PBF - Charleston by Night
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Horacy skończył wypowiedź i po cofnięciu się jakby dostał w głowę obuchem. Ręką poszukał oparcia i opadł na krzesło, po chwili zasłonił twarz jedną ręką próbując dojść do siebie. Wyglądało ty jakby słowa Gavina dosłownie zwaliły go z nóg wprowadzając w ciężki szok. Horacy nie potrafił uwierzyć w to co słyszy.
No to ładnie. Ryzykuję głupie opowiastki księciu o wariatach byle umniejszyć karę a tutaj taki strzał w kolano.
Kiedy Gavin skończył jednak zwlókł się z niemałym trudem z fotela i ponownie zbliżył do rady.
- Za pozwoleniem szanowny książę. Proszę nie mieć za złe tym osobliwym wypowiedziom moich towarzyszy. Mimo iż wspinają się na szczyty elokwencji i etykiety, w ich klanie zarezerwowanej dla kogoś Twego pokroju, to słowa te mogą się wydać w naszych standardach nieco niewystarczające. Ot, najwyraźniej bardziej z dziczą obyci niż z cywilizowanymi zwyczajami Camarilli.
Serdecznie upraszam o łaskawe potraktowanie tych nietaktów ze względu na pamięć Red Wisdoma, który wybrał ich właśnie. A także ze względu na fakt, iż faux pas zdarza się w tym przypadku po raz pierwszy.
Tak skończywszy oddalił się ponownie w tył, a obawa gotowała się w nim wraz ze złością na koterię, jakby w jednym wielkim tyglu.
No to ładnie. Ryzykuję głupie opowiastki księciu o wariatach byle umniejszyć karę a tutaj taki strzał w kolano.
Kiedy Gavin skończył jednak zwlókł się z niemałym trudem z fotela i ponownie zbliżył do rady.
- Za pozwoleniem szanowny książę. Proszę nie mieć za złe tym osobliwym wypowiedziom moich towarzyszy. Mimo iż wspinają się na szczyty elokwencji i etykiety, w ich klanie zarezerwowanej dla kogoś Twego pokroju, to słowa te mogą się wydać w naszych standardach nieco niewystarczające. Ot, najwyraźniej bardziej z dziczą obyci niż z cywilizowanymi zwyczajami Camarilli.
Serdecznie upraszam o łaskawe potraktowanie tych nietaktów ze względu na pamięć Red Wisdoma, który wybrał ich właśnie. A także ze względu na fakt, iż faux pas zdarza się w tym przypadku po raz pierwszy.
Tak skończywszy oddalił się ponownie w tył, a obawa gotowała się w nim wraz ze złością na koterię, jakby w jednym wielkim tyglu.
Ostatnio zmieniony 29 marca 2015, 18:05 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV Muzeum Sztuki 09.08.1993 poniedziałek 23:33
Democritus zwrócił się do Lizelotty:
- Moja droga, proszę przynieś księgę.
- Tak, mój Książę - Toreadorka odpowiedziała i ruszyła w stronę wyjścia.
Książę spojrzał najpierw na Horacego, potem na Ravnosa:
- Panowie, czy prosiłem was o prywatną opinię, o starszych? - pytanie Ventrue zawisło w powietrzu. Democritus podniósł się z fotela i skierował krok ku krawędzi sceny. Odezwał się bardzo pewnym siebie, władczym głosem patrząc prosto na Gavina:
- Pozwoliłem wam wypowiedzieć się na temat magicznego ataku i to wszystko. Natomiast ty Gavinie obrażasz mnie w obecności Primogenu. Sprawę księgi zaraz wyjaśnimy, ale już teraz wiem, że nie traktujecie mnie poważnie. Spodziewałem się po waszej koterii czegoś więcej, a teraz zawiedliście nie tylko mnie, ale także zmarłego Artahasisa. Horacy doskonale wie, że karanie śmiercią jest dla mnie absolutną ostatecznością. Widzę wyraźnie, iż ojciec Terry wierzy w swoje wizje, lecz są one bez pokrycia, jednakże ty Victorio postanowiłaś mnie uraczyć historią bez dowodów... A to oznaczało, że doskonale wiedziałaś, że skończy się to przedłużającą się dyskusją, co dla mnie jest zamierzonym działaniem. Zabieracie mi czas, którego ja tej nocy nie mam. Jako lider koterii pozwalasz, by twój ochroniarz na kontrakcie, przyszedł na moje oficjalne zaproszenie ubrany jak jeden z najemników... Nie tego oczekiwałem po klanie Lasombra i odnioszę nieodparte wrażenie, iż to także było zaplanowanym działaniem. To co tutaj zaprezentowaliście, jest całkowitą farsą. Pozwalasz Victorio, by w mojej obecności Assamita mówił o Śmierci Ostatecznej... Ostrzegłem was podczas pierwszego spotkania, że odpowiadacie za swojego ochroniarza. To co się tutaj wydarzyło jest nie do zaakceptowania.
Democritus stał dalej w władczej pozycji patrząc na członków koterii. Jego twarz była pełna powagi i skupienia. Każdy na sali odczuwał wewnętrzną siłę jaka biła od Ventrue. Nikt z obecnych nie był w stanie się mu przeciwstawić. Horacy wiedział, że gdy Democritus zaczyna dłuższą wypowiedź, po chwili pojawi się ostateczna decyzja:
- Nie będę tolerował takiego zachowania. W testamencie Atrahasis prosił mnie o to, bym nie utrudniał waszego śledztwa... Jednakże nie mogę pozwolić wam wprowadzać dodatkowego zamieszania. Możecie pozostać w mieście, ale w chwili, gdy opuścicie Muzeum nie macie prawa wchodzić do Elizjów znajdujących się na terenie Stanu Wirginia Zachodnia. Horacy - Ventrue zwrócił się do Nosferatu - ciebie zakaz nie obowiązuje. Uznaję, że wasze zachowanie może doprowadzić do kolejnych nieporozumień wśród środowiska Spokrewnionych, którzy żyją tutaj bardzo długo. Skupcie się na zadaniu jakie powierzył was Atrahasis, a może wszyscy na tym bardziej skorzystamy.
Ventrue zrobił krótką pauzę, gdy nagle do sali weszła Lizelotta trzymając w rękach czarną księgę.
- Arneto proszę o przyjrzenie się księdze i potwierdzenie jej autentyczności - Ventrue zwrócił się do Regentki.
- Tak jest mój Książę - Lambert odpowiedziała i natychmiast ruszyła w stronę Toreadorki.
Terry obserwował Spiro, który w pewnym momencie usiadł na fotelu. Z zewnątrz nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Frater jednak wiedział, że spotkała go jakaś straszna kara. Zebrani jej nie zobaczą, aby nie było podejrzeń- pomyślał. Wiedział, że dla Spiro jest już za późno.
Democritus zwrócił się do Lizelotty:
- Moja droga, proszę przynieś księgę.
- Tak, mój Książę - Toreadorka odpowiedziała i ruszyła w stronę wyjścia.
Książę spojrzał najpierw na Horacego, potem na Ravnosa:
- Panowie, czy prosiłem was o prywatną opinię, o starszych? - pytanie Ventrue zawisło w powietrzu. Democritus podniósł się z fotela i skierował krok ku krawędzi sceny. Odezwał się bardzo pewnym siebie, władczym głosem patrząc prosto na Gavina:
- Pozwoliłem wam wypowiedzieć się na temat magicznego ataku i to wszystko. Natomiast ty Gavinie obrażasz mnie w obecności Primogenu. Sprawę księgi zaraz wyjaśnimy, ale już teraz wiem, że nie traktujecie mnie poważnie. Spodziewałem się po waszej koterii czegoś więcej, a teraz zawiedliście nie tylko mnie, ale także zmarłego Artahasisa. Horacy doskonale wie, że karanie śmiercią jest dla mnie absolutną ostatecznością. Widzę wyraźnie, iż ojciec Terry wierzy w swoje wizje, lecz są one bez pokrycia, jednakże ty Victorio postanowiłaś mnie uraczyć historią bez dowodów... A to oznaczało, że doskonale wiedziałaś, że skończy się to przedłużającą się dyskusją, co dla mnie jest zamierzonym działaniem. Zabieracie mi czas, którego ja tej nocy nie mam. Jako lider koterii pozwalasz, by twój ochroniarz na kontrakcie, przyszedł na moje oficjalne zaproszenie ubrany jak jeden z najemników... Nie tego oczekiwałem po klanie Lasombra i odnioszę nieodparte wrażenie, iż to także było zaplanowanym działaniem. To co tutaj zaprezentowaliście, jest całkowitą farsą. Pozwalasz Victorio, by w mojej obecności Assamita mówił o Śmierci Ostatecznej... Ostrzegłem was podczas pierwszego spotkania, że odpowiadacie za swojego ochroniarza. To co się tutaj wydarzyło jest nie do zaakceptowania.
Democritus stał dalej w władczej pozycji patrząc na członków koterii. Jego twarz była pełna powagi i skupienia. Każdy na sali odczuwał wewnętrzną siłę jaka biła od Ventrue. Nikt z obecnych nie był w stanie się mu przeciwstawić. Horacy wiedział, że gdy Democritus zaczyna dłuższą wypowiedź, po chwili pojawi się ostateczna decyzja:
- Nie będę tolerował takiego zachowania. W testamencie Atrahasis prosił mnie o to, bym nie utrudniał waszego śledztwa... Jednakże nie mogę pozwolić wam wprowadzać dodatkowego zamieszania. Możecie pozostać w mieście, ale w chwili, gdy opuścicie Muzeum nie macie prawa wchodzić do Elizjów znajdujących się na terenie Stanu Wirginia Zachodnia. Horacy - Ventrue zwrócił się do Nosferatu - ciebie zakaz nie obowiązuje. Uznaję, że wasze zachowanie może doprowadzić do kolejnych nieporozumień wśród środowiska Spokrewnionych, którzy żyją tutaj bardzo długo. Skupcie się na zadaniu jakie powierzył was Atrahasis, a może wszyscy na tym bardziej skorzystamy.
Ventrue zrobił krótką pauzę, gdy nagle do sali weszła Lizelotta trzymając w rękach czarną księgę.
- Arneto proszę o przyjrzenie się księdze i potwierdzenie jej autentyczności - Ventrue zwrócił się do Regentki.
- Tak jest mój Książę - Lambert odpowiedziała i natychmiast ruszyła w stronę Toreadorki.
Democritus nie używa żadnej z Dyscyplin. Polega tylko i wyłącznie na swoich umiejętnościach. Test Autorytetu modyfikowany przez okoliczności. Dodałem +2 do ST za sytuację w jakiej się znalazł za sprawą waszych wypowiedzi. ST:8 = 5 sukcesów. Democritus okazuje się potężnym władcą. Nikt z was nie podważy, tego co powiedział Ventrue.
[center]***[/center]Terry obserwował Spiro, który w pewnym momencie usiadł na fotelu. Z zewnątrz nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Frater jednak wiedział, że spotkała go jakaś straszna kara. Zebrani jej nie zobaczą, aby nie było podejrzeń- pomyślał. Wiedział, że dla Spiro jest już za późno.
Ostatnio zmieniony 29 marca 2015, 18:59 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Wystąpienie i przemowa Democritusa dość jasno i klarownie uświadomiły Victorii, jak bardzo cała sytuacja wymknęła się spod kontroli. W istocie, mogli tę partię rozegrać zupełnie inaczej, jednak w tej chwili mleko się rozlało, a Lasombra w środku aż gotowała się z bezsilnej złości i gniewu, skierowanego w stronę Gavina.
