PBF - Charleston by Night

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 14 kwietnia 2015, 22:14

- Przyjaciele twoich przyjaciół nie muszą być naszymi przyjaciółmi - Morderca wyszczerzył zęby. - A ja wolę być przygotowany na każdą okazję. Nie martw się, jeśli będą grzeczni, nic się nikomu nie stanie. Ich krew nie ma dla mnie wartości.

Zabezpieczył broń i schował ją do kabury.

- Cieszę się, że się zrozumieliśmy. Daj mi trzy minuty. Spotkamy się przed budynkiem. - wstał i szybkim krokiem wyszedł z biblioteki, kierując się do Sanktuarium. Zebrani usłyszeli jeszcze, jak wchodzi po schodach, przeskakując po dwa stopnie.
Zakładam pancerz, biorę także plecak z bronią długą i uzupełniam 3 PK z moich zapasów osobistych (nie z flakonu). Wychodzę na zewnątrz, siadam na motor i czekam na resztę tej wesołej wycieczki.
Ostatnio zmieniony 14 kwietnia 2015, 22:27 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 14 kwietnia 2015, 23:20

Victoria przysłuchiwała się wymianie zdań pomiędzy Namtarem i Horacym. I jeden i drugi mięli swoje racje i przekonania, z którymi trudno będzie dyskutować, jednak miała nadzieję, że nie wpłynie to w szczególny sposób na ich relacje. Swoją drogą, postawa Zabójcy i jego wypowiedź na temat luksusu wolnej woli były zastanawiające. Nie spodziewała się czegoś podobnego, choć zasługiwało to na głębszą refleksję. Ale ta z kolei, tyczyła się zabijania i perwersyjnej przyjemności, jaką psychopata czerpał z owych aktów, co przerażało ją jeszcze bardziej. Jednak wykazał się profesjonalizmem i jego zachowanie potwierdziło lojalność dla sprawy i Kontraktu. Zatem w tym względzie, jeśli chodziło o środki bezpieczeństwa, Victoria zdecydowanie popierała podejście ochroniarza.

- Namtar jest ochroniarzem nas wszystkich. Jeśli decyduje, że potrzebna mu broń, tak będzie...

Lasombra rozejrzała się po zebranych, szybkim krokiem przemierzając pomieszczenie. Brak czasu i konieczność działania wpływały na nią mobilizująco, czemu dawała wyraz swoją postawą i zachowaniem. Była podekscytowana zbliżającym się spotkaniem z kontaktem Szczura, jednak te myśli postanowiła zostawić na czas podróży.

- Jeśli chodzi o spotkanie, pojedziemy we trójkę. Samochód już czeka. Kiedy wrócimy, zajmiemy się resztą... spraw. - spojrzała na Lucjana i zwróciła się do Terrego i Gavina.

- Porozmawiajcie z nim. Jednak zaznaczam. Nie ma możliwości, byś opuścił ten dom bez naszej zgody i wyjaśnień. Ale to już chyba rozumiesz. W przeciwnym razie... No cóż, zawsze możesz stracić swoją duszę... znowu... - podeszła spokojnie do Lucjana, stojącego na uboczu, przyglądając mu się z zastanowieniem. Pochyliła się delikatnie i zmysłowo dotknęła jego ramienia.

- ... mam nadzieję, że nie sprawisz, bym mogła żałować, że nie będzie Cię tu, kiedy wrócę... Czekaj na mnie... - ostatnie słowa wyszeptała, patrząc Ravnosovi prosto w oczy. Kiedy jej długie palce dotknęły policzka, po jego ciele mimowolnie przebiegł dreszcz, a spojrzenie na chwilę z bystrego stało się zamglone. Victoria lubiła ten moment, kiedy niewidzialne macki i wici zaczynają splatać swoją pajęczynę w zmysłowym tańcu...

Powoli odsunęła się od Lucjana, obdarzyła go czarującym uśmiechem, po czym ruszyła do wyjścia, wyjmując z kieszeni marynarki telefon komórkowy. Odwróciła się jeszcze, by sprawdzić co z Horacym.
Spoiler!
W słowach "czekaj na mnie" używam Dominacji i Prezencji na Lucjanie. Nie wiem dokładnie jak to rozegrasz, więc czekam na info.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 15 kwietnia 2015, 13:31

Terry siedział w jednym z foteli, przyglądając się w zamyśleniu pozostałym członkom koterii. Wszyscy byli poddenerwowani, każdy z własnych powodów. W pomieszczeniu wyraźnie dało się wyczuć smak zniecierpliwienia. Nawet Gavin nie wyglądał na tak szczęśliwego jak można było by się spodziewać.

Horacy właściwie zdecydował już o składzie ekipy wyruszającej na spotkanie z Ludźmi-Krukami. Co znaczyło że Terry będzie mógł zamienić parę słów z Lucjuszem. Kiedy reszta już uda się w drogę. A Mroczna Pani skończy go zastraszać.

Czuł się trochę dziwnie. Początkowy szok powoli zanikał, zostawiając po sobie pustkę. I wątpliwości. Do milczącego Malkaviana dotarł fakt, że oto skończył się rozdział w jego nieżyciu. Bardzo długi i bolesny. I nie bardzo wiedział co dalej. Owszem, będzie miał teraz czas i możliwość dokładnego zbadania ciążącej na nim klątwy. Tylko że, problem polegał na tym iż nie bardzo umiał się odnaleźć w świecie, w którym nie będzie już musiał wiecznie uciekać. Przynajmniej na razie. I może nawet nie chodziło o brak przystosowania, po prostu Terry nie miał najmniejszego pojęcia gdzie zacząć. Oczywiście jak tylko skończy badać tajemnicę śmierci Mędrca w Czerwieni. O ile skończy. I o ile nie okaże się, że wcale nie skończył uciekać. Słowa Horacego, o próbie nakarmienia kogoś złego i prastarego nie umknęły jego uwadze.

Umknęła mu natomiast chwila w której Komitet do spraw Korax'ów opuścił pomieszczenie. Został jedynie z dwójką Ravnos'ów. Z których żaden nie wyglądał na szczęśliwego. Poczekał aż zajmą miejsca siedzące, zastanawiając się, o co właściwie mógł wypytać tego bardziej znerwicowanego. Na szczęście z pomocą pospieszył mu Gavin.

- Lucjuszu, opowiedz proszę Terryemu po kolei, jak się odnalazłeś z moim sobowtórem. Gdzie byliście, z kim i jak się kontaktowaliście, jakiego rodzaju zlecenia zdarzyło ci się robić w tej okolicy, w jakich rejonach Charleston się obracałeś. Może słyszałeś jakieś pogłoski, które zwróciły twoją uwagę? A może przydomek Blue Crane coś ci mówi? - zadając ostatnie pytanie Gavin badawczo spojrzał na swego przyjaciela, czego nie dało się nie zauważyć.

- I nie zapomnij dodać, dla kogo wykonywaliście to zlecenie - Terry podkreślił słowo "to", jednocześnie wskazując rękoma ogół budynku w którym się znajdowali. - i proszę bądź szczery. Jeśli uda nam się dojść do porozumienia zanim wróci reszta z nas, nikt nie będzie miał powodu by cię dalej męczyć i wypytywać i najpewniej będziesz mógł zająć się swymi sprawami.
Spoiler!
Nadwrażliwość i empatia i wszystko co trzeba na pełnej piździe, chcę wiedzieć czy ten roztrzęsiony typ mówi prawdę.
Ostatnio zmieniony 15 kwietnia 2015, 15:31 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 15 kwietnia 2015, 23:52

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 09.08.1993 Po północy

Lucjan skinął głową gdy Victoria skończyła swoją wypowiedź. Gdy wychodziła z biblioteki rzekł:

- Będę tutaj czekał moja pani. Mam gorącą nadzieję, że wkrótce znów się spotkamy - szelmowski uśmiech zagrał na jego ustach.

