W Sanktuarium panowała cisza. Żadnych zbędnych pytań, rozmów, kroków, szelestów ubrania - po prostu cisza. Nareszcie był sam.
- nemase-te pulhu-imel, ereshkigal puthra* - pozdrowił Strażnika. - Czy możesz okryć to miejsce ciemnością? Potrzebuję tego...
- Tak, Cieniu Ahrymana -odparł duch głosem suchym niczym tysiącletnie kości. Lśnienie cokołu zgasło, niczym zdmuchnięta świeca i pomieszczenie spowił nieprzebyty mrok.
- Utrzymaj ten stan przez najbliższą godzinę - polecił Łowca.
Niemal natychmiast, odruchowo dostroił się do wszechobecnej ciemności. Jego oczy dostosowały się do panujących warunków, postrzegając otoczenie dzięki mocy Asbu Ilat. Sprawiała ona, iż sprzęty i przedmioty wypełniające sanktuarium zdawały się jeszcze bardziej niesamowite, jawiąc się w dziwnym, widmowym blasku, emanującym z każdej widocznej powierzchni. Na Łowcy jednak nie robiło to większego wrażenia. Ten świat mroku i upiornych lśnień, który nie miał nic wspólnego z normalnym światłem, był dla niego najbliższą rzeczywistością. To światła, istniejącego poza ciemnością obawiał się tak naprawdę. Światło było kłamstwem... Nienawidził go...
Przeszedł przez pomieszczenie kierując się do swego sarkofagu. Czuł zawieszoną wokół siebie ciemność, cierpliwą i przychylną niczym duże zwierzę. Odruchowo pogłaskał przestrzeń. Zdjął kurtkę i położył obok trumny. Ostrożnie zaczął zdejmować podkoszulek. Materiał miejscami przywarł zbyt mocno do rany i Morderca klął chwilami cicho, po arabsku, odrywając go wraz z fragmentami skóry.
Rzucił podkoszulek na bok. Zanotował, że później będzie musiał go wyprać. Z kieszeni plecaka wyjął pudełko naboi i wysypał jego zawartość do kieszeni kurtki. Złożył grubą tekturę czterokrotnie i wsunął sobie pomiędzy zęby. Znał ból, który towarzyszył regeneracji nerwów i w tym przypadku wiedział, że będzie on trwał dość długo. Mógł bowiem uzdrawiać swoje ciało czerpiąc z mocy Tiamat, lecz był to powolny proces. W dodatku posiadał swoje ograniczenia.
Położył się w sarkofagu i poczuł, jak mrok faluje wkoło niego, wsączając się w rany i w sieć żył w ciele. Prawie natychmiast pojawił się ból. Myśli Mordercy odruchowo skupiły się na Ścieżce. Zawsze myślał o niej w takich chwilach. Zacisnął zęby. Fragmenty zir pojawiały się i znikały, zmywane przez czerwone fale cierpienia, gdy zakończenia nerwowe w ciele zaczęły wreszcie działać poprawnie.
Innaa Haqim ła innaa ilajhi raadżi'uun... Hqimumma dżurnii fii musiibatii, łakhluflii khajran minhaa...**
Ból tak naprawdę nigdy nie stanowił dla Mordercy problemu. Nauczył się akceptować go już na początku swojego nieżycia. W zasadzie nie pozostawiono mu zresztą innego wyboru. Później, lata szkolenia w klanie jedynie pogłębiły to przekonanie. Aktualnie więc traktował go jak część rzeczywistości, równie obiektywną i obojętną na to, co o niej myśli, jak deszcz, wiatr, czy księżyc. Ból się po prostu przytrafiał... Nie wstydził się więc go i godził się z jego istnieniem z całkowitym spokojem. Wiedział, że cierpienie jest nieodłącznym elementem egzystencji i w sumie nie umiał sobie nawet wyobrazić swojego nieżycia bez niego... Znał je dobrze z obu stron - zarówno jako kat i ofiara. Czasami wykorzystywał tkwiący w nim potencjał, aby rozładować frustrację... Oczywiście, takie podejście do sprawy całkowicie usuwało z horyzontów jego etyki zagadnienia współczucia, czy empatii. Nie miał litości ani dla siebie, ani dla innych. W zasadzie posiadał jedynie bardzo mgliste pojęcie o istnieniu tego rodzaju wartości... Nie mógł także zanegować faktu, iż zawsze, gdy był przyczyną cierpienia, wzbudzało ono w nim głęboką fascynację. Pewien rodzaj głodu, któremu trudno się było oprzeć... Więc w takich chwilach jak ta, gdy sam go doświadczał, wiedział, że to poznanie pozwoli mu lepiej zrozumieć, co czują ofiary. Była to cena, którą należało zapłacić, aby móc się do nich zbliżyć w momencie śmierci i być może pojąć wreszcie... Lub choćby poczuć przez chwilę... Co tak naprawdę stanowiło istotę tego niepojętego fenomenu zwanego życiem...?
Po godzinie wstał i założył świeży podkoszulek. Skóra na jego twarzy i klatce piersiowej zregenerowała się i była teraz jedynie zaczerwieniona, jak po powierzchownych oparzeniach. Czuł się dobrze. Ból właściwie minął. Jego wcześniejsza obecność wyostrzyła jednak zmysły i dala mu pewne poczucie oczyszczenia. Popełniona niedawno diabolizacja nastrajała go niezwykle optymistycznie. Musiał przyznać, że otworzyły się przed nim nowe perspektywy i odczucie to było swoistym objawieniem. Rozumiał teraz więcej, pojmując głębszy sens swojej nowej pracy. Zaczynał bowiem dostrzegać, iż jest ona znakomitym sposobem na realizowanie Woli Haqima. W jego umyśle pojawiły się słowa pisenki Pink Floyd i Morderca uśmiechnął się zimno:
[center]When you're one of the few to land on your feet,
What do you do to make ends meet?[/center]
Wychodzę z Sanktuarium i piszę esemesa do Crimson Raina z listą zakupów. Chcę, by poinformował mnie o cenie tego wyposażenia i podał dane do przelewu na konto. Wszystko ma być na jutro. Dodaję do tego informację, że ma mi przywieźć także garnitur i torbę z HK G36. Obie te rzeczy są w moim schronieniu.
Sprawdzam dom i zabezpieczenia przy drzwiach. Jeśli wszystko jest w porządku wracam do biblioteki, do reszty drużyny. W tym momencie mam na sobie czarny podkoszulek z napisem "Anyway - people die". Przez ramię mam przewieszone szelki z bronią krótką.
* staropers. Bądź pozdrowiony Pulh-Imel, synu Ereshkigal
** arab. Do Haqima należymy i do Niego będzie nasz powrót... O Haqimie, wynagródź mnie za to nieszczęście i zastąp je czymś lepszym.