Głupcze... Książę zarówno wczoraj, jak i dzisiaj, wyświadczył nam niebywały zaszczyt, zapraszając nas na prywatną audiencję. Nie każdy może się tym poszczycić, a nasza koteria, z uwagi na testament starca, otrzymała już na samym wstępie bardzo wiele możliwości działania i swobody, jak również inne przywileje... chociażby w postaci Domeny. Więc czemu do ciężkiej cholery... nie widzisz tego prostego faktu?... Nawet jak na przedstawiciela niezrzeszonego klanu, twoje zachowanie świadczy o totalnej ignorancji... Oby to się udało jeszcze rozwiązać...
Victoria wstała ze swojego miejsca, spoglądając na Księcia i Radę.
- Książę, jeśli pozwolisz... - z widocznym w napięciem w sylwetce, Victoria popatrzyła na Democritusa, oczekując przyzwolenia na zabranie głosu.
- Zwracam się w imieniu nas wszystkich, abyś Książę wraz z całą Radą, przyjął głębokie i szczere słowa przeprosin za ujmę i nietakt, której jako koteria jesteśmy przyczyną. Zapewniam, iż sytuacje takie jak ta, nigdy więcej nie powtórzą. - wypowiadając te słowa, skłoniła się w głębokim geście szacunku dla majestatu Księcia...
Victoria miała świadomość, że w chwili, gdy decyzja o sankcjach zapadła, lizanie butów przyniosłoby wiele więcej niepotrzebnych komplikacji. Gdy jej sylwetka nadal była pochylona, zwróciła się do Gavina, warcząc.
- Radziłabym, byś w tej chwili zrobił to co należy...
Głupcze... Książę zarówno wczoraj, jak i dzisiaj, wyświadczył nam niebywały zaszczyt, zapraszając nas na prywatną audiencję. Nie każdy może się tym poszczycić, a nasza koteria, z uwagi na testament starca, otrzymała już na samym wstępie bardzo wiele możliwości działania i swobody, jak również inne przywileje... chociażby w postaci Domeny. Więc czemu do ciężkiej cholery... nie widzisz tego prostego faktu?... Nawet jak na przedstawiciela niezrzeszonego klanu, twoje zachowanie świadczy o totalnej ignorancji... Oby to się udało jeszcze rozwiązać...
Victoria wstała ze swojego miejsca, spoglądając na Księcia i Radę.
- Książę, jeśli pozwolisz... - z widocznym w napięciem w sylwetce, Victoria popatrzyła na Democritusa, oczekując przyzwolenia na zabranie głosu.
- Zwracam się w imieniu nas wszystkich, abyś Książę wraz z całą Radą, przyjął głębokie i szczere słowa przeprosin za ujmę i nietakt, której jako koteria jesteśmy przyczyną. Zapewniam, iż sytuacje takie jak ta, nigdy więcej nie powtórzą. - wypowiadając te słowa, skłoniła się w głębokim geście szacunku dla majestatu Księcia...
Victoria miała świadomość, że w chwili, gdy decyzja o sankcjach zapadła, lizanie butów przyniosłoby wiele więcej niepotrzebnych komplikacji. Gdy jej sylwetka nadal była pochylona, zwróciła się do Gavina, warcząc.
- Radziłabym, byś w tej chwili zrobił to co należy...
Ostatnio zmieniony 31 marca 2015, 22:13 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.
Małe trybiki w głowie złodzieja pracowały z prędkością dobrze naoliwionego mechanizmu. Zrozumiał że popełnił niemałe faux-pas*, trzeba było je odkręcić jak najszybciej. Spróbował+ przekuć ten katowski miecz na coś innego, póki żelazo gorące. Odczekał na dogodny moment, po czym rozpoczął wypowiedź. Mówił w stylu korporacyjnego pracownika, który właśnie wrzucił do niszczarki bardzo ważne papiery.
- Z trudem wynikającym z własnej dumy, jednak przyznaje racje Victorii i Horacemu. Jak każdy wędrowiec wyrażam się raczej prostacko i opisuje co widzę w sposób najbardziej bliski temu, co sam czuję. Przepraszam jednak, jeżeli uraziłem zebranych tu członków i członkinie Rodziny. Wynika to z mojego nieobycia, powinienem z większa troską i uwagą odnosić się do zwyczajów i tradycji kultury w której przebywam - Tu przerwał na chwilę, oceniając czy Democritus pozwoli mu kontynuować. Jako że nie było wyraźnego gestu by zamilknąć, kontynułował.
- Dlatego proszę Cie Książe, przez wzgląd na pamięć Red Wisdom'a, o akt łaski. Nie dla mnie, jako żem wykazał nieuprzejmość, a głupota nie zwalnia od konsekwencji czynu, lecz dla pozostałych członków koterii, których los pokarał takim towarzyszem. Są oddani sprawie i dużo bardziej światli w sprawach Camarilli i tego jak należy poczyniać sobie by nie wywoływać nieporozumień.
- Takie embargo jednak znamienicie utrudni, jeżeli nie uniemożliwi im rozwiązanie tej Mrocznej Tajemnicy, która miała miejsce na terenie Charleston. Gdyby nie było to tak istotne, nie marnowałbym nawet chwili Twego czasu po usłyszeniu wyroku i zniknął jak zły sen o zmierzchu. Z tego miejsca jeszcze raz przepraszam i nie podważam słuszności wyroku, proszę jednak o ponowne rozpatrzenie sankcji.
- Z trudem wynikającym z własnej dumy, jednak przyznaje racje Victorii i Horacemu. Jak każdy wędrowiec wyrażam się raczej prostacko i opisuje co widzę w sposób najbardziej bliski temu, co sam czuję. Przepraszam jednak, jeżeli uraziłem zebranych tu członków i członkinie Rodziny. Wynika to z mojego nieobycia, powinienem z większa troską i uwagą odnosić się do zwyczajów i tradycji kultury w której przebywam - Tu przerwał na chwilę, oceniając czy Democritus pozwoli mu kontynuować. Jako że nie było wyraźnego gestu by zamilknąć, kontynułował.
- Dlatego proszę Cie Książe, przez wzgląd na pamięć Red Wisdom'a, o akt łaski. Nie dla mnie, jako żem wykazał nieuprzejmość, a głupota nie zwalnia od konsekwencji czynu, lecz dla pozostałych członków koterii, których los pokarał takim towarzyszem. Są oddani sprawie i dużo bardziej światli w sprawach Camarilli i tego jak należy poczyniać sobie by nie wywoływać nieporozumień.
- Takie embargo jednak znamienicie utrudni, jeżeli nie uniemożliwi im rozwiązanie tej Mrocznej Tajemnicy, która miała miejsce na terenie Charleston. Gdyby nie było to tak istotne, nie marnowałbym nawet chwili Twego czasu po usłyszeniu wyroku i zniknął jak zły sen o zmierzchu. Z tego miejsca jeszcze raz przepraszam i nie podważam słuszności wyroku, proszę jednak o ponowne rozpatrzenie sankcji.
1.Przemawiam z podstawową wiedzą o etykiecie.
2.Używam subterfuge. Chce przekonać zebranych iż Ravnos zrozumiał swój błąd, żałuje go i jest skory do "poprawnego" zachowania w przyszłości.
3. Używam punktu siły woli.
*Za Wiki : nieświadomie popełniony nietakt, pogwałcenie niepisanych reguł danej społeczności. To, co jest przyjęte w jednej kulturze, może być uznane za gafę w innej.2.Używam subterfuge. Chce przekonać zebranych iż Ravnos zrozumiał swój błąd, żałuje go i jest skory do "poprawnego" zachowania w przyszłości.
3. Używam punktu siły woli.
Ostatnio zmieniony 31 marca 2015, 13:42 przez Rellon, łącznie zmieniany 1 raz.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV Muzeum Sztuki 09.08.1993, Przed Północą
Democritus z kamienną twarzą wysłuchiwał przeprosin i trudno było tak naprawdę ocenić, co myśli na ten temat. W tym czasie Regentka niespiesznie przeglądała księgę. Namtar stał dalej bez ruchu, maksymalnie skoncentrowany na wszystkich w sali teatralnej. Nagle jego wewnętrzny zmysł się obudził, ostrzegając przed niebezpieczeństwem. Ktoś umrze niedługo... - pomyślał nie zadając sobie do końca sprawy dlaczego. Intuicyjnie spojrzał na Spiro, który siedział wygodnie w fotelu mając zamknięte oczy. Terry także patrzył prosto na swojego stwórcę, jak gdyby czekając... Pozostali członkowie koterii patrzyli na zgromadzony Primogen i Księcia, martwiąc się o dalszy rozwój sytuacji. Nagle powieki Spiro podniosły się, a z jego ust dobyły się słowa:
- Słuchaj najemny, uzależniony od krwi kundlu - zwrócił się bezpośrednio do Namtara. - Nic po za tym nie widzisz, prawda? Jesteś już trupem. Ślepym trupem. Cały twój klan to kpina! Camarilla powinna was wytłuc wieki temu! Nie obronisz Terrego przede mną, nikogo nie obronisz... A teraz wychodzę i będę czekał na ciebie przed Muzeum.
Malkavian podniósł się z fotela i ruszył w stronę wyjścia.
Regentka dalej przyglądała się czarnej księdze, jak gdyby nie zanotowała wypowiedzi Aurina. Jednak oczy wszystkich pozostałych przesuwały się to na Spiro to na Assamitę. W ciszy, która zapadła Książę odezwał się spokojny głos Księcia:
- Furio natychmiast odprowadź panów Namtara i Aurina Spiro na zewnątrz.
Max Damage dorzucił swoje:
- Malkavianom zawsze brakowało jakiegoś bezpiecznika...
- Max, założę się o stanik Angie Braun, że ten wykidajło go wypatroszy - odezwał się Rusty.
- Myślę, że Aurin go podpuszcza... Stawiam gołębie pocztowe na Spiro.
- Uciszcie się obydwaj - odezwała się Viger, po czym Brujah i Nosferatu zamilkli, z uśmiechem na twarzy opierając się na fotelach.
W głowie Mordercy odezwał się władczy głos Ventrue:
Obraził Twój honor. Masz moje pozwolenie na zgładzenie go, ale uszanuj moje zasady, tak jak honoruję waszą tradycję.
Morderca uśmiechnął się powoli w sposób, który mógł się wydawać całkiem miły tym, którzy nie znali go bliżej. Skinął głową. Szeryf zwróciła się do Namtara:
- Idziemy Assamito.
Spiro w tym czasie był już w połowie drogi do wyjścia. Odwrócił się nagle i dodał:
- Nie chciałbym, by zebrani byli świadkami jak twoja nic nie warta krew plami posadzę tego Elizjum - to powiedziawszy ruszył ponownie ku drzwiom.
Namtar uśmiechnął się szerzej. Wraz z Furią ruszył za Malkavianinem.