Po chwili Lucjan został w pokoju tylko z Terrym i Gavinem. Po słowach przyjaciela, Ravnos odezwał się:

- To była Victoria...? Oj przepraszam, coś mówiłeś Gavinie...? Dobra, więc powtórzę jeszcze raz, to co ci już powiedziałem. Dzisiaj widzę jest jakiś dzień długich, nocnych rozmów - westchnął. - Ostatnio jak się widzieliśmy, wbiłeś mi przyjacielsko kołek... Nie powiem, by mnie to wtedy cieszyło... W każdym razie szopa się zapaliła, normalnie, kurwa, ubaw miałem po pachy. Szkoda, ze cię ominęła ta impreza. Ale uratował mnie chyba jakiś strażak. W ogóle była to dość szybka i sprawna akcja. Mam na myśli straż pożarną.

Przerwał na chwilę, jakby zbierając myśli.

- Niecały miesiąc temu, odkopałeś moje ciało na cmentarzu w Pittsburghu. Okazało się, że leżałem w letargu ponad dwadzieścia lat. Jak zgadujesz, ucieszyłem się jak cholera. Powiedziałeś mi, że cały czas myślałeś, że zginąłem i przez przypadek trafiłeś ma trop mojego ciała... Takie tam łzawe kawałki. Chociaż muszę przyznać, że z początku byłeś bardzo przekonywujący. Trochę mi nie grało, że gdy pytałem o szczegóły, nie chciałeś o tym mówić, albo szybko zmieniałeś temat rozmowy. Cóż, może powinienem być bardziej czujny - skrzywił się.

- Pomyślałem naiwnie, że te dwadzieścia lat dużo zmieniło i że Gavin też się zmienił. Na każde osobiste pytanie reagowałeś niechęcią i opryskliwością, więc po pewnym czasie przestałem zachowywać się jak kiedyś. - wzruszył ramionami. - Oczywiście było kilka skoków i robiliśmy to co zawsze, ale inaczej... Nie zorientowałem się, że to nie ty, bo kurwa uwierzyłem, że jednak chciałeś mnie odnaleźć. Emocje zasłoniły mi oczywistą prawdę... Poza tym miałem nadzieję, że może ci przejdzie czy coś... Ty miałeś więcej kontaktów, a ja po dwudziestu latach nieobecności straciłem wszystko. Więc załatwiałeś robotę... i pewnego razu przyjąłeś robotę od kogoś z Charleston. Powiedziałeś, że włamanie będzie banalne - nagle Lucjan przerwał i rozejrzał się nerwowo.

- Bo wiesz kiedy dom będzie pusty - powiedział szeptem. Wyraz jego twarzy zmienił się, w oczach zaś pojawił się paranoiczny błysk. - Chodziło głównie o Imperial Order of the Master Edenic Groundskeepers. Mówiłem, że to jakiś tajny Kult Gehenny... Mieliśmy znaleźć tutaj informacje, kto do niego należy w Charleston. Poza tym ważne też było, kto należy do innych klubów VIPa, jak Tal'mahe Ra, Inconnu, Arcanum. Wszystko szło bez kłopotów do momentu, gdy zostałem zdradziecko wepchnięty do tego pokoju i uwięziony w pieprzonym horrorze... Wtedy zrozumiałem, że nie pracuję z Gavinem.

Przerwał nagle i zamrugał gwałtownie. Po chwili powrócił do wątku.

- Cholernie mnie ten dom przeraża do tej pory, ale Victoria kazała mi czekać... - Lucjan rozluźnił się nieco. - Kurde, a nie wierzyłem w miłość od pierwszego wejrzenia. Teraz wierzę. Kopnęło mnie, cholera, więc wytrzymam. Blue Crane to jakiś złodziej bez honoru i zasad. Kij mu w plecy. Nie wiecie może kiedy zobaczę Victorię? Piękne imię... Victoria... Rany, mógłbym je powtarzać godzinami. Myślicie, że mam u niej szanse? W sumie... Niezła z niej laseczka, nie? - uśmiechnął się nieco głupkowato, spoglądając niepewnie za zebranych.
Spoiler!
Test Empati ST:7 = 2 sukcesy. Lucjan mówi prawdę i zdajesz sobie sprawę, że ten dom bardzo źle działa na jego psychikę. Wiesz, że jeszcze wczoraj całkiem załamał się psychicznie i efekty są widoczne do teraz. Widzisz także efekty agresywnego użycia Prezencji przez Victorię.
Spoiler!
Test Empati ST:7 = 2 sukcesy. Lucjan mówi prawdę i zdajesz sobie sprawę, że ten dom bardzo źle działa na jego psychikę. Wiesz, że jeszcze wczoraj całkiem załamał się psychicznie i efekty są widoczne do teraz. Widzisz także efekty agresywnego użycia Prezencji przez Victorię.
[center]***[/center]
Charleston WV 410 Elizabeth St, klub Empty Glass 09.08.1993 Po północy

Ulice o tej porze nie były zbyt zatłoczone i droga do lokalu Empty Glass przebiegła spokojnie. Horacy i Victoria wymienili kilka zdań w limuzynie na temat Coraxów. Na miejscu znaleźli się niecały kwadrans po wyjściu z domeny. Zatrzymali samochód kilkaset metrów wcześniej, aby dojść na miejsce pieszo. Wszystko z wskazówkami Horacego, który doskonale znał okolicę i wiedział, gdzie się udają. Namtar także zatrzymał swój motor niedaleko limuzyny. Parking o tej porze był praktycznie pusty.

- Odczekajcie minutę i możecie wchodzić. Będę w cieniach - powiedział krótko Assamita, po czym ciało jego zmieniło się w strzęp ciemności, który zniknął pod jednym z samochodów.

Przed wejściem do klubu stało kilku nastolatków z butelkami w rękach rozmawiających o trudach życia codziennego. Jakaś para całowała się oparta o mur. Nieumarli minęli kilka aut stojących na chodniku i skierowali się do tylnego wejścia. Wąska alejka skręciła w prawą stronę, ukazując stalowe drzwi. Otoczenie oświetlała jedna lampa, wokół której latały ćmy i komary. Horacy ruszył przodem. Znał zwyczaje panujące w tym miejscu. Gdy znalazł się przed drzwiami zapukał trzy razy, odczekał chwilę i zapukał ponownie - tym razem dwukrotnie. Po chwili oboje usłyszeli szczęk metalowej zasuwy. Drzwi zaskrzypiały niczym zirytowany Primogen Nosferatu, ukazując postać w meloniku z symbolem pająka. Mężczyzna przed trzydziestką poprawił okulary, jakby chciał dokładniej przyjrzeć się swoim gościom.

- Witam i zapraszam - odezwał się. Gest jego ręki wydawał się zarazem uprzejmy i dystyngowany.

[center]Obrazek[/center]
Para wampirów weszła do środka. Do ich uszu dotarła hałaśliwa muzyka z wnętrza lokalu, zniekształcona nieco przez ściany budynku. Znajdowali się w magazynie, wypełnionym pieczołowicie poukładanymi na sobie skrzynkami, butelkami i beczkami. W jednym z kątów skupiły się zdezelowane meble. Głownie stoliki i krzesła barowe. Na środku paliły się tylko dwie żarówki, zwisające na długich kablach. Ich niespokojne światło zdawało się mnożyć cienie w pomieszczeniu. Niektóre z nich wydawały się niemal jak żywe. Mimo to jednak dawały one na tyle dużą ilość światła, że Nieumarli mogli bez trudu przyjrzeć się swojemu gospodarzowi.

Alferd zignorował ich zainteresowanie i prowadził ich w głąb magazynu. Za jednym z regałów ujrzeli schody do piwnicy, z których skorzystał Corax. Horacy był już tutaj kilka razy, ale nigdy w towarzystwie Brooksa. To Flynn wtajemniczył go w tą miejscówkę. Gdy zeszli na dół, od razu zobaczyli podniszczony fotel, na którym leżał pokaźnych rozmiarów kruk. Ptak miał zamknięte oczy, najwyraźniej był nieprzytomny. Wyposażenie reszty pokoju wskazywało na to, iż odbywają się tutaj nielegalne gry hazardowe. W kącie stał nieco przykurzony stół do ruletki.

- Nazywam się Alfred Brooks - przedstawił się Corax, ujmując dłoń Victorii. - Rozumiem, że to pani Victoria, o której wspomniałeś, Horacy. Miło panią poznać - chłodne usta pozostawiły delikatne muśnięcie na skórze Lasombra.

