco nieskładnie wicedyrektor, po czym upił alkoholu ze swego kieliszka.

Dziewczyna nie przestawała się uśmiechać, ale obserwowała swego rozmówcę ze starannie skrywaną uwagą.

- Jak przypadł ci do gustu amasec, Patience? To czterdziestoletni Zukanac, sprowadzony z gór Onzio.

- Jest wyborny, ale obawiam się, że już zbyt wiele dzisiaj wypiłam. Jeszcze trochę i mogłabym się zapomnieć.

Złapał natychmiast haczyk.

- Moja tolerancja na alkohol jest dość niska ostatnimi czasy - ciągnęła dalej - To przytłumia zmysły, nie sądzisz? Sporo podróżuję i wiem, że są innego rodzaju specyfiki, które odświeżają i oczyszczają w doskonały sposób umysł. Szkoda, że na Eustis Majoris nie można czegoś takiego znaleźć.

Wicedyrektor rozważał przez chwilę w myślach jej słowa.

- Nie powiedziałaś mi jeszcze, czym właściwie się zajmujesz.

- Mam prywatne źródła dochodów. Podróżuję, zwiedzam. To bardzo... wyzwalające przeżycia.

Sonsal pokiwał ze zrozumieniem głową.

- Jesteś zatem otwarta na nowe doświadczenia. Wspaniale się składa. Odłóż swój amasec, Patience, mam dla ciebie coś innego.

Podszedł chwiejnym krokiem do ukrytych drzwi, otworzył je i zniknął na chwilę w środku. Kiedy zjawił się ponownie przy stole, ukrywał coś w dłoni.

- Myślę, że twój pogląd na atrakcyjność Eustis Majoris ulegnie teraz zmianie. To oczyści nasze umysły. Wprawi nas w odprężenie i zrelaksuje, byśmy mogli mile spędzić resztę tego wieczoru.

Kys upewniła się, że na jej twarzy nie rysuje się nic innego oprócz pełnego zainteresowania i aprobaty uśmiechu.

Były to dwa małe twarde kształty, owinięte w czerwony papier. Sonsal ujął dziewczynę za rękę i poprowadził ją w stronę innego stolika, niższego, z dostawioną sofą. Położył obie papierowe kopertki na blacie stolika.

A potem pocałował swą towarzyszkę.

- Co to takiego? - zapytała. Z najwyższą trudnością zdołała się powstrzymać przed zadaniem mężczyźnie ciosu kantem dłoni, który zmiażdżyłby mu tchawicę.

- To flekty. Słyszałaś o nich?

- Nie - zaprzeczyła - Umberto, byłam przekonana, że masz na myśli obscurę albo lucidię.

- Obscura zbyt uzależnia, jeśli chodzi o człowieka na moim stanowisku - wyjaśnił siadając tuż przy niej - A lucidia ma nieprzyjemne skutki uboczne. Wywołuje niepożądane konwulsje, jak na mój gust.

- A te flekty... czym one są?

- To zupełnie coś innego. Są cudowne, wyzwalające. To nowość. Nie będziesz rozczarowana.

Zaczął otwierać z wolna pierwszą kopertkę, rozwijał papierowe opakowanie.

- Skąd one się biorą? - zapytała i mężczyzna wzruszył w odpowiedzi ramionami - Miałam na myśli pytanie, gdzie je zdobywasz?

Sonsal dokończył swój amasec i odłożył kieliszek na blat stolika.

- Mam pewne kontakty. Znajomego, który ma do nich dostęp. To bardzo nieoficjalna sprawa. A zatem...

Wyciągnęła swą dłoń, położyła ją na jego dłoni. Potem pochyliła się do przodu tak, by jej usta znalazły się przy uchu mężczyzny.

- Jest coś, o czym powinieneś wiedzieć, Umberto - wyszeptała.

- Co... co to takiego?

- Jestem przedstawicielem imperialnej Inkwizycji, a ty znalazłeś się właśnie w naprawdę sporych opałach.