Democritus z kamienną twarzą wysłuchiwał przeprosin i trudno było tak naprawdę ocenić, co myśli na ten temat. W tym czasie Regentka niespiesznie przeglądała księgę. Namtar stał dalej bez ruchu, maksymalnie skoncentrowany na wszystkich w sali teatralnej. Nagle jego wewnętrzny zmysł się obudził, ostrzegając przed niebezpieczeństwem. Ktoś umrze niedługo... - pomyślał nie zadając sobie do końca sprawy dlaczego. Intuicyjnie spojrzał na Spiro, który siedział wygodnie w fotelu mając zamknięte oczy. Terry także patrzył prosto na swojego stwórcę, jak gdyby czekając... Pozostali członkowie koterii patrzyli na zgromadzony Primogen i Księcia, martwiąc się o dalszy rozwój sytuacji. Nagle powieki Spiro podniosły się, a z jego ust dobyły się słowa:
- Słuchaj najemny, uzależniony od krwi kundlu - zwrócił się bezpośrednio do Namtara. - Nic po za tym nie widzisz, prawda? Jesteś już trupem. Ślepym trupem. Cały twój klan to kpina! Camarilla powinna was wytłuc wieki temu! Nie obronisz Terrego przede mną, nikogo nie obronisz... A teraz wychodzę i będę czekał na ciebie przed Muzeum.
Malkavian podniósł się z fotela i ruszył w stronę wyjścia.
Regentka dalej przyglądała się czarnej księdze, jak gdyby nie zanotowała wypowiedzi Aurina. Jednak oczy wszystkich pozostałych przesuwały się to na Spiro to na Assamitę. W ciszy, która zapadła Książę odezwał się spokojny głos Księcia:
- Furio natychmiast odprowadź panów Namtara i Aurina Spiro na zewnątrz.
Max Damage dorzucił swoje:
- Malkavianom zawsze brakowało jakiegoś bezpiecznika...
- Max, założę się o stanik Angie Braun, że ten wykidajło go wypatroszy - odezwał się Rusty.
- Myślę, że Aurin go podpuszcza... Stawiam gołębie pocztowe na Spiro.
- Uciszcie się obydwaj - odezwała się Viger, po czym Brujah i Nosferatu zamilkli, z uśmiechem na twarzy opierając się na fotelach.
W głowie Mordercy odezwał się władczy głos Ventrue:
Obraził Twój honor. Masz moje pozwolenie na zgładzenie go, ale uszanuj moje zasady, tak jak honoruję waszą tradycję.
Morderca uśmiechnął się powoli w sposób, który mógł się wydawać całkiem miły tym, którzy nie znali go bliżej. Skinął głową. Szeryf zwróciła się do Namtara:
- Idziemy Assamito.
Spiro w tym czasie był już w połowie drogi do wyjścia. Odwrócił się nagle i dodał:
- Nie chciałbym, by zebrani byli świadkami jak twoja nic nie warta krew plami posadzę tego Elizjum - to powiedziawszy ruszył ponownie ku drzwiom.
Namtar uśmiechnął się szerzej. Wraz z Furią ruszył za Malkavianinem.
Dla Gavina: Test cwaniactwa ST:9 = 3 sukcesy. Jesteś pewien, że udało ci się przekonać zebranych do tego o czym mówiłeś. Wyszło ci to naprawdę dobrze, jednak Książę swojej decyzji nie zmienił. Starsi przyjęli przeprosiny i przeszli nad tym dalej, nie drążąc więcej tematu.
Ostatnio zmieniony 02 kwietnia 2015, 12:23 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
A dokąd ty tak szybko popierdalasz bratku.. Nie wiem czy mnie ktoś słyszy ale nie dać mu wyjść tak łatwo! Jeśli to stoi za rytuałem to za chwilę ucieknie.
- Odnoszę przedziwne wrażenie, iż jest Pan bardziej zainteresowany wyjściem niż wynikiem studiów Pani regent nad księgą. Skąd taki pośpiech do walki? Wszak wszyscy jesteśmy, zdawać by się mogło, cywilizowanymi istotami. Nie musimy się bić niczym para uczniaków i to w publicznym i tak widocznym dla śmiertelnych miejscu jak pod muzeum. Kto wie jakie dyscypliny używać będzie asamita przy zagrożeniu życia? Być może w maskarada, której oni przecież nie przestrzegają zostanie naruszona. Panie Spiro proszę to przemyśleć, nie możemy sobie pozwalać tak szybko na kolejną wpadkę po kradzieży krwi. Czy nie można wybrać ustronnego miejsca? Z drugiej strony - Horacy się uśmiechnął serdecznie - z całą pewnością już za chwilę się okaże, że oskarżenia Terrego to wierutne brednie i być może wówczas asamita odstąpi od obrony kłamcy i sabatnika. Więc całe to narażanie maskarady pod elizjum będzie zbyteczne.
Obrócił się skłaniając lekko w kierunku księcia lecz kątem oka nadal zerkał na Spiro.
- Odnoszę przedziwne wrażenie, iż jest Pan bardziej zainteresowany wyjściem niż wynikiem studiów Pani regent nad księgą. Skąd taki pośpiech do walki? Wszak wszyscy jesteśmy, zdawać by się mogło, cywilizowanymi istotami. Nie musimy się bić niczym para uczniaków i to w publicznym i tak widocznym dla śmiertelnych miejscu jak pod muzeum. Kto wie jakie dyscypliny używać będzie asamita przy zagrożeniu życia? Być może w maskarada, której oni przecież nie przestrzegają zostanie naruszona. Panie Spiro proszę to przemyśleć, nie możemy sobie pozwalać tak szybko na kolejną wpadkę po kradzieży krwi. Czy nie można wybrać ustronnego miejsca? Z drugiej strony - Horacy się uśmiechnął serdecznie - z całą pewnością już za chwilę się okaże, że oskarżenia Terrego to wierutne brednie i być może wówczas asamita odstąpi od obrony kłamcy i sabatnika. Więc całe to narażanie maskarady pod elizjum będzie zbyteczne.
Obrócił się skłaniając lekko w kierunku księcia lecz kątem oka nadal zerkał na Spiro.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 01 kwietnia 2015, 22:40 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Idąc ku drzwiom, Aurin Spiro obejrzał się na Horacego, rzucając mu chmurne spojrzenie, spod zmarszczonych brwi:
- Zamilcz ścierwojadzie i lepiej zajmij się swoimi karzełkiem! Czy wiesz w ogóle co on robi, gdy cię nie ma? - zachichotał jadowicie, po czym wyszedł z sali.
Za nim pospieszyli: Namtar z Furią dalej zaś Gavin, Frater Terry, Max i Rusty. Dwaj ostatni zdawali się pogrążeni w cichej rozmowie, wymieniając uwagi na temat powziętego zakładu. Gdy wszyscy zainteresowani pojedynkiem opuścili Salę Teatralną, Regentka odezwał się do reszty zebranych:
- Czarna Księga jest autentyczna. Nie ma możliwości, by ktoś mógł ją sfałszować... - urwała na chwilę, po czym dodała, znacznie już ostrożniej - Jednak mam pewne przypuszczenia, że to co powiedział Terry może być prawdą. Niestety, ale by potwierdzić moje podejrzenia będę musiała zabrać wolumin do Fundacji. Oczywiście Książę za twoim przyzwoleniem - skłoniła lekko głowę czekając na odpowiedź Democritusa.
- Popieram - wtrąciła się Sidonia, która dotąd siedziała w milczeniu. - Chciałabym, aby ta sprawa została dogłębnie wyjaśniona. Najlepiej jak najszybciej, czasu bowiem nie mamy... Ten atak, może być częścią czegoś większego. Och! To dopiero początek, jestem tego pewna. Kolejne noce będą coraz trudniejsze dla naszego rodzaju...
- Wystarczy - mruknął Sidoni Richard i poruszył się nerwowo. Trudno było ocenić, czy ponury ton przepowiedni w słowach Malkavianki zniesmacza go, czy niepokoi.
Democritus zwrócił się do Regentki, która złożywszy księgę na kolanach, czekała na jego reakcję:
- W takim wypadku masz jedną noc na zbadanie czarnej księgi Arneto. Jeśli wasze informacje okaże się słuszne - odezwał się, kierując spojrzenie na Victorię - rozważę uchylenie zakazu, który wydałem. Do tego czasu pozostaje on w mocy. W tej chwili proszę więc, abyś, wraz z resztą koterii zechciała opuść nasze spotkanie. Dziękuję za przyjęcie zaproszenia i żegnam.
Ton Księcia nie pozostawiał wątpliwości co do tego, iż w istocie nie była to prośba, lecz polecenie.
- Zamilcz ścierwojadzie i lepiej zajmij się swoimi karzełkiem! Czy wiesz w ogóle co on robi, gdy cię nie ma? - zachichotał jadowicie, po czym wyszedł z sali.
Za nim pospieszyli: Namtar z Furią dalej zaś Gavin, Frater Terry, Max i Rusty. Dwaj ostatni zdawali się pogrążeni w cichej rozmowie, wymieniając uwagi na temat powziętego zakładu. Gdy wszyscy zainteresowani pojedynkiem opuścili Salę Teatralną, Regentka odezwał się do reszty zebranych:
- Czarna Księga jest autentyczna. Nie ma możliwości, by ktoś mógł ją sfałszować... - urwała na chwilę, po czym dodała, znacznie już ostrożniej - Jednak mam pewne przypuszczenia, że to co powiedział Terry może być prawdą. Niestety, ale by potwierdzić moje podejrzenia będę musiała zabrać wolumin do Fundacji. Oczywiście Książę za twoim przyzwoleniem - skłoniła lekko głowę czekając na odpowiedź Democritusa.
- Popieram - wtrąciła się Sidonia, która dotąd siedziała w milczeniu. - Chciałabym, aby ta sprawa została dogłębnie wyjaśniona. Najlepiej jak najszybciej, czasu bowiem nie mamy... Ten atak, może być częścią czegoś większego. Och! To dopiero początek, jestem tego pewna. Kolejne noce będą coraz trudniejsze dla naszego rodzaju...
- Wystarczy - mruknął Sidoni Richard i poruszył się nerwowo. Trudno było ocenić, czy ponury ton przepowiedni w słowach Malkavianki zniesmacza go, czy niepokoi.
Democritus zwrócił się do Regentki, która złożywszy księgę na kolanach, czekała na jego reakcję:
- W takim wypadku masz jedną noc na zbadanie czarnej księgi Arneto. Jeśli wasze informacje okaże się słuszne - odezwał się, kierując spojrzenie na Victorię - rozważę uchylenie zakazu, który wydałem. Do tego czasu pozostaje on w mocy. W tej chwili proszę więc, abyś, wraz z resztą koterii zechciała opuść nasze spotkanie. Dziękuję za przyjęcie zaproszenia i żegnam.
Ton Księcia nie pozostawiał wątpliwości co do tego, iż w istocie nie była to prośba, lecz polecenie.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 01 kwietnia 2015, 23:47 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Słuchając wypowiedzi starszego Malkavianina, miał ochotę się roześmiać. Jednak nie zrobił tego, świadom, iż mogłoby to zostać źle zrozumiane. Pasja, z jaką ten dewane sag* dążył do śmierci, była wspaniała i sprawiała mu niemal fizyczną rozkosz. Każde słowo Kafira zbliżało go ku upragnionej diabolizacji i nie mógł nie widzieć, iż Wola Haqima dokonuje się na jego oczach, nawet tutaj, w zgniłym gnieździe Camarilli. Czuł się uhonorowany tym, iż właśnie on został wybrany by ją wypełnić. Było w tym coś uroczystego i podniosłego, co przenikało całość sytuacji dodając jej znaczeń i zmieniając ją w pewnego rodzaju misterium ofiarne. Powoli, jego emocje krystalizowały się, przechodząc z głodu i podniecenia, przez zachwyt, ku swoistemu radosnemu oczekiwaniu na spełnienie.