- To jest Flynn i jak widzicie, niestety nie czuje się kwitnąco - Alfred wskazał na leżącego kruka. W jego głosie znać było głębokie zatroskanie. - Powiedziałeś przez telefon, że potraficie pomóc... - zwrócił się pytająco do Horacego.
Dla Namtara: Jesteś w środku. Obserwujesz spotkanie z szybu wentylacyjnego. Masz dobry widok na całą sytuację. Wiesz, że nie ma tutaj nikogo poza Brooksem i członkami koterii.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 16 kwietnia 2015, 10:31

Horacy podszedł szybkim krokiem do Flynna i przykucnął. Ocenił z troską stan zdrowia swojego przyjaciela. Mówił bardzo szybko.

- Rozumiem, że to stało się wczoraj . Tak jak wszystkim pozostałym. Jeśli tak to najlepsza byłaby magia, skoro to właśnie magia krew zabrała. Jednak tej nie mamy. Ale mamy coś mocnego, naszą krew... Nie mówię tu o przemianie, tylko o chwilowym wzmocnieniu. Po niej na pewno nie umrze, nie wiem tylko jak na nią zareaguje jego organizm. Nigdy tego nie robiłem z Coraxem. Na pewno Vitae zatrzyma zegar który mu tyka. Wydaje mi się, że wówczas w najgorszej sytuacji wpadnie w szał, z czym możemy sobie jakoś poradzić. To rozwiązanie... wyłącznie dla przyjaciela, nie szasta się tak sobie takim darem.

Spojrzał na Alfreda wyczekująco.
- Jeśli oboje nie macie nic przeciwko, to Victoria to powinna zrobić. Jej krew jest mocniejsza niż moja. Decydujcie się prędko czas ucieka.
Ostatnio zmieniony 17 kwietnia 2015, 23:22 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 16 kwietnia 2015, 19:23

Victoria stała nieco z boku, obserwując zarówno Brooksa, jak i postawę i zachowanie Horacego. Po wymianie uprzejmości z Coraxem, skupiła się bardziej na ciele kruka, leżącym na starym, zniszczonym siedzisku fotela. Jego czarne pióra odbijały złowieszcze refleksy światła z nagiej żarówki, a sam zapach tego miejsca... Nazwanie go przyjemnym byłoby wielkim nadużyciem. Mimo to, Lasombra z wielkim zaciekawieniem podeszła bliżej, przyglądając się ptakowi.

Wiedziałam, że będziesz chciał dać mu krwi. Logiczne, twierdzisz że jest Twoim przyjacielem. Jednak czy jesteś w stanie zaufać mej krwi na tyle, by pozwolić mu ją pić? Skoro to Twój przyjaciel, powinieneś sam to zrobić Horacy... Wątpię, by siła Vitae miała tu jakieś znaczenie, ale o tym oboje wiemy. Dlatego zastanawia mnie, dlaczego chcesz zrobić z niego mojego dłużnika. Mały Szczurze... mały przebiegły Szczurze... Podoba mi się to. Jednak pamiętaj, że to dopiero początek.

Victoria delikatnie uklękła obok fotela, spoglądając na Alfreda z pytaniem w oczach.

- Horacy ma rację, panie Brooks. Krew rzeczywiście mu pomoże. Zbyt dużo jej stracił ostatniej nocy... Jeśli pozwolisz, oddam mu część swojej. Ale tylko za twoją zgodą...

Spoglądała na zmartwione oczy Coraxa, próbując wyczytać cokolwiek z jego zachowania. Mogłaby mu nawet współczuć, jednak świadomość, kim był, robiła swoje. I Victoria doskonale pamiętała, po co tu się zjawili. A jeśli całe to zdarzenie sprawi, że będą mięli za co być wdzięczni, tym lepiej dla ich sprawy. Jednak widok cierpiących istot zawsze wywoływał u niej uczucie smutku i nostalgii.

- Alfredzie... mamy mało czasu... Jaka jest Twoja odpowiedź? - wypowiedziała ostatnie słowa spokojnie i delikatnie, tak jak przemawia się do zwierzęcia, które jest przerażone i zranione. Pozwoliła, by łagodny i spokojny głos wyraził jej emocje i chęć pomocy. Bo zależało jej na tym, bu pomóc temu krukowi.
Jeśli Brooks się zgodzi, wlewam we Flyna 4 Punty Krwi. Z nadgarstka.
Victoria jest szczerze zmartwiona stanem Flyna i będzie chciała mu pomóc. Z wielu powodów.
Ostatnio zmieniony 16 kwietnia 2015, 19:34 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 17 kwietnia 2015, 00:14

Charleston WV 410 Elizabeth St, klub Empty Glass 09.08.1993 Po północy

- Znam wartość krwi wampirów i wiem, jakie ma właściwości - odezwał się Brooks. - Niektórzy waszego z rodzaju poją nią ludzi, a także piją z nich nazywając krwawymi lalkami. To co wyprawia się w Nyctofili... Cóż, nie powiem, by to było zdrowe. Klienci tego lokalu zaczynają gadać o niezwykłych rozkoszach jakie serwuje się wybrańcom. Pijawki stają się coraz bardziej nieostrożne, na ulicach jest coraz więcej plotek... I to bynajmniej nie z naszej winy - uśmiechnął się lekko.

Spojrzał ponad okularami na Victorię. Jego oczy wydały jej się dziwnie pełne światła:

- Możesz dać mu swojej krwi, jeśli chcesz mu pomóc. Zważ jednak, iż dowiedzą się o tym wszyscy Zmiennokształtni w Charleston. Tak więc jeśli twe intencje są czyste przyniesie ci to zaszczyt. Jeśli jednak nie jesteś pewna swego serca, lepiej strzeż się.

Lasombra wysłuchała Alfreda i skinęła głową. Pasmo włosów opadło jej na czoło, gdy delikatnie, zębami rozcięła swój nadgarstek. Podniosła rękę pozwalając krwi spływać do dzioba Coraxa. Gęsta czerwień sączyła się powoli. Victoria trzymała głowę ptaka w takich sposób, aby ten nie utopił się przy całej operacji. Brooks obserwował ją uważnie, lekko pochylony. Po chwili odezwał się do Horacego:

- Flynn miał olbrzymie szczęście. Gdy to się stało przebywał razem z Jasperem z Opustoszałych na miejscowym cmentarzu. Jasper się nie przyznał, ale obalali tam taniego winiacza opowiadając sobie różne strasznie historyjki. Powiedział, że przez skórę Flyna wysączyły się nagle setki czerwonych kropelek, które po chwili złączyły się w karmazynową chmurę i odleciały. Zaklinał się, że to nie była jego wina i że nic nie kombinował tej nocy. Dzieciak. Ale później powiedział coś ważnego...

Alfred przerwał na chwilę i zamyślił się, jakby starał się odpowiednio ułożyć słowa:

- Chwilę wcześniej, nim stało się to nieszczęście, Jasper ujrzał, iż jeden z pierścieni na ręku Flynna zaczął emitować energię magiczną. Potem nasz przyjaciel zemdlał, a wystraszony Jasper nie wiele myśląc, zabrał go i przyniósł do mnie. Prawie całkowicie wytrzeźwiał przy tym z wrażenia. Najnowsze wieści mówią, że podobne rzeczy spotkały kilku Garou i Magów. Oczywiście, Krew na Twarzy zapewne niedługo o tym usłyszy. O ile już nie usłyszał... - westchnął ciężko.

Krew wciąż płynęła, zasilając wycieńczone ciało Coraxa. Przyczajony w mroku Asamita śledził każdą spadającą kroplę. Doskonale wyczuwał jej zapach, co sprawiało, że mógł sobie wyobrazić także smak...

Victoria już po krótkiej chwili zorientowała się, iż jej działanie wywiera odpowiedni efekt. Leżący ptak zaczął oddychać głębiej i nastroszył pióra. Pozwoliła, aby proces trwał dalej. Pozostała dwójka obserwowała ją w skupieniu. Victoria odezwała się:

- Wystarczy... Myślę, że teraz szybko stanie na nogi - powiedziała, odkładając głowę kruka na bok, aby zalizać ranę.

