Wspomnienia powracają w snach, niczym potężna fala z głębin, wdzierająca się daleko na wydmy świadomości... Obrazy, o których nie myślał od lat, przepływają, migocąc na ekranie umysłu, niczym w jakimś szalonym, pozbawionym fabuły pokazie filmowym. A jednak on rozumie je, albowiem pamięta...
Sterylne pomieszczenia, wyłożone kafelkami. Białymi i błękitnymi, błękitnymi i białymi... Sala operacyjna, laboratorium, długie, obojętne korytarze, pochłaniające krzyki... Ponownie widzi celę, zatopioną w ciemności. Ten niewielki wycinek świata, który kiedyś znał na pamięć. Ponownie czuje ból wypalonych gałek ocznych i cierpienie towarzyszące regeneracji tkanek. Ponownie uczy się nienawidzić światła. I ponownie rozumie, że ona, Ciemność, jest jedyną ucieczką... Ponownie wierzy, choć nie może tego wiedzieć, lecz wierzy, że poza tymi ścianami musi istnieć coś więcej... Że życie nie może być jedynie fragmentem bez początku i celu... Światło, ból, krzyki... Ciemność...
A kiedy strach, bezsilność, nienawiść i ból przepływają jeszcze raz, przez jego mózg, i układ nerwowy, zaczyna zdawać sobie sprawę, że wszystko to jest tylko snem. I choć nie wie jeszcze, jak blisko jest w tym momencie prawdy, zaczyna ponownie rozumieć, że to wszystko pojawia się i przemija. Niczym wrzaski i niczym przekleństwa szeptane w samotności... A wraz z tym zrozumieniem przychodzi ulga, gdy pojmuje, iż światło także jest iluzją. Śmiertelnym mirażem, oszustwem umysłu. Jest bowiem tylko jedna rzecz, w którą może uwierzyć. Ciemność, która jest niepodzielna, nieśmiertelna i niezmienna. I do której zawsze może wrócić... A gdy jego umysł akceptuje ten stan, fala wspomnień cofa się, odbita od brzegu... On sam zaś budzi się w kamiennej trumnie. I przez chwilę smakuje strzępy snów, które zagubiły się jeszcze w zakamarkach świadomości. I uśmiecha się w mroku, zimnym, nieludzkim uśmiechem. Bowiem wie, że poznał prawdę i zapłacił cenę...
[center]

[/center]
[center]***[/center]
Wstał odsuwając wieko sarkofagu i rozejrzał się po Sanktuarium. Kuffrowie spali jeszcze, co niespecjalnie go zdziwiło, leczy było kolejnym, oczywistym dowodem na słabość ich dusz.
Haqimma bika asbahnaa ła bika amsajnaa ła bika nahjaa ła bika namuutu ła ilajkan-nuszuur*. Szepnął bezgłośnie, wymawiając Zir. Słowa modlitwy pomogły mu się skoncentrować i przez chwilę napełniły go spokojem, którego potrzebował.
Przeciągnął się i wykonał pięćdziesiąt pompek. Następnie pośpiesznie zebrał z podłogi kurtkę i broń, i wszedł do kręgu, opuszczając Umbrę. Wiedział, że nie pozostało mu wiele czasu, bowiem Niewierni obudzą się już niedługo. Miał jednak kilka spraw do załatwienia. A poza tym, wczorajsza wymiana zdań uświadomiła mu, iż rozmowy z Bękartami Khayyina nie służą niczemu dobremu. Czuł narastającą frustrację i wiedział, że w ciągu najbliższych nocy, będzie ona jego najgorszym wrogiem. Chyba, że uda się ją zmyć krwią... Nie lubił tego stanu. Czasami... Często doprowadzał go do sytuacji, w której przestawał kontrolować potrzebę zabijania... A to nie było dobre, nie teraz, kiedy miał pracę.
Tawakkaltu ala' Haqim** - pomyślał. Wiedział, że będzie potrzebował tej pomocy w najbliższym czasie. Wyszedł z pokoju rytualnego, kierując się ku miejscu, gdzie ukrył ciało Lucjana...
Deklaracje:
[olist=1]Przenoszę ciało Lucjana do piwnicy, do magazynu z rupieciami;
Modlę się chwilę w piwnicy, w okrągłym pokoju z czarną, lustrzaną podłogą;
Obchodzę dom i sprawdzam, czy wszystko jest w porządku, Sprawdzam także zabezpieczenia i wejścia. Nie zapalam świateł.
Następnie siadam w bibliotece na piętrze i zajmuje się przeglądem i czyszczeniem broni. Dochodzę bowiem do wniosku, że jeśli koteria czegoś ode mnie będzie chciała, to mnie zawiadomią przez Strażnika, bym się zjawił w Sanktuarium. A dopóki tego nie robią mogę skorzystać z chwili samotności.[/olist]
Tak więć, gdy się obudzicie Namtara nie będzie w Sanktuarium
Sny piszę kursywą, bowiem dzieją się w głowie postaci - jak myśli. Żeby je ponadto odróżnić od reszty, zdecydowałem się na zastosowanie czasu teraźniejszego. Mam nadzieję, że tworzy to ciekawy klimat.

* arab. Haqimie, z Twojej woli doczekaliśmy ranka i pory wieczornej, i z Twojej woli żyjemy i umieramy, i do Ciebie należy nasze zmartwychwstanie.
** arabska fraza, oznaczająca pełną ufność pokładaną w Haqimie, a wymawiana jest w chwilach próby lub w nieszczęściu.