Idąc za Furią wyszedł z Sali Teatralnej, zostawiając kłębiące się tam robactwo i skierował się przez hol, na tyły budynku. Zmysły nadal działały z niesamowitą precyzją i Namtar słyszał skrzyp butów Spiro, stukanie obcasów Furii i szelest jej sukni. Czuł zapach farby, lakierów i płynu do podłogi, kurzu... A także metaliczną woń krwi. Wiedział, że ta ostatnia nie jest do końca realna, lecz traktował ją jak zapowiedź tego, co ma nadejść. Znak zbliżającej się zemsty. Zastanawiał się, czy kobieta idąca obok niego spróbuje mu w tym przeszkodzić? Przez chwilę, chciał ją nawet zapytać o to, lecz rozmyślił się. Tak naprawdę nie miało to znaczenia. Poza tym nie mógłby jej powiedzieć nic, co sprawiłoby, że potrafiłaby zrozumieć...
[center]
[/center]
Myśli krążyły miękko pod jego czaszką, niczym czarne ćmy, rozbudzone przez strach i podniecone perspektywą zadania śmierci. Czuł poruszenia ich miękkich skrzydeł, wypełniających ciemność wewnętrzną. Wiedział, ze to, co zdarzy się teraz będzie swego rodzaju sprawdzianem. Jednak, czyż nie przygotowywał się do niego każdej nocy, przez ostatnie lata? Nie chodziło tylko o zemstę i zmycie plamy na honorze Klanu. Tak naprawdę zemsta była formalnością. Ten śmieć nie był w stanie obrazić Potomków Haqima, a jego słowa były bełkotem proszącego o śmierć samobójcy. To, czego naprawdę oczekiwano od niego, związane było z krwią, zamkniętą w ciele tego naghal Ibn Khayyin**. Z krwią, która pozwoli mu zbliżyć się do źródła. Nie mógł zmarnować tej szansy. Teraz, gdy nareszcie pojmował w pełni dlaczego znalazł się tutaj dzisiejszej nocy, dostrzegał z jaką precyzją Wola Haqima prowadzi go poprzez labirynt kłamstw i iluzji, tkanych przez Niewiernych, aż do tej chwili... I wiedział, że nie może zawieść. Musi wykonać wyrok i pożywić się duszą tego psa, nie tyle dla własnej korzyści, co dla Klanu i Haqima. Złapał się na tym, że bezgłośnie powtarza Zir: Subhan Haqim, tałakkaltu 'al Haqim ła laa haula ła laa qułłata illaa Haqim.*** Ponownie miał ochotę się roześmiać, zachował jednak milczenie.
Przeszli przez hol i zagłębili się w szary korytarz, wiodący do tylnego wejścia. Morderca zauważył, iż czas zdawał się zwalniać, sprawiając, iż każda chwila odciskała się w jego umyśle z niezwykłą klarownością. Dostrzegał rysy na linoleum i drobny odprysk farby na drzwiach po lewej, które właśnie minęli. Spiro wszedł do pomieszczenia naprzeciwko. Stanowiło ono magazyn, w którego przeciwległej ścianie tkwiły szerokie, opuszczone w dół drzwi segmentowe. Furia podeszła do panelu umieszczonego na ścianie i wcisnęła jakieś przyciski. Rozległ się cichy warkot, gdy brama zaczęła podjeżdżać w górę, ukazując za sobą podjazd i mniejszy parking. Czekali w milczeniu. Namtar miał teraz chwilę, by przyjrzeć się ofierze. Wykorzystał ją chętnie, choć postronnym zdawać by się mogło, iż obserwuje raczej otwierające się drzwi. Widział błysk nienawiści w oczach Spiro, miękkie lśnienie skóry, z której zrobione były jego buty, i przypadkową, czerwoną nitkę, zaczepioną na jego mankiecie. Obserwował sposób w jaki tamten się porusza, chodzi, patrzy. Wszystko to było znakiem kolejnego małego wszechświata, który za chwilę przestanie istnieć. Łowca kolekcjonował tego typu doświadczenia, pozwalały mu one czerpać większą przyjemność z zabijania. Odruchowo poprawił sztylet w pochwie i sprawdził położenie kołków przy pasie. Wciąż czuł znajomy ciężar rzeźnickiego haka w kieszeni. Gdy drzwi uniosły się wreszcie, Spiro pierwszy wyszedł na podjazd. Za nim ruszył Namtar i Furia. Na parkingu stało kilka samochodów dostawczych, przestrzeń oświetlona była przez lampy uliczne. Morderca uśmiechnął się z satysfakcją, gdy najbliższe z nich zamigotały i zgasły, kryjąc otoczenie w głębokich cieniach...
* pers. Szalony pies
** arab. bękart, syn Kaina
*** arab. Chwała Haqimowi, Jemu się zawierzam i nie ma mocy ani siły jak tylko przez Haqima.
Idąc za Furią wyszedł z Sali Teatralnej, zostawiając kłębiące się tam robactwo i skierował się przez hol, na tyły budynku. Zmysły nadal działały z niesamowitą precyzją i Namtar słyszał skrzyp butów Spiro, stukanie obcasów Furii i szelest jej sukni. Czuł zapach farby, lakierów i płynu do podłogi, kurzu... A także metaliczną woń krwi. Wiedział, że ta ostatnia nie jest do końca realna, lecz traktował ją jak zapowiedź tego, co ma nadejść. Znak zbliżającej się zemsty. Zastanawiał się, czy kobieta idąca obok niego spróbuje mu w tym przeszkodzić? Przez chwilę, chciał ją nawet zapytać o to, lecz rozmyślił się. Tak naprawdę nie miało to znaczenia. Poza tym nie mógłby jej powiedzieć nic, co sprawiłoby, że potrafiłaby zrozumieć...
[center]
[/center]Myśli krążyły miękko pod jego czaszką, niczym czarne ćmy, rozbudzone przez strach i podniecone perspektywą zadania śmierci. Czuł poruszenia ich miękkich skrzydeł, wypełniających ciemność wewnętrzną. Wiedział, ze to, co zdarzy się teraz będzie swego rodzaju sprawdzianem. Jednak, czyż nie przygotowywał się do niego każdej nocy, przez ostatnie lata? Nie chodziło tylko o zemstę i zmycie plamy na honorze Klanu. Tak naprawdę zemsta była formalnością. Ten śmieć nie był w stanie obrazić Potomków Haqima, a jego słowa były bełkotem proszącego o śmierć samobójcy. To, czego naprawdę oczekiwano od niego, związane było z krwią, zamkniętą w ciele tego naghal Ibn Khayyin**. Z krwią, która pozwoli mu zbliżyć się do źródła. Nie mógł zmarnować tej szansy. Teraz, gdy nareszcie pojmował w pełni dlaczego znalazł się tutaj dzisiejszej nocy, dostrzegał z jaką precyzją Wola Haqima prowadzi go poprzez labirynt kłamstw i iluzji, tkanych przez Niewiernych, aż do tej chwili... I wiedział, że nie może zawieść. Musi wykonać wyrok i pożywić się duszą tego psa, nie tyle dla własnej korzyści, co dla Klanu i Haqima. Złapał się na tym, że bezgłośnie powtarza Zir: Subhan Haqim, tałakkaltu 'al Haqim ła laa haula ła laa qułłata illaa Haqim.*** Ponownie miał ochotę się roześmiać, zachował jednak milczenie.
Przeszli przez hol i zagłębili się w szary korytarz, wiodący do tylnego wejścia. Morderca zauważył, iż czas zdawał się zwalniać, sprawiając, iż każda chwila odciskała się w jego umyśle z niezwykłą klarownością. Dostrzegał rysy na linoleum i drobny odprysk farby na drzwiach po lewej, które właśnie minęli. Spiro wszedł do pomieszczenia naprzeciwko. Stanowiło ono magazyn, w którego przeciwległej ścianie tkwiły szerokie, opuszczone w dół drzwi segmentowe. Furia podeszła do panelu umieszczonego na ścianie i wcisnęła jakieś przyciski. Rozległ się cichy warkot, gdy brama zaczęła podjeżdżać w górę, ukazując za sobą podjazd i mniejszy parking. Czekali w milczeniu. Namtar miał teraz chwilę, by przyjrzeć się ofierze. Wykorzystał ją chętnie, choć postronnym zdawać by się mogło, iż obserwuje raczej otwierające się drzwi. Widział błysk nienawiści w oczach Spiro, miękkie lśnienie skóry, z której zrobione były jego buty, i przypadkową, czerwoną nitkę, zaczepioną na jego mankiecie. Obserwował sposób w jaki tamten się porusza, chodzi, patrzy. Wszystko to było znakiem kolejnego małego wszechświata, który za chwilę przestanie istnieć. Łowca kolekcjonował tego typu doświadczenia, pozwalały mu one czerpać większą przyjemność z zabijania. Odruchowo poprawił sztylet w pochwie i sprawdził położenie kołków przy pasie. Wciąż czuł znajomy ciężar rzeźnickiego haka w kieszeni. Gdy drzwi uniosły się wreszcie, Spiro pierwszy wyszedł na podjazd. Za nim ruszył Namtar i Furia. Na parkingu stało kilka samochodów dostawczych, przestrzeń oświetlona była przez lampy uliczne. Morderca uśmiechnął się z satysfakcją, gdy najbliższe z nich zamigotały i zgasły, kryjąc otoczenie w głębokich cieniach...
* pers. Szalony pies
** arab. bękart, syn Kaina
*** arab. Chwała Haqimowi, Jemu się zawierzam i nie ma mocy ani siły jak tylko przez Haqima.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 02 listopada 2015, 23:17 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV Muzeum Sztuki 09.08.1993, Przed Północą
Rusty i Max zatrzymali się tuż za drzwiami kontynuując dyskusję, którą nie mogli dokończyć przy Księciu. Max rzucił do Furii:
- Daj mi znać jak będzie po wszystkim.
Szeryf odpowiedziała skinieniem głowy nie zatrzymując się nawet na chwilę. Pozostali członkowie koterii także ruszyli za Namtarem. Gdy oczom wszystkich ukazał się parking na tyłach Muzeum, zrozumieli, że to wydarzy się tutaj. Nagle kilka lamp straciło swoją jasność, tworząc ciemne miejsce między stojącymi tam samochodami dostawczymi. Furia czekała, aż brama podniesie się do końca, po czym zwróciła się do Spiro i Namtara:
- Nie obchodzi mnie, co sobie nawzajem chcecie zrobić. To sprawa honoru. Ty Spiro jesteś kompletnym idiotą, a ciebie Assamito, o ile przeżyjesz, nie chcę widzieć w żadnym z Elizjów. Nigdy. Rozumiesz? Decyzja zapadła.
Szeryf zwróciła się do pozostałych:
- Wy idziecie ze mną, wasza obecność jest tutaj zupełnie zbędna. Nie chcę słyszeć żadnego ale.