Na efekt nie trzeb było jednak długo czekać. Flynn otworzył nagle swoje czarne oczy, które z początku wydawały się nieco zmętniałe. Jego wzrok jednak szybko nabrał ostrości. Ptak podniósł dziób do góry trzepocząc skrzydłami i kracząc zawzięcie. Po chwili zebrani zobaczyli jak Corax zmienia swoją formę przekształcając się w młodego mężczyznę. Jego ubiór był typowy dla przedstawiciela gotyckiej subkultury. Victoria nigdy nie była świadkiem przemiany żadnego z Zmiennokształtnych, było więc to dla niej nadzwyczaj piękne i oryginalne doświadczenie. Na Horacym nie wywarło to większego wrażenia. Był przyzwyczajony do przemian swego przyjaciela. Assamita przyglądał się całej scenie z uwagą, korzystając z możliwości zdobycia nowej wiedzy na temat Zmiennokształtnych. Flynn rozejrzał się, siedząc na krześle. Przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, później jednak uśmiechnął się szeroko, spoglądając na znajome mu osoby.

- Horacy? Alfred...? O kurde, chłopaki, co ja tu robię? Niezła impreza musiała być, bo nic nie pamiętam. Jasper to szuja, a mówił, że nic mi po tej flaszce nie będzie... - Corax poprawił się na fotelu, przyjmując nieco bardziej pionową pozycję.

[center]Obrazek[/center]
- Horacy przyprowadził swoją przyjaciółkę. To krew Victorii pozwoliła Ci obudzić się. Musimy pilnie porozmawiać... - odpowiedział Brooks. W jego głosie znać było ulgę. - Zdejmij szybko ten pierścień i odłóż go na bok. To prawdopodobnie dzięki niemu zostałeś zaatakowany.

Flynn błyskawicznie ściągnął z palca jeden z pierścieni jaki znajdował się na jego dłoniach, po czym położył go na stoliku obok.
Dalsza rozmowa potwierdzała dokładnie to, co zostało już powiedziane wcześniej przez Alfreda. Flynn dodał kilka istotnych szczegółów, choć nie mógł się opanować, by nie dorzucić garści ploteczek. Po kilkunastu minutach wymiany zdań, Brooks podsumował:

- A więc powiadasz, że ten pierścień należał do jakiegoś wampira, który został zaatakowany jakieś dwa lata temu, w zaułku, między budynkami przy Morris St. Cztery pijawy ubrane jak zbiry wywlekły faceta ubranego w drogi garnitur i spuściły mu taki łomot, że umarł. Tak całkiem i na dobre. A gdy się oddalili, poszedłeś tam, zastając rozkładające się zwłoki. Zauważyłeś pierścień, który mu zostawili... Pewnie przez niedopatrzenie. Cóż, mogłeś przynieść go do mnie, pewnie bym coś więcej ci o nim powiedział. Zakładanie go było mocno nierozsądne, nawet jak na twoje standardy...

- Martin Schackler, Ventrue - wtrącił się Horacy - syn Richarda, do dziś nikt nie wiedział, co się z nim naprawdę stało. Primogen mówił, że wyjechał do innego miasta wspierać klan Ventrue... Cholera... I to stało się tutaj, pod moim nosem. Flynn dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? - głos Nosferatu wyrażał lekkie zaskoczenie.

- Mówiłem, na pewno! Chociaż czekaj... Faktycznie, może nie tobie, tylko komuś innemu...? - Corax odpowiedział zmieszany. - Wiesz, jak to jest, tyle się dzieje i zwykle wszystko na raz. Zapomniałem, sorry stary. Poza tym od czasu, gdy zawitali tu ci goście z Sabatu, takie rzeczy się zdarzają, nie?

- Dobrze - przerwał spokojnie Alfred. - Jesteście tu i jak widzę, także chcecie się dowiedzieć, kto stoi za tymi atakami, prawda? Myślę, że warto, byśmy sobie pomogli nawzajem. Mam więc nadzieję, że podzielicie się z nami tym, co wiecie. Może to pomóc innym poszkodowanym, a na pewno pomoże wykryć sprawcę... Rozumiecie, Garou naprawdę się zdenerwowali i lepiej zapobiegać sporom, niż później próbować odbudowywać ruiny.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 17 kwietnia 2015, 11:36

Horacy obserwował spławik. Nigdy nie rozumial dlaczego Otto, jego ghul, tak bardzo lubił łowić ryby. Horacego zawsze denerwowało to że nie widzi jak zachowuje się ryba. Wolałby to wiedzieć. Generalnie wolał widzieć więcej niż inni i ne bardzo lubił bezczynnie czekać. Nagke spławik drgnal ale Otto jeszcze nic nie robił. Czekał na to jedno decydujące wahniecie po czym zaciął wędkę, ryba była jego. Ta część Horacemu się spodobala.

[center]***[/center]
Victoria nachyliła się nad Coraxem a bezcenny dar vitae płynął do Zmiennokształtnego.

Flynn nie umrze. To pierwsze co pomyślał kiedy pochylił się by ocenić jego stan. Gdyby miał umrzeć, już by się to stało. Stracił dużo krwi, jednak działała już regeneracja. Krew Nieśmiertelnej tylko przyspieszyła proces. Choć tego Corax nie mógł widzieć.

Tak być musiało. Ten akt, dużo zmienia. Przybliża bardziej do celu niż się może wydawać.

-Wielu ubiegłej nocy straciło krew jak ty. Gdyby nie twój przyjaciel Annanasi, jak zgaduję, byłoby znacznie gorzej. Nadal może być krucho, jeśli znowu ktoś posłuży się nim by ponowić rytuał. Powinieneś się go pozbyć. Jeśli chcesz mogę ci obiecać, że oddam go ojcu chłopaka, którego zabito.- Horacy wyciągnął otwartą rękę. - Choć nie wiem czy do końca robię dobrze. Może to sięgnie teraz i mnie. Victoria lepiej nakreśli ci te wszystkie złożone sprawy.

Spojrzał na Lasombra i odsunął się w cień. Patrzył spokojnie na Victorię.
Pamiętaj kochana, że na tym świecie nie ma nic za darmo. Nawet uprzejme puszczenie w drzwiach damy jest podświadomym ukrytym oczekiwaniem dżentelmena ale przecież my to oboje wiemy.
Ostatnio zmieniony 17 kwietnia 2015, 14:56 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 17 kwietnia 2015, 20:33

Charleston WV 410 Elizabeth St, klub Empty Glass 09.08.1993 Po północy

Po słowach Horacego zapadła niezręczna cisza. Flynn rozdziawił usta, co często mu się zdarzało, gdy działo się coś dziwnego.

- O kurde, stary - jęknął. - Ale pocisnąłeś...

Alfred powolnym ruchem zdjął okulary, po czym odezwał się do Horacego:

- Sugerowanie, iż jestem jakimś ośmionogim robalem, było z twojej strony bardzo nieuprzejme, truposzu - Powiedział powoli przecierając szkła szmatką. Wydawał się nieco skonfundowany i zniesmaczony sytuacją. - Jestem jednym z starszych Coraxów... I pozwolę sobie przypomnieć, iż gdyby nie twoja bliska znajomość z Flynnem, nie byłoby was tutaj.

Przerwał na chwilę przyglądając się szkłom krytycznie. Najwyraźniej wydały mu się odpowiednio czyste, gdyż założył ponownie okulary.

- Jesteś naiwny, myśląc że oddam ten śliczny, błyszczący pierścionek, tylko dlatego, iż wzruszyła cię jego historia. Jak na pijawkę nawet niezwykle naiwny... Jak to mówią, znalezione nie kradzione - uśmiechnął się lekko. Wydobytą z kieszeni surduta pincetą podniósł zdobioną obrączkę.