Nikt nie był w stanie sprzeciwić się Szeryfowi. Brujah nacisnęła przycisk, a brama zaczęła się ponownie opuszczać. Stary Malkavian przechodząc przez opadającą bramę odezwał się do członków koterii:
- Martwisz mnie Terry, wpadłeś w złe towarzystwo, synku - jad obecny w jego głosie sprawił, że młodszy Malkavianin zadrżał. - Dalej wyrywasz oczy niewinnym ofiarom? Oczywiście, że to robisz mój paranoiczny chłopcze. Znam wszystkie twoje grzechy, także te, które chciałbyś ukryć... Po nocy przemiany, to nie ja wypiłem braci zakonnych... Masz urojenia! To byłeś ty, Szatanie wcielony! A ty Ravnosie na smyczy Wuzo, łkający po nocach za Lucjuszkiem... Zostawiłeś własnego brata by spłonął. Wuzo wiedzą, że to twoja wina i pamiętają. Dlatego tutaj jesteś śmieciu bez honoru. Jak zabiję tego kundla, uważającego się za Assamitę, powiem co o was wiem całej reszcie. Nie spodoba wam się to, prawda? Nie szkodzi, ja będę miał niezły ubaw... - roześmiał się nieprzyjemnym, gardłowym śmiechem - Wszyscy jesteście płaczącymi po nocach nieudacznikami.
Przerwał na chwilę i spojrzał na parking.
- Ktoś musi pokazać, temu mordercy w kagańcu, gdzie jest jego miejsce. Assamici chyba o tym zapomnieli... Nie, nie dają ci zapomnieć, że jesteś gorszy, prawda? Mieszana krew musi boleć... Pozdrówcie kukiełkę Victorię, kolejny stosik Inkwizytorów Sabatu na nią już czeka. Chodź, do nogi Cienista Zagłado. Biorę lewą stronę, ty prawą. A potem... sam zobaczysz.
- Podoba mi się sposób, w jaki żebrzesz o śmierć - Morderca uśmiechnął się z wyraźną przyjemnością. - Ciekaw jestem, czy to co mam dla ciebie będzie podobało ci się równie mocno, jak dźwięk własnych słów?
Obelgi, którymi obrzucał do Spiro nie znaczyły dla niego wiele. Liczyła się krew i zemsta. To, co powinno być uczynione. Wiedział, że błąd w tym momencie mógłby bardzo skomplikować sprawę. Czekał teraz obserwując każdy ruch przeciwnika. Jego słowa jedynie rozpalały w nim żądzę zabijania.
- Wiecie, straszydło cierpi na amnezję i nie pamięta, że jako człowiek piło krew Lasombra i spełniało wszelkie wymogi jako prototyp nieudanego projektu - twarz Spiro wykrzywiła się w czymś w rodzaju nienawistnego uśmiechu. - Tak, tak, lizałeś buty Klanu Nocy. Teraz robisz to samo, masz tylko nowego pana i nawet się nie zorientowałeś kiedy to się stało. Mentalność wiernego psa. Lub raczej kundla... Zyskałeś po prawdziwej matce...
Namtar zacisnął pięści, jego uśmiech stał się grymasem szczerzącego zęby drapieżnika.
- Us kut, sharmotah*, łżesz jak pies! - warknął. Maski spadły. W twarzach obu wampirów trudno było odnaleźć teraz cokolwiek ludzkiego. Spiro zachichotał zjadliwie, widząc, że jego ostatnie słowa trafiły celnie.
Furia zwróciła się do pozostałych członków Koterii:
- Wyprowadzę was teraz przez główne wyjście. Jeżeli ktokolwiek z was złamie zakaz, jaki ustanowił dzisiejszej nocy Democritus, spotka was Śmierć Ostateczna. Kontrakt Namtara nie będzie trwał wiecznie. Nie spartaczcie tego... Mi też zależy na odkryciu kto stoi za zabójstwem Red'a, a wasza śmierć nikomu nie pomoże. A teraz idziemy - rzuciła, wskazując kierunek głównego wyjścia z Muzeum.
Namtar i Spiro zostali sami, w mrocznej, cienistej przestrzeni. Na parkingu stały cztery nowe samochody dostawcze. Nie musieli obawiać się o to, że ktoś ich zobaczy, albowiem główny wjazd na tyły Muzeum, był otoczony przez wysoki mur. Wychodzące na parking okna były ciemne, jakby miejsce było specjalnie przygotowane do tego rodzaju spotkań. Żadnych świadków, żadnych kamer. Droga wyjazdowa z parkingu zakręcała w lewą stronę znikając za ścianami kompleksu. Namtar ucieszył się spoglądając w niebo, które latem było pełne jasnych gwiazd. Przypominało mu niebo nad Alamut. Niewierny śmieć przed nim skrywał w żyłach cenny skarb, który pozwoli mu zbliżyć się do Haqima. Stanęli w odległości kilkunastu metrów od siebie, tak jak chciał Spiro. Spojrzeli sobie w oczy i zaczęło się.
Rusty i Max zatrzymali się tuż za drzwiami kontynuując dyskusję, którą nie mogli dokończyć przy Księciu. Max rzucił do Furii:
- Daj mi znać jak będzie po wszystkim.
Szeryf odpowiedziała skinieniem głowy nie zatrzymując się nawet na chwilę. Pozostali członkowie koterii także ruszyli za Namtarem. Gdy oczom wszystkich ukazał się parking na tyłach Muzeum, zrozumieli, że to wydarzy się tutaj. Nagle kilka lamp straciło swoją jasność, tworząc ciemne miejsce między stojącymi tam samochodami dostawczymi. Furia czekała, aż brama podniesie się do końca, po czym zwróciła się do Spiro i Namtara:
- Nie obchodzi mnie, co sobie nawzajem chcecie zrobić. To sprawa honoru. Ty Spiro jesteś kompletnym idiotą, a ciebie Assamito, o ile przeżyjesz, nie chcę widzieć w żadnym z Elizjów. Nigdy. Rozumiesz? Decyzja zapadła.
Szeryf zwróciła się do pozostałych:
- Wy idziecie ze mną, wasza obecność jest tutaj zupełnie zbędna. Nie chcę słyszeć żadnego ale.
Nikt nie był w stanie sprzeciwić się Szeryfowi. Brujah nacisnęła przycisk, a brama zaczęła się ponownie opuszczać. Stary Malkavian przechodząc przez opadającą bramę odezwał się do członków koterii:
- Martwisz mnie Terry, wpadłeś w złe towarzystwo, synku - jad obecny w jego głosie sprawił, że młodszy Malkavianin zadrżał. - Dalej wyrywasz oczy niewinnym ofiarom? Oczywiście, że to robisz mój paranoiczny chłopcze. Znam wszystkie twoje grzechy, także te, które chciałbyś ukryć... Po nocy przemiany, to nie ja wypiłem braci zakonnych... Masz urojenia! To byłeś ty, Szatanie wcielony! A ty Ravnosie na smyczy Wuzo, łkający po nocach za Lucjuszkiem... Zostawiłeś własnego brata by spłonął. Wuzo wiedzą, że to twoja wina i pamiętają. Dlatego tutaj jesteś śmieciu bez honoru. Jak zabiję tego kundla, uważającego się za Assamitę, powiem co o was wiem całej reszcie. Nie spodoba wam się to, prawda? Nie szkodzi, ja będę miał niezły ubaw... - roześmiał się nieprzyjemnym, gardłowym śmiechem - Wszyscy jesteście płaczącymi po nocach nieudacznikami.
Przerwał na chwilę i spojrzał na parking.
- Ktoś musi pokazać, temu mordercy w kagańcu, gdzie jest jego miejsce. Assamici chyba o tym zapomnieli... Nie, nie dają ci zapomnieć, że jesteś gorszy, prawda? Mieszana krew musi boleć... Pozdrówcie kukiełkę Victorię, kolejny stosik Inkwizytorów Sabatu na nią już czeka. Chodź, do nogi Cienista Zagłado. Biorę lewą stronę, ty prawą. A potem... sam zobaczysz.
- Podoba mi się sposób, w jaki żebrzesz o śmierć - Morderca uśmiechnął się z wyraźną przyjemnością. - Ciekaw jestem, czy to co mam dla ciebie będzie podobało ci się równie mocno, jak dźwięk własnych słów?
Obelgi, którymi obrzucał do Spiro nie znaczyły dla niego wiele. Liczyła się krew i zemsta. To, co powinno być uczynione. Wiedział, że błąd w tym momencie mógłby bardzo skomplikować sprawę. Czekał teraz obserwując każdy ruch przeciwnika. Jego słowa jedynie rozpalały w nim żądzę zabijania.
- Wiecie, straszydło cierpi na amnezję i nie pamięta, że jako człowiek piło krew Lasombra i spełniało wszelkie wymogi jako prototyp nieudanego projektu - twarz Spiro wykrzywiła się w czymś w rodzaju nienawistnego uśmiechu. - Tak, tak, lizałeś buty Klanu Nocy. Teraz robisz to samo, masz tylko nowego pana i nawet się nie zorientowałeś kiedy to się stało. Mentalność wiernego psa. Lub raczej kundla... Zyskałeś po prawdziwej matce...
Namtar zacisnął pięści, jego uśmiech stał się grymasem szczerzącego zęby drapieżnika.
- Us kut, sharmotah*, łżesz jak pies! - warknął. Maski spadły. W twarzach obu wampirów trudno było odnaleźć teraz cokolwiek ludzkiego. Spiro zachichotał zjadliwie, widząc, że jego ostatnie słowa trafiły celnie.
Furia zwróciła się do pozostałych członków Koterii:
- Wyprowadzę was teraz przez główne wyjście. Jeżeli ktokolwiek z was złamie zakaz, jaki ustanowił dzisiejszej nocy Democritus, spotka was Śmierć Ostateczna. Kontrakt Namtara nie będzie trwał wiecznie. Nie spartaczcie tego... Mi też zależy na odkryciu kto stoi za zabójstwem Red'a, a wasza śmierć nikomu nie pomoże. A teraz idziemy - rzuciła, wskazując kierunek głównego wyjścia z Muzeum.
Namtar i Spiro zostali sami, w mrocznej, cienistej przestrzeni. Na parkingu stały cztery nowe samochody dostawcze. Nie musieli obawiać się o to, że ktoś ich zobaczy, albowiem główny wjazd na tyły Muzeum, był otoczony przez wysoki mur. Wychodzące na parking okna były ciemne, jakby miejsce było specjalnie przygotowane do tego rodzaju spotkań. Żadnych świadków, żadnych kamer. Droga wyjazdowa z parkingu zakręcała w lewą stronę znikając za ścianami kompleksu. Namtar ucieszył się spoglądając w niebo, które latem było pełne jasnych gwiazd. Przypominało mu niebo nad Alamut. Niewierny śmieć przed nim skrywał w żyłach cenny skarb, który pozwoli mu zbliżyć się do Haqima. Stanęli w odległości kilkunastu metrów od siebie, tak jak chciał Spiro. Spojrzeli sobie w oczy i zaczęło się.
Horacy i Victoria zostali w sali, aby wysłuchać informacji dotyczących czarnej księgi. Terry i Gavin zostają wyprowadzeniu przez wyjście główne z Muzeum. Namtar zostaje na parkingu z tyłu budynku.
Dla Namtara: Asbu Ilat 2 = 4 sukcesy. Zgasły cztery lampy.
Dla Terrego i Gavina: Jesteście tak wstrząśnieci tym co powiedział Spiro, że nie byliście w stanie zareagować, czy odpowiedzieć. Z końcem przemowy Malkaviana, brama zamknęła się.
* arab. Zamknij się, dziwko!Dla Namtara: Asbu Ilat 2 = 4 sukcesy. Zgasły cztery lampy.
Dla Terrego i Gavina: Jesteście tak wstrząśnieci tym co powiedział Spiro, że nie byliście w stanie zareagować, czy odpowiedzieć. Z końcem przemowy Malkaviana, brama zamknęła się.
Ostatnio zmieniony 02 kwietnia 2015, 23:26 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Spoiler!
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 03 kwietnia 2015, 00:57 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Ostatnie słowa Starego Malkavianina trafiły celnie, poruszając zapomniane obrazy. Jak ta szmata śmiała porównać Akramaha z Darklakem? Poczuł, jak czarna fala wściekłości i bólu wznosi się w nim, lecz nie chciał przed nią uciekać. To była jego siła. Sięgnął więc ku niej, skupiając ją w zimne ostrze nienawiści. Skoncentrował się na celu. Wszystko inne przestało się liczyć. Teraz był gotowy, by spojrzeć w oczy przeciwnika. Teraz był gotowy, by wymierzyć zemstę.
- Assam alayka* - rzekł i to było wszystko. Nie było nic więcej do dodania. Spiro roześmiał się chrapliwie. Morderca zacisną dłoń na rękojeści sztyletu.
- Ya Shaitan, okmanosho!** - zawył nagle tamten, niesamowitym, przeszywającym głosem. - Zatsraza!***
Niemal natychmiast jego ciało pokryło się szalejącym całunem czarnego ognia. Obłędny śmiech czarownika odbił się echem od wysokich ścian muzeum. Neik! - Namtar zaklął w myślach, sięgając po broń. Wiedział już z kim ma do czynienia. Baali, kalb ibnal Shaitan!****
Sięgnął pod kurtkę, po pistolet. Kosztowało go to cenne ułamki sekund, nie mógł jednak użyć noża przeciwko potędze magicznego ognia. Moc Klanu Łowców ukryta w jego krwi zadziałała spowijając parking całunem Śmiertelnej Ciszy. Wyszarpnął Desert Eagle i strzelił trzy razy. Dwa razy w kolana, raz w brzuch. Pełzaj, robaku! -pomyślał. Nienawiść była teraz jedyną rzeczywistością. Używał pocisków typu 50 AE z wgłębieniem, które z tej odległości powinny praktycznie strzaskać kości ofiary, urywając jej obie nogi. Tak się jednak nie stało. Spiro przyklęknął jedynie, opierając się na lasce. W osłonie szalejących płomieni Namtar widział tylko jego oczy. Wypełnione jadem, żądzą i ciemnością gnijącej duszy. Baali zaczął wstawać powoli. Jego spojrzenie wciąż utkwione było w twarzy Mordercy, tak jakby czarownik nie był świadom bólu, lub też nie dbał o niego. W upiornej ciszy nie rozlegał się żaden odgłos. Assamita strzelił ponownie. Tym razem celował w rękę, później w kolano. Spiro uśmiechnął się. W aureoli czarnego ognia jego twarz ukazywała się tylko chwilami, przypominając obciągniętą skórą czaszkę. Sługa demonów wsparł się ciężko na lasce i wyciągnął dłoń w kierunku przeciwnika.
Mógł odskoczyć, ale nienawiść zatrzymała go w miejscu. Nawet wtedy, gdy z palców czarownika trysnął gejzer czarnego ognia i kula płomieni pomknęła w jego kierunku. Strzelił ponownie, tym razem nie celując. Strzelił w kierunku tej znienawidzonej, przeklętej postaci, która z jakiś przyczyn nie chciała umrzeć i stała tam nadal, uśmiechając się szyderczo. Stała, pomimo tego, iż wedle wszelkich praw fizyki, jej ciało powinno leżeć kilka metrów dalej, rozorane ciężką amunicją. Strzelił i poczuł jak płomień obejmuje go. Przez chwilę, zanim zniszczeniu uległy zakończenia nerwowe, poczuł ból. Bestia szarpnęła się, ale utrzymał ją w miejscu. Nienawiść była silniejsza niż cierpienie. Silniejsza niż strach przed ogniem. Poczuł zapach spalonego mięsa. Płomienie wciąż tańczyły wkoło niego i wiedział, że nie ma dużo czasu. Poprzez ich zasłonę wciąż widział sylwetkę czarnoksiężnika. A jednak czarny płomień nie dawał światła... Tiamatu, elu! Koru ina!***** - przemknęło mu przez głowę. Ciemność odpowiedziała na jego wezwanie, otaczając go, tłumiąc ogień... Ból przestał być problemem, gdy ciało przyjęło formę cienia. Rzucił się w bok i przemknął pod samochodem dostawczym, tak, by znaleźć się za plecami Spiro. Ujrzał, jak Baali podnosi się z ziemi i staje na nogach. Do jego uszu dobiegł metaliczny dźwięk kul, wypadających z ran i uderzających o asfalt. Neik! - zaklął. Ponownie przyjął formę fizyczną, moc Tiamat tłumiła ból spalonych tkanek. Strzelił w plecy tamtego, z odległości 5 metrów. Tym razem efekt był powalający. Dosłownie. Siła odrzutu szarpnęła ciałem czarnoksiężnika. Tańczące wkoło niego języki ognia zgasły.
Morderca stał przez kilka sekund bez ruchu, patrząc na leżącego przed nim mężczyznę. Później spojrzał badawczo w kierunku ciemnych okien Muzeum. Nie czuł zagrożenia, a jednak nie ufał Niewiernym. To była ich ziemia. Podniósł ciało i osłaniając je plecami, przeniósł trupa za samochód dostawczy. Uklęknął obok niego. Twarz Spiro wydawała się dziwnie odległa i spokojna. Żałował, że Baali jest nieprzytomny. Chciał ujrzeć strach w jego oczach. Upiorny lęk, nie przed śmiercią, lecz przed rozerwaniem duszy...
Oderwał od ubrania ofiary dwa pasy materiału i zanurzył je w jej krwi. Później spojrzał w niebo. Gdzieś, nad muzeum spadła gwiazda. Uśmiechnął się. Ciemność pomiędzy rozbryzgami konstelacji spoglądała na niego i czuł jej kojącą obecność.
Powoli i delikatnie odchylił głowę Spiro. Nie chciał stracić nic ze świętości tej chwili. Przez moment jeszcze spoglądał w twarz ofiary, a później wbił zęby w jej krtań. Krew czerwoną strugą spłynęła mu do gardła, kojąc ból i zmywając smak spalenizny. Zamknął oczy. W ciemności pod powiekami czuł tylko to - czerwony strumień życia przepływający przez niego, łączący się z nim w mroku... A później rzeka karmazynu stała się rzeką cieni... I wspomnień...
...Odgłos dzwonu, bijącego trzy razy... Czyjeś kroki zbiegające po schodach...Zapach morza i uczucie niepokoju... Gdzieś krzyczy mewa, trzeba się spieszyć... Niezrozumiała pieśń rozlega się w wielkiej sali, wszędzie wiruje dym kadzideł... Wargi dotykające jego ust, palce błądzące po skórze, rozkosz... Śmiech kobiety, później znów krzyk... Woń rozkładającego się ciała, radość...
Emocje i obrazy przepływały przez umysł Łowcy pozwalając mu przez chwilę czuć rzeczy, których nie znał i o których nie mógł wiedzieć. Odczucia tak złożone, że nie potrafił ich nawet nazwać, ani pojąc w pełni... Jednak wszystkie one karmiły pustkę, którą czuł w sobie. Którą był na co dzień. I przez ten jeden moment żar gasnącej duszy pozwolił mu poczuć, jak ta pustka znika. Jak wypełnia się na chwilę faerią odcieni i przemijających kształtów, stanowiących odpryski czyjegoś życia. Klęcząc, oparł czoło o asfalt. Czuł nową moc płynącą w swoich żyłach. Smakował rozkosz wynikłą z zaspokojenia głodu.
- Dhahabaz-zamaa' łabtallatil-'uruuq ła sabatal-adżru. Alhamdu'Haqim.****** - szepnął, choć Śmiertelna Cisza pożarła jego słowa.
Wstał powoli. Z ciała Spiro pozostał tylko pył. Morderca podniósł laskę czarnoksiężnika i skierował się ku wyjściu z parkingu. Wysoko, nad muzeum wiatr wył głosami demonów Iblisa... Słysząc głód dźwięczący w ich zawodzeniu, Assamita uśmiechnął się. Tym razem zdążył przed nimi. Rozproszył całun ciszy i zagwizdał kilka taktów usłyszanej gdzieś piosenki:
[center]You might be a king or a little street sweeper,
But sooner or later, you dance with the reaper.[/center]
[center]
[/center]
** zaklęcie czarnomagiczne: Szatanie, Umyśle Nieśmiertelnego Płomienia, z którego me własne umysły powstają, umocnij me zaklęcie!
*** zaklęcie czarnomagiczne: Przez tą moc i palące słońce, umrzesz w płomieniach!
**** arab. Baali, pies, syn Szatana!
***** akad. Tiamat powstań! Wspomóż mnie!
****** arab. Odeszło pragnienie, nasycone są już żyły, i potwierdzona została nagroda. Dzięki niech będą Haqimowi.
- Assam alayka* - rzekł i to było wszystko. Nie było nic więcej do dodania. Spiro roześmiał się chrapliwie. Morderca zacisną dłoń na rękojeści sztyletu.
- Ya Shaitan, okmanosho!** - zawył nagle tamten, niesamowitym, przeszywającym głosem. - Zatsraza!***
Niemal natychmiast jego ciało pokryło się szalejącym całunem czarnego ognia. Obłędny śmiech czarownika odbił się echem od wysokich ścian muzeum. Neik! - Namtar zaklął w myślach, sięgając po broń. Wiedział już z kim ma do czynienia. Baali, kalb ibnal Shaitan!****
Sięgnął pod kurtkę, po pistolet. Kosztowało go to cenne ułamki sekund, nie mógł jednak użyć noża przeciwko potędze magicznego ognia. Moc Klanu Łowców ukryta w jego krwi zadziałała spowijając parking całunem Śmiertelnej Ciszy. Wyszarpnął Desert Eagle i strzelił trzy razy. Dwa razy w kolana, raz w brzuch. Pełzaj, robaku! -pomyślał. Nienawiść była teraz jedyną rzeczywistością. Używał pocisków typu 50 AE z wgłębieniem, które z tej odległości powinny praktycznie strzaskać kości ofiary, urywając jej obie nogi. Tak się jednak nie stało. Spiro przyklęknął jedynie, opierając się na lasce. W osłonie szalejących płomieni Namtar widział tylko jego oczy. Wypełnione jadem, żądzą i ciemnością gnijącej duszy. Baali zaczął wstawać powoli. Jego spojrzenie wciąż utkwione było w twarzy Mordercy, tak jakby czarownik nie był świadom bólu, lub też nie dbał o niego. W upiornej ciszy nie rozlegał się żaden odgłos. Assamita strzelił ponownie. Tym razem celował w rękę, później w kolano. Spiro uśmiechnął się. W aureoli czarnego ognia jego twarz ukazywała się tylko chwilami, przypominając obciągniętą skórą czaszkę. Sługa demonów wsparł się ciężko na lasce i wyciągnął dłoń w kierunku przeciwnika.