[center]Obrazek[/center]
- Poza tym jego wartość obecnie drastycznie wzrosła... Hmmm... Platyna i piękny szafir FL wraz z trzydziestoma dwoma granatami IF, sygnowany... Z pewnością połowa XIX wieku... Cacko warte trzysta sześćdziesiąt tysięcy, biorąc pod uwagę jedynie cenę użytych materiałów. Fakt, iż jest to magiczny artefakt, oraz ogromne przywiązanie, jakie zacząłem do niego odczuwać, oczywiście zwielokrotniają tę kwotę: trzykrotnie. Gdybym był zainteresowany pieniędzmi... - ponownie się uśmiechnął. - Jednak, niefortunnie dla was - nie jestem. Tak więc, jeśli chcecie go kupić, to tylko za naprawdę dobry sekret tego miasta, jestem skłonny przyjąć także przedmiot magiczny o podobnej wartości lub waszą krew. Dość sporo. Znam jej cenę rynkową. Magowie chętnie ją ode mnie odkupią. No dobrze, pożegnaj się z państwem, skarbeńku.

Schował pierścień do wyjętego z kieszeni woreczka pokrytego dziwnymi runami. I westchnął.

- A wracając do poprzedniego toku naszej rozmowy: dalej czekam na informacje o kradzieży krwi. Kto za tym stoi i jaki ma cel? Naprawdę nie rozumiecie powagi sytuacji, prawda? - strzepnął nieistniejący pył z poły swego surduta. - Jeżeli sobie nawzajem nie pomożemy, to już po was. Krew na Twarzy przedkłada działanie nad dyskusje. To popieprzony Achron Wendigo, który ponoć urodził się na polu walki. Jego narodzenie przepowiedziane było w indiańskich pieśniach na długo przed tym, nim Nieumarli zamieszkali w Charleston. Pojawia się z swoją watahą, gdy Zmiennokształtnym dzieje się źle. A ja powiadam wam, iż nie jesteście na to gotowi i nigdy nie będziecie. On nie rozróżnia waszego rodzaju, wszyscy dla niego jesteście sługami Żmija. Podobno Wild Heart błaga o pokój... A ja was proszę o informację...
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 18 kwietnia 2015, 11:13

Horacy jęknął w duchu.

- cóż, serdeczne sorry za pomyłkę... - wyszeptał cichutko.

Czuję się jak wtedy gdy utknąłem nie mogąc się przecisnąć w kanałach. Sytuacja jest podobna. Nie możesz się poruszyć a widzisz jak zaczyna cię zalewać gówno i to aż po sam czubek głowy. Może zbyt często wracam do tamtej krytycznej sytuacji ale... No ale cóż, tych dwóch dni nie zapomnę już chyba nigdy. Tak jak wtedy w kanałach tak i teraz, najlepiej nie otwierać ust.

Nosferatu z wyraźną ulgą przyjął zmianę tematu przez Coraxy.

Strzeliłem gafę przez własną głupotę. Całe to złożone społeczeństwo zmiennokształtnych ma swoje sympatie, zawiści, niechęci i całą gamę innych emocji których nie rozumiem. Lupini nie lubią pewnie Bubasti, Coraxy kogoś innego i tak dalej. Ciekawe co na to wszystko Śledziołaki, bo chyba muszą istnieć jakieś, skoro tyle ich w ocenach... Wszystko to jest bardziej zawiłe niż nawet nasze klany. I w dodatku cholera ich wie kto jest kim. Dopiero w trakcie zmiany formy wiadomo who is who, a wtedy już jest nieco za późno by sobie przyjaźnie pogadać na przykład z takim Lupinem.

Horacy rozmyślał oglądając na cacuszko. Kiedy Flynn schował go do sakiewki nagle się obudził.

- Wartość wzrosła? Chyba diametralnie spadła. Po pierwsze jest przeklęty i nie wiadomo co robi. Po drugie jeśli Richard się dowie, że masz pierścień jego syna to wszystkie pióra ci z dupy powyrywa, żeby go odzyskać i dowiedzieć się skąd go masz. Podobnie postąpi osoba która posłała Martina na łono Abrahama i nie lubi zbędnych świadków. Dobrze, że na szczęście nikomu się nie chwaliłeś znaleziskiem. - uśmiechnął się paskudnie, wiedząc że było dokładnie odwrotnie.

- Możesz jednak nadal na tym nieźle zarobić, jeśli tylko znajdziesz profesjonalnego pośrednika, który da ci anonimowość i ma doświadczenie w zapewnieniu bezpieczeństwa tak dużej transakcji. No ktoś kto się na tym zna musi potwierdzić autentyczność i wartość. Nie wiem tylko czy mogę mówić dalej. - Horacy spoglądał dwuznacznie na Victorię to na Flynna, a złośliwy uśmieszek ustąpił miejsca chytrej mince.

- Co do kradzieży krwi to szczerze mówiąc temat wypłynął wczoraj, nagle i sprawa prywatna z która do Ciebie przychodzę schodzi na dużo dalszy plan. Mamy świadomości powagi sytuacji. Książę nakazał spotykanie, na którym okazało się, że wielu z naszej rodziny straciło krew. Niektórzy z tragicznym skutkiem. Atak był skierowany w nas, w rodzinę. Niestety rykoszetem oberwali też zmiennoszktałtni i nikt nie wie dlaczego. Nie wiemy też kto za tym stoi, choć myślę że utalentowany mag mógłby doprowadzić nas do niego po tym co właśnie schowałeś do woreczka. Znasz może kogoś takiego? A może Jasper zna?

- Wczoraj mieliśmy do ciebie jeszcze jedną półprywatną sprawę ale w tak poważnej sytuacji nie wiem czy warto się nad nią teraz pochylać. Victorio co myślisz?
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 18 kwietnia 2015, 12:46

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 09.08.1993 Po północy

Brat Terry w skupieniu wysłuchał historii Lucjusza. Widział, że mówi prawdę i widział ogrom emocji, które nim targały. To nerwowe zachowanie, trochę przypominało mu jego samego. Oczywiście w chwilach kiedy czuł na plecach oddech swego Ojca. Jak wcześniej tego wieczoru w Elizjum. Tyle, że Potworem Ravnosa, jak się okazywało, był Pulhu-Imel. Chociaż ten, zupełnie jak wcześniej Terry, nie miał pojęcia jak nazywa się jego koszmar.

Mając w pamięci wczorajsze zachowanie gościa, począł zastanawiać się, jak właściwie mógł ukoić jego nerwy. Z doświadczenia wiedział, że w takich chwilach żadne słowa pocieszenia nie będą miały wystarczającej mocy. Nie chciał zdradzać zbyt wielu szczegółów, tylko czy bez tego uda mu się do niego dotrzeć?

- Wierzę w twoje słowa, Lucjuszu, bo wiem że niosą prawdę. Teraz ty posłuchaj moich, bo i one nie kłamią. Nie musisz już obawiać się tego domu. Bo my jesteśmy jego gospodarzami, a ty naszym gościem. W ten sposób, możesz być absolutnie pewny, że nic ci nie grozi. To co stało się wcześniej, stało się dlatego, że byłeś intruzem. Odetchnij więc proszę spokojnie.

- W swojej historii wspomniałeś o Gavinie biorącym zlecenie w Charleston. Mam rozumieć, że to jedyna robota jaką tu mieliście? To ważne. Może opowiedz wszystko dokładnie od chwili kiedy tu przybyliście.

I przestań już z tą Mroczną Panią. W ogóle dlaczego ona to zrobiła? Przecież ja i Gavin mieliśmy z nim porozmawiać. I jak ja mam z nim porozmawiać, skoro on wzdycha do niej i nie może się skupić. Czy ona to robi z braku szacunku do mnie, czy z braku zaufania? Tak jak na spotkaniu u Księcia. Ja jej mówię że nie mogę wyjść na środek, a ona mnie tam woła. Brak szacunku, zaufania czy ma mnie za nieporadną ciapę, która nie będzie w stanie zatrzymać Ravnosa w domu? I czemu urok miłosny, nie mogła mu po prostu rozkazać tu czekać? Ciekawe co by powiedziała, gdyby ktoś jej tak zrobił. Hey, zaraz...