Mógł odskoczyć, ale nienawiść zatrzymała go w miejscu. Nawet wtedy, gdy z palców czarownika trysnął gejzer czarnego ognia i kula płomieni pomknęła w jego kierunku. Strzelił ponownie, tym razem nie celując. Strzelił w kierunku tej znienawidzonej, przeklętej postaci, która z jakiś przyczyn nie chciała umrzeć i stała tam nadal, uśmiechając się szyderczo. Stała, pomimo tego, iż wedle wszelkich praw fizyki, jej ciało powinno leżeć kilka metrów dalej, rozorane ciężką amunicją. Strzelił i poczuł jak płomień obejmuje go. Przez chwilę, zanim zniszczeniu uległy zakończenia nerwowe, poczuł ból. Bestia szarpnęła się, ale utrzymał ją w miejscu. Nienawiść była silniejsza niż cierpienie. Silniejsza niż strach przed ogniem. Poczuł zapach spalonego mięsa. Płomienie wciąż tańczyły wkoło niego i wiedział, że nie ma dużo czasu. Poprzez ich zasłonę wciąż widział sylwetkę czarnoksiężnika. A jednak czarny płomień nie dawał światła... Tiamatu, elu! Koru ina!***** - przemknęło mu przez głowę. Ciemność odpowiedziała na jego wezwanie, otaczając go, tłumiąc ogień... Ból przestał być problemem, gdy ciało przyjęło formę cienia. Rzucił się w bok i przemknął pod samochodem dostawczym, tak, by znaleźć się za plecami Spiro. Ujrzał, jak Baali podnosi się z ziemi i staje na nogach. Do jego uszu dobiegł metaliczny dźwięk kul, wypadających z ran i uderzających o asfalt. Neik! - zaklął. Ponownie przyjął formę fizyczną, moc Tiamat tłumiła ból spalonych tkanek. Strzelił w plecy tamtego, z odległości 5 metrów. Tym razem efekt był powalający. Dosłownie. Siła odrzutu szarpnęła ciałem czarnoksiężnika. Tańczące wkoło niego języki ognia zgasły.
Morderca stał przez kilka sekund bez ruchu, patrząc na leżącego przed nim mężczyznę. Później spojrzał badawczo w kierunku ciemnych okien Muzeum. Nie czuł zagrożenia, a jednak nie ufał Niewiernym. To była ich ziemia. Podniósł ciało i osłaniając je plecami, przeniósł trupa za samochód dostawczy. Uklęknął obok niego. Twarz Spiro wydawała się dziwnie odległa i spokojna. Żałował, że Baali jest nieprzytomny. Chciał ujrzeć strach w jego oczach. Upiorny lęk, nie przed śmiercią, lecz przed rozerwaniem duszy...
Oderwał od ubrania ofiary dwa pasy materiału i zanurzył je w jej krwi. Później spojrzał w niebo. Gdzieś, nad muzeum spadła gwiazda. Uśmiechnął się. Ciemność pomiędzy rozbryzgami konstelacji spoglądała na niego i czuł jej kojącą obecność.
Powoli i delikatnie odchylił głowę Spiro. Nie chciał stracić nic ze świętości tej chwili. Przez moment jeszcze spoglądał w twarz ofiary, a później wbił zęby w jej krtań. Krew czerwoną strugą spłynęła mu do gardła, kojąc ból i zmywając smak spalenizny. Zamknął oczy. W ciemności pod powiekami czuł tylko to - czerwony strumień życia przepływający przez niego, łączący się z nim w mroku... A później rzeka karmazynu stała się rzeką cieni... I wspomnień...
...Odgłos dzwonu, bijącego trzy razy... Czyjeś kroki zbiegające po schodach...Zapach morza i uczucie niepokoju... Gdzieś krzyczy mewa, trzeba się spieszyć... Niezrozumiała pieśń rozlega się w wielkiej sali, wszędzie wiruje dym kadzideł... Wargi dotykające jego ust, palce błądzące po skórze, rozkosz... Śmiech kobiety, później znów krzyk... Woń rozkładającego się ciała, radość...
Emocje i obrazy przepływały przez umysł Łowcy pozwalając mu przez chwilę czuć rzeczy, których nie znał i o których nie mógł wiedzieć. Odczucia tak złożone, że nie potrafił ich nawet nazwać, ani pojąc w pełni... Jednak wszystkie one karmiły pustkę, którą czuł w sobie. Którą był na co dzień. I przez ten jeden moment żar gasnącej duszy pozwolił mu poczuć, jak ta pustka znika. Jak wypełnia się na chwilę faerią odcieni i przemijających kształtów, stanowiących odpryski czyjegoś życia. Klęcząc, oparł czoło o asfalt. Czuł nową moc płynącą w swoich żyłach. Smakował rozkosz wynikłą z zaspokojenia głodu.
- Dhahabaz-zamaa' łabtallatil-'uruuq ła sabatal-adżru. Alhamdu'Haqim.****** - szepnął, choć Śmiertelna Cisza pożarła jego słowa.
Wstał powoli. Z ciała Spiro pozostał tylko pył. Morderca podniósł laskę czarnoksiężnika i skierował się ku wyjściu z parkingu. Wysoko, nad muzeum wiatr wył głosami demonów Iblisa... Słysząc głód dźwięczący w ich zawodzeniu, Assamita uśmiechnął się. Tym razem zdążył przed nimi. Rozproszył całun ciszy i zagwizdał kilka taktów usłyszanej gdzieś piosenki:
[center]You might be a king or a little street sweeper,
But sooner or later, you dance with the reaper.[/center]
[center]
[/center]
Przeładowuję broń. Zbieram z asfaltu łuski oraz kule, które wypadły z ciała Baali, tak jak i te, które w nim zostały. Zabieram je ze sobą. Zabieram także dwa pasy materiału poplamione krwią Spiro oraz jego laskę. Następnie kieruję się na parking przed Elizjum, tam gdzie zaparkowaliśmy motor i samochód.
* arab. Śmierć tobie** zaklęcie czarnomagiczne: Szatanie, Umyśle Nieśmiertelnego Płomienia, z którego me własne umysły powstają, umocnij me zaklęcie!
*** zaklęcie czarnomagiczne: Przez tą moc i palące słońce, umrzesz w płomieniach!
**** arab. Baali, pies, syn Szatana!
***** akad. Tiamat powstań! Wspomóż mnie!
****** arab. Odeszło pragnienie, nasycone są już żyły, i potwierdzona została nagroda. Dzięki niech będą Haqimowi.
Ostatnio zmieniony 24 września 2015, 11:18 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Spotkanie u Księcia dla was się skończyło. Victoria i Horacy opuszczają salę teatralną z dodatkową wiedzą na temat czarnej księgi. Gavin i Terry zostają odprowadzeni przez Furię do wyjścia głównego. Wszyscy prócz Namtara spotykacie się na parkingu przed Muzeum. Czekacie ponad kwadrans, ale Namtar się nie pojawia.
Prosiłbym o opisy w postach łączące się z wcześniejszymi wydarzeniami. Gavin i Terry od momentu zamknięcia bramy, a Horacy i Victoria od momentu wychodzenia Spiro z sali.
Dla Namtara: Zebrałeś wszystkie łuski i kule. Jesteś pewien, że nie pozostawiłeś po sobie żadnych śladów.
Prosiłbym o opisy w postach łączące się z wcześniejszymi wydarzeniami. Gavin i Terry od momentu zamknięcia bramy, a Horacy i Victoria od momentu wychodzenia Spiro z sali.
Dla Namtara: Zebrałeś wszystkie łuski i kule. Jesteś pewien, że nie pozostawiłeś po sobie żadnych śladów.
Ostatnio zmieniony 04 kwietnia 2015, 19:15 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
ze względów technicznych pozostawię post pusty bo treść wrzucilo w post poniżej. Nie wiem jak to zrobiłem. Sory ale po spotakniu rodzinnym nadal mogę dojść do siebie...
Ostatnio zmieniony 06 kwietnia 2015, 13:38 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
Ilość informacji jaką przekazał Spiro była zatrważająca. W jednym momencie zdradził najmroczniejsze tajemnice koterii. Szok jaki odczuwał, porównać można jedynie do stanu bycia nagim na zatłoczonym targowisku w czasie odpustu. Spoglądał przez chwilę na bramę która odgradzała go od trwogi. Gdzieś tam dwa biesy skaczą w szaleńczym tańcu, którego rytm wybija sama la Muerte Violenta.*
- Wyprowadzę was teraz przez główne wyjście.(...)
Cygan podążał za Szeryfem. Gdyby okoliczności nie były by inne, podziwiałby smukłość jej kształtów i gracje ruchu. Jednak nie był to czas na tego typu przyjemności. Zalewała go niepewność której nie mógł odsunąć żadną miarą.
- Wuzo wiedzieli... Malkavian wiedział o Wuzo, znaczy że wszyscy z nich mogli wiedzieć... Assamita pił krew Lasombra... Victoria przewodziła koterii... Biskup był z Klanu Lasombra... Nosferatu nie byli lubiani w Camarilli...
Strzępy informacji zapisane na skrawkach papieru wirowały w jego umyśle. Formowały teorie, obalały teorie. Był pewien że wieści o pozostałych członkach koterii były prawdziwe. Niemniej nie zwiastowały one niczego dobrego. Gdzieś tam w głębi duszy wyrósł lodowy kwiat strachu.
Gdy Furia pozostawiła ich przed wejściem do Elizjum, cygan zachował milczenie. Używając wampirzych zdolności, podkręcił sobie słuch. Kolejne minuty dłużyły się w nieskończoność, żadnych dźwięków walki, niszczonego otoczenia, eksplozji, krzyków czy przekleństw. Nic. Gavin poddał się pustce, która zwiastowała najgorsze.
- Wyprowadzę was teraz przez główne wyjście.(...)
Cygan podążał za Szeryfem. Gdyby okoliczności nie były by inne, podziwiałby smukłość jej kształtów i gracje ruchu. Jednak nie był to czas na tego typu przyjemności. Zalewała go niepewność której nie mógł odsunąć żadną miarą.
- Wuzo wiedzieli... Malkavian wiedział o Wuzo, znaczy że wszyscy z nich mogli wiedzieć... Assamita pił krew Lasombra... Victoria przewodziła koterii... Biskup był z Klanu Lasombra... Nosferatu nie byli lubiani w Camarilli...
Strzępy informacji zapisane na skrawkach papieru wirowały w jego umyśle. Formowały teorie, obalały teorie. Był pewien że wieści o pozostałych członkach koterii były prawdziwe. Niemniej nie zwiastowały one niczego dobrego. Gdzieś tam w głębi duszy wyrósł lodowy kwiat strachu.
Gdy Furia pozostawiła ich przed wejściem do Elizjum, cygan zachował milczenie. Używając wampirzych zdolności, podkręcił sobie słuch. Kolejne minuty dłużyły się w nieskończoność, żadnych dźwięków walki, niszczonego otoczenia, eksplozji, krzyków czy przekleństw. Nic. Gavin poddał się pustce, która zwiastowała najgorsze.
Ravnos jest przekonany o prawdziwości słów Spiro. Otrzymane informacje pogarszają, i tak już zły, nastrój złodzieja. Ravnos totalnie nie wie kto jest kim w tym przedstawieniu lalek, nie widzi wzoru i nici w przedstawieniu zwanym Charleston. Stan ten powoduje u niego mieszankę depresji i frustracji.
*z hiszpańskiego - gwałtowna śmierć
Ostatnio zmieniony 06 kwietnia 2015, 17:31 przez Rellon, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Terry trząsł się, kiedy wraz z Gavinem ruszyli śladem Furii. Po części ze strachu, przed tym co miało za chwilę nastąpić za zamkniętą bramą. Po części przez słowa swego ojca.
Po nocy przemiany, to nie ja wypiłem braci zakonnych... Masz urojenia! To byłeś ty, Szatanie wcielony!
To nie było prawdą. To nie mogło być prawdą. Dobrze pamiętał skąpany krwią dziedziniec klasztorny, okrutny i bezduszny wystrój, który specjalnie dla niego przygotował jego Stwórca. Aurin Spiro. Który teraz z kolei twierdził,że to Terry w swym nieopanowanym głodzie, wiedziony wolą bestii i szalonym okrucieństwem, bestialsko wymordował swych braci i wiernych.
Ale to nie było prawdą. To nie mogło być prawdą. Terry przywołał wspomnienie tamtej nocy. Czerwcowej, dusznej, spokojnej i krwawej, nocy, sprzed ponad trzech stuleci. Ponownie poczuł w nozdrzach wszechobecny zapach krwi. Ponownie rozejrzał się po twarzach zebranych wokół osób. Ponownie poczuł ból swych skrępowanych o wiele za mocno nadgarstków. Jeszcze raz usłyszał opętańczy śmiech swego oprawcy. I jeszcze raz poczuł na twarzy rozbryzg krwi, tryskający z gardzieli jednego z Braci, rozszarpanej tuż przed jego oczyma...
Dlatego to nie mogło być prawdą. Nie mógł uczynić tego, o co oskarżał go Potwór Spiro. Co prawda nie pamiętał nic z chwil już po przemianie. Ale pamiętał jak Spiro, na jego oczach, rozszarpywał kolejnych członków jego Bractwa. Dopóki Terry sam nie zdążył się wykrwawić. A potem była już tylko ciemność. I głód. I ból. I strach.
Dalej wyrywasz oczy niewinnym ofiarom? Oczywiście, że to robisz mój paranoiczny chłopcze.
Żaden z nich nigdy nie był niewinny. Każdy z nich był agentem tego Potwora. Każdy z nich niósł w sobie ten Piekielny Pierwiastek, który pozostawiony w nich, na zawsze odebrał by im możliwość zbawienia. To nigdy nie był akt okrucieństwa. To był akt łaski. Za każdym razem. W tej materii nie miał wątpliwości.
No tak, pozostawała kwestia jego kolekcji. Wraz z resztą swoich osobistych rzeczy, pozostawił ją na cmentarzu. W krypcie, w której spędził swoją pierwszą noc w Charleston.
[center]***[/center]
Furia odprowadziła ich do samego wyjścia i wypuściła na zewnątrz. Po chwili zebrali się wszyscy. Oprócz Łowcy.
Kiedy minął kwadrans, a Mroczny Jedi wciąż się nie pojawił, Terry zrozumiał co się stało. Właściwie był pewien zwycięzcy od chwili ogłoszenia pojedynku. Jednak dopiero teraz, powoli, zaczynało docierać do niego, co to oznacza. Jego Stwórca pozbył się jedynej przeszkody która stała pomiędzy nim, a Terry'm.
Bardzo w jego stylu. Jak mogłem tego nie zauważyć wcześniej? Wiedział, że jeśli mnie zaatakuje w grupie, będzie miał zbyt wielu przeciwników. Więc poczekał aż sami do niego przyjdziemy, i prostą prowokacją doprowadził do tego, że najtrudniejszy przeciwnik z grupy został z nim sam na sam. Biedny Darth Namtar. Owszem, był ochroniarzem na kontrakcie, ale czy to co się stało, to że nie ostrzegłem go należycie, sprawia że krew jego plami moje ręce?
Niepewnie i bez nadziei co jakiś czas rozglądał się jeszcze za łowcą, lecz ten wciąż nie nadchodził. Powoli tracił siły i chęć ucieczki. Powoli zamykał się w sobie. Opadł ciężko, siadając na brzegu chodnika, z cicha zaszlochał. Po chwili jednak zacisnął pięści. Uspokoił oddech i wstał, zwracając się do zebranych.
- Myślę, że możemy przestać się oszukiwać. Gdyby Darth Namtar miał wrócić, nie kazał by na siebie tak długo czekać. Wszyscy się ze mną zgodzicie, że zachowanie jego dowodziło jego profesjonalizmu. A żaden profesjonalista nie zostawił by nas w niepewności, na tak długo. Jedyna logiczna konkluzja jest taka, że pozostaliśmy bez ochroniarza, za to z Okrutnym Potworem, który nie spocznie póki mnie nie zabije.
- Dlatego kiedy już nadejdzie ten moment, nie wchodźcie mu w drogę. Nie zawaha się zniszczyć nikogo, kto stanie mu na drodze. Tak jak nie zawahał się zabić Łowcy. Nie wiem, co sądzicie na temat mojej następnej propozycji, ale zapraszam każdego chętnego, do przyłączenia się do mnie w modlitwie, za odkupienie duszy naszego, niestety już byłego, ochroniarza.
Stanął pomiędzy resztą zebranych, złożył dłonie i głośno zaczął się modlić.
[center]
Boże pełen miłosierdzia,
który mieszkasz na wysokościach,
daj odpoczynek pod skrzydłami Twojej Obecności
duszy zmarłego Darth'a Namtara.
Oby odpoczywała ona w Ogrodzie Edenu,
oby Dawca Miłosierdzia przygarnął go pod cień Swoich skrzydeł na wieki
i oby związał jego duszę węzłem życia,
nie bacząc na skazy na jej obliczu.
Bóg jest jego dziedzictwem
oby wytchnął on w pokoju na miejscu swojego spoczynku.[/center]
Po nocy przemiany, to nie ja wypiłem braci zakonnych... Masz urojenia! To byłeś ty, Szatanie wcielony!
To nie było prawdą. To nie mogło być prawdą. Dobrze pamiętał skąpany krwią dziedziniec klasztorny, okrutny i bezduszny wystrój, który specjalnie dla niego przygotował jego Stwórca. Aurin Spiro. Który teraz z kolei twierdził,że to Terry w swym nieopanowanym głodzie, wiedziony wolą bestii i szalonym okrucieństwem, bestialsko wymordował swych braci i wiernych.
Ale to nie było prawdą. To nie mogło być prawdą. Terry przywołał wspomnienie tamtej nocy. Czerwcowej, dusznej, spokojnej i krwawej, nocy, sprzed ponad trzech stuleci. Ponownie poczuł w nozdrzach wszechobecny zapach krwi. Ponownie rozejrzał się po twarzach zebranych wokół osób. Ponownie poczuł ból swych skrępowanych o wiele za mocno nadgarstków. Jeszcze raz usłyszał opętańczy śmiech swego oprawcy. I jeszcze raz poczuł na twarzy rozbryzg krwi, tryskający z gardzieli jednego z Braci, rozszarpanej tuż przed jego oczyma...
Dlatego to nie mogło być prawdą. Nie mógł uczynić tego, o co oskarżał go Potwór Spiro. Co prawda nie pamiętał nic z chwil już po przemianie. Ale pamiętał jak Spiro, na jego oczach, rozszarpywał kolejnych członków jego Bractwa. Dopóki Terry sam nie zdążył się wykrwawić. A potem była już tylko ciemność. I głód. I ból. I strach.
Dalej wyrywasz oczy niewinnym ofiarom? Oczywiście, że to robisz mój paranoiczny chłopcze.
Żaden z nich nigdy nie był niewinny. Każdy z nich był agentem tego Potwora. Każdy z nich niósł w sobie ten Piekielny Pierwiastek, który pozostawiony w nich, na zawsze odebrał by im możliwość zbawienia. To nigdy nie był akt okrucieństwa. To był akt łaski. Za każdym razem. W tej materii nie miał wątpliwości.
No tak, pozostawała kwestia jego kolekcji. Wraz z resztą swoich osobistych rzeczy, pozostawił ją na cmentarzu. W krypcie, w której spędził swoją pierwszą noc w Charleston.
[center]***[/center]
Furia odprowadziła ich do samego wyjścia i wypuściła na zewnątrz. Po chwili zebrali się wszyscy. Oprócz Łowcy.
Kiedy minął kwadrans, a Mroczny Jedi wciąż się nie pojawił, Terry zrozumiał co się stało. Właściwie był pewien zwycięzcy od chwili ogłoszenia pojedynku. Jednak dopiero teraz, powoli, zaczynało docierać do niego, co to oznacza. Jego Stwórca pozbył się jedynej przeszkody która stała pomiędzy nim, a Terry'm.
Bardzo w jego stylu. Jak mogłem tego nie zauważyć wcześniej? Wiedział, że jeśli mnie zaatakuje w grupie, będzie miał zbyt wielu przeciwników. Więc poczekał aż sami do niego przyjdziemy, i prostą prowokacją doprowadził do tego, że najtrudniejszy przeciwnik z grupy został z nim sam na sam. Biedny Darth Namtar. Owszem, był ochroniarzem na kontrakcie, ale czy to co się stało, to że nie ostrzegłem go należycie, sprawia że krew jego plami moje ręce?
Niepewnie i bez nadziei co jakiś czas rozglądał się jeszcze za łowcą, lecz ten wciąż nie nadchodził. Powoli tracił siły i chęć ucieczki. Powoli zamykał się w sobie. Opadł ciężko, siadając na brzegu chodnika, z cicha zaszlochał. Po chwili jednak zacisnął pięści. Uspokoił oddech i wstał, zwracając się do zebranych.
- Myślę, że możemy przestać się oszukiwać. Gdyby Darth Namtar miał wrócić, nie kazał by na siebie tak długo czekać. Wszyscy się ze mną zgodzicie, że zachowanie jego dowodziło jego profesjonalizmu. A żaden profesjonalista nie zostawił by nas w niepewności, na tak długo. Jedyna logiczna konkluzja jest taka, że pozostaliśmy bez ochroniarza, za to z Okrutnym Potworem, który nie spocznie póki mnie nie zabije.
- Dlatego kiedy już nadejdzie ten moment, nie wchodźcie mu w drogę. Nie zawaha się zniszczyć nikogo, kto stanie mu na drodze. Tak jak nie zawahał się zabić Łowcy. Nie wiem, co sądzicie na temat mojej następnej propozycji, ale zapraszam każdego chętnego, do przyłączenia się do mnie w modlitwie, za odkupienie duszy naszego, niestety już byłego, ochroniarza.
Stanął pomiędzy resztą zebranych, złożył dłonie i głośno zaczął się modlić.
[center]
Boże pełen miłosierdzia,
który mieszkasz na wysokościach,
daj odpoczynek pod skrzydłami Twojej Obecności
duszy zmarłego Darth'a Namtara.
Oby odpoczywała ona w Ogrodzie Edenu,
oby Dawca Miłosierdzia przygarnął go pod cień Swoich skrzydeł na wieki
i oby związał jego duszę węzłem życia,
nie bacząc na skazy na jej obliczu.
Bóg jest jego dziedzictwem
oby wytchnął on w pokoju na miejscu swojego spoczynku.[/center]
Ostatnio zmieniony 05 kwietnia 2015, 20:30 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.