- A jeśli chodzi o Victorię, nie martw się. Wróci tu całkiem niedługo. Przecież wiesz, że nie kazała by ci czekać. To było by wszakże bardzo niemiłe z jej strony, a z pewnością dostrzegłeś już, że ona nie jest tego rodzaju osobą - Terry mrugnął do Łucjusza porozumiewawczo. - Mogę ci podpowiedzieć, że jej ulubione kwiaty to czarne róże, uwielbia komplementy a nade wszystko mężczyzn którzy dotrzymują danego jej słowa.
Kiedy go uspokajam, używam demencji "pasja", żeby wytłumić jego strach do poziomu obojętności, a mówiąc o Viktorii, tą samą mocą podkręcam mu na maxa emocje które obecnie do niej żywi.

Dla Terrego OD MG: Test Demecji 1: Stłumienie strachu 0 sukcesów. Podbicie miłości wywołanej Prezencją 3 = 4 sukcesy. Terry nie będzie wiedział jak dobrze mu wyszło użycie mocy, więc nie wykorzystuj informacji o sukcesach. To jest głównie info dla mnie.
Ostatnio zmieniony 18 kwietnia 2015, 15:22 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 18 kwietnia 2015, 13:49

Charleston WV 410 Elizabeth St, klub Empty Glass 09.08.1993 Po północy

Kiedy Victoria skończyła poić krwią kruka, delikatnie zalizała ranę na swoim nadgarstku i pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku. Utrata Vitae nie stanowiła dla niej problemu. Ciekawiło ją, jak szybko zmiennokształtny dojdzie do siebie. Kiedy jego oczy rozwarły się, początkowo zaskoczenie i dezorientacja szybko zastąpiło bystre i żywe spojrzenie. Jego przemiana na oczach Lasombry stanowiła akt czystej magii, fascynujący i piękny zarazem. W chwilach takich jak ta, wampirzyca podziwiała złożoność i mistyczne piękno owego aktu, świadectwo istnienia sił, o których wcześniej jedynie czytała w starych zakurzonych księgach. Zapamiętywała każdy najdrobniejszy szczegół, pozwalając, by ta chwila zapadła jej w pamięć. Kiedy Flynn stanął na nogi, spokojnie odsunęła się na bok, dając mu nieco więcej przestrzeni. Nie było miejsca, w którym mogłaby usiąść, więc zdecydowała stanąć z boku, przysłuchując się toczącej się rozmowie. Wspomnienie o Ananasim i niezręczna sytuacja, jaka zapadła chwilę potem, zwróciły szczególną uwagę Lasombry, jednak zachowała kamienną twarz, nie dając po sobie poznać ani zaskoczenia, ani przesadnego zainteresowania. Społeczeństwa nadnaturalnych istot jak widać różniły się między sobą, podobnie jak było to wśród Spokrewnionych. Cenne informacje, jednak w tej chwili...

A więc ty jesteś Brooks. Wybacz, nie skojarzyłam za pierwszym razem, choć niektóre rzeczy nie przestają mnie zadziwiać, nawet na te skromne lata, które mam już za sobą. Teraz wszystko nabiera większego sensu... Corax. Przyznaję, że nie spodziewałam się. Świat jak widać jest mały i cieszę się, że w końcu się spotykamy. Pytanie, czy już teraz wiesz, kim jestem. A jeśli nie, to z pewnością niedługo to odkryjesz, drogi Alfredzie... Hah, Horacy... mówisz o pośrednikach i tej błyskotce. A to świadczy o tym, iż nie masz pojęcia, czym pan Brooks się trudni. A to rodzi kolejne pytania...

Victoria przytaknęła głową na ostatnią wypowiedź Horacego, po czym zabrała głos.

- Tak jak Horacy mówił wcześniej... Ów atak magiczny skierowany był głównie w nasz rodzaj, chociaż z drugiej strony, krew to krew. Jej moc, zwłaszcza u istot nadnaturalnych jest potężna. Dlatego nie dziwi mnie fakt, iż swoim zasięgiem objął także innych... Jeśli coś lub ktoś jest na tyle potężny, by doprowadzić do takiej sytuacji, naprawdę mamy poważne kłopoty. Mówię o nas wszystkich. I niech mi pan wierzy, panie Brooks, mamy świadomość, jak niebezpieczne rodzi to konsekwencje. Każdy, kto ucierpiał bądź zginął ostatniej nocy w wyniku tego ataku, musiał w jakiś sposób być powiązany ze sprawcami. Nie bezpośrednio oczywiście. Sam więc pan widzi, że owa piękna poniekąd błyskotka, jest łącznikiem i kanałem, przez który dostali dojście do Flynna. Pomijając jej inne właściwości, jest skażona i przeklęta. Sugeruję popytać wśród innych rannych, czy nie mięli przy sobie podobnych rzeczy... To może być wiele rzeczy... - Victoria zastanowiła się na chwilę, czy informacja którą w tej chwili chciała przekazać, zadowoli chciwe Coraxy - ... począwszy od krwi, po osobiste przedmioty, a nawet podpisy w ważnych księgach... Chociaż z drugiej strony, jeśli Flynn zdobył go tak dawno, sprawa jeszcze bardziej się komplikuje i ten trop może być już zbyt stary.

Obserwowała zebranych, powoli przechadzając się po zakurzonym starym pomieszczeniu. Ruch i swoboda pozwalały się jej skupić i nadawały myślom odpowiedni tor. Rozglądała się również z ciekawością, zastanawiając się nad plamami Ciemności, które drapieżnie krążyły gdzieś w zakamarkach tego budynku, obserwując czujnie każdy ich ruch. Ta świadomość była przerażająca, zarazem jednak dawała poczucie bezpieczeństwa. Przynajmniej w tej chwili. Victoria zbyt dobrze wiedziała, jak szybko Fortuna obraca swoim kołem. I nie miała zamiaru marnować owej okazji. Zaczęła mówić spokojnym, melodyjnym głosem.

- Jak zatem pan widzi, panie Brooks, ów przedmiot w tej chwili nie przedstawia tak wielkiej wartości, jak się może wydawać. Poza tym wycena, której pan dokonał jest nieprofesjonalna, ale tę kwestię pominę z oczywistych względów. Jest za to prawdopodobne, że klątwa, jaka na nim ciąży, zostawiła swój ślad i odpowiednie użycie mocy mogłoby rzucić nieco światła na tych, którzy za tym stoją. Chociaż to jedynie moje przypuszczenia... Nie mniej jednak jestem skłonna wymienić informacje za ten przedmiot. Oboje wiemy, że wartość materialna nie wchodzi tu w grę...

Kiedy jej kroki niosły stłumiony odgłos obcasów na betonowej posadzce, kątem oka Victoria zauważyła ciekawość i błysk w oczach kruków. Ich chęć posiadania wiedzy była fascynująca, a zamiłowanie do plotek jeszcze większe. Tym bardziej, byli dobrym sposobem na rozpuszczenie owej informacji.

Istnieje coś więcej tutaj. A w chwili obecnej, stoję przed dylematem, który ściągnie śmierć na wielu z nas wszystkich. Chociaż z drugiej strony, są rzeczy gorsze od Śmierci, a ja zaczynam dostrzegać fakt, iż cała ta sprawa będzie moją ostatnią... - Ta świadomość obudziła się w niej nagle, jakby z najgłębszych studni jej istoty. Niczym wizja, czy przebłysk czystej świadomości. Zatrzymała się nagle, spoglądając niewidzącym wzrokiem w przestrzeń przed sobą, na chwilę tracąc kontakt z rzeczywistością...

- Tak... chcecie tajemnicy... więc dostaniecie ją. Ale będzie bardzo drogo kosztować, was wszystkich. Jej ujawnienie sprowadzi na was więcej kłopotów, niż chcielibyście przyznać. Ale to zależy już od was samych. - jej słowa wywarły wrażenie na wszystkich zebranych. Spojrzała na Horacego, zastanawiając się, czy wiedział o czym mówi.

- Jak zapewne wiecie, Sabat od dłuższego czasu przebywa w tym mieście. Jak i w wielu innych. Ich walka z Camarillą toczy się każdej nocy. Przewodzą mu wampiry z Klanu Lasombra, uważający się za prawdziwych potomków i spadkobierców nauk swego ojca. Zwą siebie Strażnikami, a ich monopol władzy i okrucieństwo, z którym żelazną ręka trzymają sfory na smyczy, są legendarne wśród naszego rodzaju. Uważają się za jedynych, rządząc bez podziałów i wewnętrznych sporów. Jednak mało kto wie, że są odszczepieńcami i zdrajcami... Gdyby wyszło na jaw, że ich społeczność jest podzielona i nie są tak jednomyślni, cała struktura władzy, i strachu, na której się opierają sektę, ległaby w gruzach... Bowiem nad wszystko inne, Strażnicy tępią tych, którzy sprzeciwili się ich woli odchodząc z Sabatu i nie mogą sobie pozwolić na to, by prawda o ich istnieniu wyszła na jaw. Ci, którzy odeszli znają prawdę o zbrodniach Strażników i zdradzie, której się dopuścili, zabijając swego stwórcę.

Po tej wypowiedzi Victoria musiała chwilę poświęcić, by uspokoić myśli. Zdradzenie tej informacji wywoła niewyobrażalne konsekwencje. Dla niej z pewnością. Jednak dość już miała ucieczki i ciągłego strachu przed Sabatem. Po tylu latach walki i uciekania, w końcu nadarza się okazja, by rzucić kamyk, który wywoła lawinę?

- Jak mniemam, wykorzystacie te informacje. Zaznaczam, iż nawet wśród nas, niewielu o tym wie. A jeśli to wypłynie, Sabat będzie chciał zemsty. I krwi. Mnóstwo. Zatem jak sądzę, owa tajemnica warta jest o wiele więcej, niż ten przeklęty pierścionek. Jego przyjmę w zamian... - Victoria podeszła do Alfreda, stając swobodnie przed nim i spoglądając z zaciekawieniem w oczy, uśmiechając się delikatnie.

- A tak z ciekawości zapytam, skoro potraficie zmieniać się w kruki... jak wiele takich ptaków mieszka tutaj w mieście? I gdzie je można spotkać? Poza tym, w zamian chcę wiedzieć, co planują Garou w mieście i jak wygląda sytuacja. A ponadto, jak dzisiejsze nasze spotkanie wpłynie na wasze stosunki z nimi.
Spoiler!
W rozmowie używam empatii i manipulacji.
Ostatnio zmieniony 19 kwietnia 2015, 10:44 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.

Rellon
Reactions:
Posty: 90
Rejestracja: 03 stycznia 2015, 08:24

Post autor: Rellon » 18 kwietnia 2015, 15:10

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 09.08.1993 Po północy

Gavin nie wiedział czy był bardziej zaskoczony czy zniesmaczony. Zachowanie Lasombry, mające na celu podporządkowanie sobie jego brata było jednak faktem dokonanym. Jak długo zaklęcie pozostanie w mocy? Tego nie wiedział. Zdobył się jednak na daremny trud przemówienia Lucjanowi do rozumu.

- Słuchaj stary, nie będę owijał w bawełnę. Lasencja pojechała Cie dyscypliną i oboje wiemy o której mowa. Z przykrością stwierdzam że weszło jak w masło, więc może zewrzyj zwieracze i zacznij myśleć właściwą głową?

Tu obdarzył go najcieplejszym uśmiechem na jaki było go stać w tym momencie. Uśmiechem który mówił "Mistrzu Iluzji wpadłeś w iluzje". Nie pierwszy raz z resztą...

- Obaj jesteśmy adeptami Iluzji, nieprawdaż? Tak dobrze nią władamy że czasem sami zostajemy schwytani w najprostsze jej odmiany. Jeżeli zaś coś zostało Ci z tej szarej papki którą potocznie nazywamy mózgiem to przypomnij sobie: po co tutaj jesteś. Jesteś tu by odpowiedzieć na kilka prostych pytań i móc wyjść przez tamte drzwi.

- Niech emocje spowodowane przez jakąś gaje* nie zasłonią Ci oczywistej prawdy ponownie. No chyba że chcesz iść w ślady Pierwszego. Przypomnij sobie Pierwszą Pieśń.**

- Co zaś Tyczy się Ciebie Ojczulku, to prosiłbym byś nie okazywał miłosierdzia Swego Pana przez wyrywanie muszkom nóżek i podpalanie motylkom skrzydełek. Chyba ze takie potworne czyny są jednak częścią Twojej natury.. - Zakończył kąśliwie Ravnos.
Gavin zwraca uwagę Ojczulkowi że jego zachowanie było, w jego oczach, widziane jako kopanie leżącego. Daje mu do zrozumienia że chce, by to przesłuchanie skończyło się jak najszybciej i by Lucjan mógł opuścić to domostwo.
- Więc drogi bracie, potrzebujemy danych takich jak adresy, sklepy w których byliście, drogi którymi jechaliście. Imiona lub pseudonimy które pamiętasz lub kojarzą Ci się z tą robotą. Wszystkie drobne szczegóły na które zwróciłby uwagę agent CIA.

Tu zamyślił się chwilę nad możliwościami, po czym dodał.

- Czy wydaje Ci się że mogłeś pracować właśnie dla Imperial Order of the Master Edenic Groundskeepers? Czy ten włam miał zatrzeć po nich ślady?

* Nie cygan. W tym momencie daje mu do zrozumienia wyraźnie że nie jest jedną z nas. Nie podąża naszymi ściezkami i nie zna/szanuje naszych tradycji. Jest obca.
** Zwrot odnosi się do historii przemienienia Ravnosa i jego tragicznej śmierci, spowodowanej przez afekt którym obdarzył kobietę.
Ostatnio zmieniony 19 kwietnia 2015, 11:59 przez Rellon, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 19 kwietnia 2015, 14:05

Charleston WV 410 Elizabeth St, klub Empty Glass 09.08.1993 Po północy

Lubił obserwować, pozostając w ciemności. To było trochę tak, jakby sam nie istniał. Jakby sceny, które rozgrywały się przed jego oczyma stanowiły samoistne fenomeny, niezależne od faktu jego egzystencji. W takich momentach nie myślał o sobie, jako o jednostce. W takich momentach nie miał twarzy, ani imienia. Był częścią ciemności, która czekała na zewnątrz. Która była tam od tysięcy lat, licząc od momentu gdy człowiek po raz pierwszy rozpalił ognisko, chroniąc się przed nią w kręgu ciepła i światła. Wpatrywała się w plecy tych, którzy skupiali się przy płomieniu, czaiła się na granicy widzenia, napierała na szyby, rodziła potwory... Był ciemnością. Obserwował. Czekał...

Opowieść Lasombra przypomniała mu inne historie. Podania jego Klanu, odnoszące się do dni chwały, przed powstaniem przeklętej Camarilli. Do czasu, gdy byli zdolni zniszczyć dwa klany, doprowadzając do upadku ich założycieli. Czy Victoria była świadoma udziału Dzieci Haqima w zniszczeniu założyciela jej linii? Tak naprawdę nie miało to znaczenia i zadał sobie to pytanie jedynie z czystej ciekawości. Mogła nie wiedzieć o tym. Czy w przeciwnym wypadku tak łatwo powierzyłaby mu swoje bezpieczeństwo? Z drugiej strony była Munafaqin i kłamstwo stanowiło jej naturalny żywioł. Jeśli wiedziała, nie zdradziła się niczym. Camarilla yelan abo taareesak*. Ale musiała także zdawać sobie sprawę, że jakiekolwiek wspominanie o tym, zakończyłoby się jej śmiercią...

To także był powód dla którego Akramah, salla Haqim alajhi wa salam**, wysłał jego. Nie zaś Syna Haqima o czystej krwi - nikt z nich nie zniósłby obecności Lasombra z krwi Montano. Fakt, że udało im się zbiec był wysoce niekorzystny dla Klanu, bowiem to oni ostrzegli Camarillę przed Dziećmi Haqima, wiedząc, jakim są naprawdę zagrożeniem... Klan zapłacił za to hańbą i klątwą, ale Klan nie zapominał. Nigdy. Zemsta była tylko kwestią czasu... Dla niego samego nie miało znaczenia, kto wśród Lasombra uważał się za zdrajcę, a kto za świętego... Wszyscy byli w błędzie, bowiem ich stwórca był martwy. Jak kości na pustyni i jak gwiazdy, zagasłe nad E'nesh... I nic nie mogło tego zmienić.

Wiedział, że tylko śmierć Lasombry pozwoliła na postanie jego własnej linii. Krew Kuffrów musiała być czysta, pozbawiona wpływu Przedpotopowca, aby Wola Haqima (subhanahu wa ta'ala***) mogła przejawić się dzięki niej. Synowie Haqima zatopią kiedyś kły w tym, co pozostało z potomków Montano. A wtedy Shadowsleyers, pomiot Nar Mataru, zniszczy potomstwo Gratiano, w odwecie za to, iż pozbawił Klan krwi swego ojca... Tej nocy zemsty, ciemność, którą uważali za swą sojuszniczkę powstanie przeciwko nim. Albowiem oni tylko próbowali władać mrokiem narzucając mu swoją wolę - tak jak narzucali ją śmiertelnym i innym Bękartom Khayyina. Lecz Shadowsleyers byli ciemnością, dziećmi Tiamat zrodzonymi z Woli Haqima i zemsta nad Strażnikami należała do nich...

Lecz ta noc nie nadejdzie dziś jeszcze. Wiedział o tym. Instynktownie czuł także, że rozpozna ją w swoim czasie i będzie wiedział, co ma czynić... In sza' Haqim****... Na razie jednak wypełniał Wolę w inny sposób. Był ciemnością. Obserwował. Czekał...



* arab. Camarilla, niech będą przeklęte twoje dziwki.
** arab. Pokój i błogosławieństwo Haqima niech będą z nim.
*** arab. Niechaj będzie wychwalony i wywyższony.
**** arab. Jeśli Haqim pozwoli - tu w znaczeniu: Zgodnie z Wolą Haqima.
Ostatnio zmieniony 20 kwietnia 2015, 14:00 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 19 kwietnia 2015, 15:57

Charleston WV 410 Elizabeth St, klub Empty Glass 09.08.1993 Po północy

Alfred słuchał z zaciekawieniem słów Victorii, albowiem wydały mu się dużo bardziej wartściowe niż to, co prezentował sobą Horacy. Propozycja Lasombry zrobiła wrażenie na starszym Coraxsie, który postanowił podbić stawkę:

- A więc mówisz, że Hoqax i reszta jego rodzaju to niegrzeczne dzieci, które zrabowały majątek rodziców...? - uśmiechnął się lekko.

- Hmmm... Ciekawe Dorzuci pani więcej szczegółów, trochę imion związanych z tą historią oraz jakieś dowody, które ją potwierdzają i mamy deal. Zaiste schlebia mi pani troska, ale proszę się nie przejmować moim bezpieczeństwem i zemstą Sabatu. Liderzy pokroju Democritusa, czy Hoqaxa nie pozwolą sobie na zaatakowanie nas. W okolicznych lasach roi się od Garou. To święta ziemia Nieskalanych i nikt nie chce z nimi zadzierać. Krew na Twarzy jak dotąd dopadał i zabijał każdego kto skrzywdził któregoś ze Zmiennokształtnych. Według Wendigo zemsta jest sprawą honoru.

Przerwał na chwilę, by poszukać czegoś w kieszeni. Rozmyślił się jednak widać po chwili, bo zaprzestał działania i powrócił do przerwanego wątku rozmowy.

- Co do kruków - odezwał się z roztargnieniem. - najwięcej ich siedzi na Cmentarzu Spring Hill. Tam nikt im nie przeszkadza. Pytasz co planują Garou? Przecież już mówiłem, ale z przyjemnością powtórzę... Chcą wyrwać wasz rodzaj jak chwast, który zatruwa tą ziemię. Teraz mają konkretny powód ku temu, ale oboje wiemy, że ktoś, kto za tym stoi chce wykorzystać sytuację. Tak więc darowałbym sobie te pogróżki, panie Horacy... My i Garou lubimy się bardzo i to się na pewno nie zmieni - uśmiechnął się szeroko. - Wszyscy w tym mieście wiedzą, że gdy potrzebują rzadkich informacji lub kuriozalnych przedmiotów, powinni przyjść do mnie.
Podczas dalszej rozmowy nastąpi wymiana informacji ustalająca szczegóły opowieści Victorii. W końcu Corax zgodzi się sprzedać pierścień za te dane oraz umowa zakłada przesłanie pocztą z Antykwariatu książki z informacjami potwierdzającymi tę historię. Po spotkaniu koteria opuści budynek. Namtar czekał niecałą minutę patrząc na Coraxy po spotkaniu, ale nic ciekawego się nie wydarzyło. Dołączył do Horacego i Victorii przy limuzynie.

Macie pierścień. Wracacie do domeny, czy chcecie coś jeszcze zrobić? Deklaracje na PW.
Spoiler!
Test Wiedzy o Rodzinie ST:8 = 3 sukcesy. Wiesz, że to co powiedziała Victoria jest prawdą, choć mogłeś nie znać dokładnych szczegółów. Podczas rozmowy dowiesz się, że niejaki Gratioano podczas Rewolucji Anarchistów zdradził Przedpotopowca i prawdopodobnie zdibolizował go. Padnie także imię Montano, jako jedynego, który sprzeciwił się Gratioano. Montano jest starszym bratem dla Gratioano i obaj są synami Lasombry. Dowiesz się, że Montano obecnie reprezentuje prawdziwą tradycję klanu Lasombra, a jego potomkowie przyłączyli się do Camarilli.
[center]***[/center]
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 09.08.1993 Po północy

Słowa Gavina odbiły się od Lucjana niczym przysłowiowy groch o ścianę. Jego wyraz twarzy zdradzał szalejący w nim tajfun emocji. Ravnos odezwał się:

- Dyscyplina? Niemożliwe, to jest coś więcej... Czuję to wyraźnie! Nawet jeśli użyta została magia, to wierz mi, nie miała na mnie wpływu. To spotkanie było nam przeznaczone! Tak się podnieciłem na samą myśl ujrzenia ponownie tej cudownej i intrygującej piękności. Kurwa mać Gavin, ja znów żyję - powiedział wskazując na spodnie w kroku.

- Żartowałem, że brakuje mi krwi i mogę zasilić nią swoje magiczne organy - uśmiechnął się łobuzersko. - Chyba nie jesteś na mnie zły? No rozchmurz się i nie bądź zazdrosny braciszku! Też mam prawo się trochę zabawić nie? Dobra, Gavinie już mówię wszystko... Ale od razu zaznaczam, że jest moja i zaklepałem sobie ją. Wara z łapami od jej pięknej... postaci - powiedział z nawiedzonym błyskiem w oczach.

- Ojcze ciebie nie podejrzewam, że będziesz zainteresowany Victorią - zwrócił się nagle do Terrego. - To chyba nie przystoi księdzu. Co jeszcze możesz mi o niej powiedzieć? Oczywiście będę tutaj na nią czekał. Ta sypialnia na górze jest wolna, nie? Skoro mnie jakoś uratowaliście, to musieliście zabić tego potwora, który mnie złapał. Dobrze... Victoria musi być silna, skoro pokonała takie paskudztwo. Dawno nie spotkałem tak silnej kobiety.

- Gavinie, już ci mówię wszystko co wiem... Ale ona ma klasę, nie? Dobra, do rzeczy... Jak powiem, to będę mógł liczyć na jakąś ekstra nagrodę. Ten, który się pod ciebie podszywał często odwiedzał magazyn przy rzece. Adres 212 Maccorkle Ave SE, oczywiście nie pozwalałeś mi iść z sobą, więc pewnej nocy śledziłem cię jako sowa. Nie wiem, co tam jest. Nie zdążyłem tego sprawdzić.
W dalszej rozmowie Lucjan przekaże wam wszystkie szczegółowe informacje miejscach gdzie spali w dzień (trzy motele) i markę samochodu, którego używali: Zielony Ford Ranger '89. Reszta pozyskanych informacji wyda się wam mało istotna.

Opowieść Ravnosa zajęła nieco czasu. Czy chcecie coś jeszcze zrobić zanim pojawi się reszta koterii? Deklaracje na PW.
Ostatnio zmieniony 19 kwietnia 2015, 16:33 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

ODPOWIEDZ