- Chciałbym więc ustalić pewien szczegół. Czy możemy liczyć na Twoją wyrozumiałość w zastosowaniu Prezencji? Chodzi mi o taką sytuacje gdzie możesz, niekoniecznie musisz, znaleść się w jej zasięgu. Patrz przykład z Mr. Pain'em, nie chciałem go urazić, chciałem jedynie by osoby w moim otoczeniu zapałały do mnie sympatią. Rozumiesz różnice?
- Jak daleko zamierzasz posuwać się w stosowaniu przemocy? Nie jest trudno zauważyć że masz w sobie bardzo silny akcent drapieżnika. Słyszałem nawet opowieści o takich przedstawicielach Twojego klanu którzy zasmakowali w torturowaniu innych. Czy byłbyś łaskaw oszczędzić nam tego typu praktyk?
- Czy potrafisz się uśmiechać? W sposób inny niż krokodyl do antylopy?
- Czy Twoja ochrona obejmuje także nasze zdrowie psychiczne? - Tu zwrócił się do Malkava - Bez obrazy stary.
- Ja bardzo jesteś nam w stanie zaufać?
- Czy mozesz przedstawić nam jakiś kodeks wartości względem którego rozpatrujesz zaistniałe sytuacje? Z tego co słyszałem dla was istnieje tylko Prawda, podczas gdy dla innych członków rodziny - tu wskazał na siebie- istnieje prawda, półprawda, niedomówienie, nieporozumienie, prawda wynikająca z punktu siedzenia, prawda przemilczana i tym podobne i tak dalej. Jest więc coś jak 10 przykazań lub pięć tradycji w stosunkach z Assamitami?
- I ostatnie pytanie, najbardziej w sumie przerażajace. Jak daleko jesteś w stanie sie posunąć i ile poświęcić by wykonać kontrakt?
PBF - Charleston by Night
Przyglądał się koterii. Zdawała się przemawiać jednym głosem, a przynajmniej na chwilę obecną wszyscy odgrywali ten spektakl. Przedstawienie jakich wiele.
Jak przyjemnie byłoby znaleźć się teraz pośród moich arcydzieł, tak szczerych, uchwyconych w jednej, ostatecznej pozie i myśli wypełniających wieczność. Figury w wosku, niezmienne, niezachwiane w oczekiwaniach i dążeniach... Ci tutaj.. tak stanowczy w deklaracjach już niedługo ukażą swe prawdziwe ja, lub to czym uważają, że są...
Przygarbiona sylwetka odsunęła się o krok ustępując miejsca innym. Lekkie skinienie głowy i subtelny gest dłoni. Tak, by uznali przeprosiny, jednak bez zbędnej uniżoności.
Chcecie grać w otwarte karty..
Chętnie poczekałbym, aż rzucicie się sobie do gardeł, poczekałbym, jak zwykle... ukrył się i milczał, aż wszystko przeminie. Obserwowanie Was jest takie cenne. Informacje, które sprzedadzą się jak ... krew.
Przyglądał się uważnie członkom zgromadzenia. Tak wiele możliwości otwierało się przed nim. Tak wiele..
Zobowiązań. Atrahasis uczynił go tym, kim się stał. Lata egoizmu jakiego nauczył się w camarilli względem innych nieumarłych. W świecie kainitów nie zwykł działać bezinteresownie względem członków innych klanów. Śmierć brujaha przywoływała odległe wspomnienia. Dług.
Niech chwilę jeszcze poględzą o bzdurach. I tak prędzej czy później do niego skierują pytania.
Jak przyjemnie byłoby znaleźć się teraz pośród moich arcydzieł, tak szczerych, uchwyconych w jednej, ostatecznej pozie i myśli wypełniających wieczność. Figury w wosku, niezmienne, niezachwiane w oczekiwaniach i dążeniach... Ci tutaj.. tak stanowczy w deklaracjach już niedługo ukażą swe prawdziwe ja, lub to czym uważają, że są...
Przygarbiona sylwetka odsunęła się o krok ustępując miejsca innym. Lekkie skinienie głowy i subtelny gest dłoni. Tak, by uznali przeprosiny, jednak bez zbędnej uniżoności.
Chcecie grać w otwarte karty..
Chętnie poczekałbym, aż rzucicie się sobie do gardeł, poczekałbym, jak zwykle... ukrył się i milczał, aż wszystko przeminie. Obserwowanie Was jest takie cenne. Informacje, które sprzedadzą się jak ... krew.
Przyglądał się uważnie członkom zgromadzenia. Tak wiele możliwości otwierało się przed nim. Tak wiele..
Zobowiązań. Atrahasis uczynił go tym, kim się stał. Lata egoizmu jakiego nauczył się w camarilli względem innych nieumarłych. W świecie kainitów nie zwykł działać bezinteresownie względem członków innych klanów. Śmierć brujaha przywoływała odległe wspomnienia. Dług.
Niech chwilę jeszcze poględzą o bzdurach. I tak prędzej czy później do niego skierują pytania.
Ostatnio zmieniony 24 lutego 2015, 00:38 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.
Stał spokojnie słuchając pytań Ravnosa. Ich rosnąca niedorzeczność była oczywistym dowodem na słabość serca i umysłu, jaka musiała być udziałem każdego z Kafrów. Prawie się roześmiał na wzmiankę o zaufaniu... Co sobie myślał ten Bękart Khayyina? Nie do końca chciał wiedzieć, do jakich jeszcze absurdów może doprowadzić ta rozmowa. Już teraz zaczynała mu się wydawać stratą czasu. Słuchając głosu Śmiecia, przypomniał sobie inne spotkania z członkami jego klanu. Krzyki i krew. Zwłaszcza smak krwi. Uśmiechnął się lekko. Bawiła go nieświadomość rozmówcy. Ciekawe, czy zadawałby mu te same pytania wiedząc, ile razy spijał czerwień i słodycz dusz z żył jego krewnych?
- Jestem twoim ochroniarzem - odezwał się w końcu, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie i zimno. Jak zwykle. - nie twoją niańką. Dbam o twoje fizyczne bezpieczeństwo. I nie obchodzą mnie zupełnie twoje przemyślenia czy rozterki moralne. Nie obchodzi mnie też, co myślisz na temat prawdy. Prawda jest jedna. Jednak nie oczekuję od ciebie, abyś był w stanie to pojąć... Jesteś Niewierny, nie możesz więc wiedzieć, o czym mówię.
- Nie widzę sensu rozmawiania z tobą także na tematy nie związane z Kontraktem. I nie będę tego robił. Odpowiadając na te, które uważam za zasadne powiem, że użycie na mnie Prezencji będzie miało konsekwencje. Nie posiadam czegoś takiego, jak wyrozumiałość. I wiem, co zagwarantował mi Klient. Jednak w przypadku, gdy użyjesz jej na kimś innym, będę umiał sobie poradzić. Umiem odróżnić, czy robisz coś przeciwko mnie, czy nie. Więc nie martw się o to.
Paskudny uśmiech Mordercy nie pozostawiał złudzeń, co do tego, iż jest w stanie wypełnić zarówno pierwszą jak i o drugą deklarację.
- Nie będę ci oszczędzał niczego, co uznam za stosowne z uwagi na efektywność mojej pracy. Nie interesuje mnie, co o tym sądzisz, ani jak to oceniasz. Daruj sobie więc rozmowy tego rodzaju. Ja nie muszę w nich brać udziału. Dopóki Kontakt nie wymaga ode mnie złamania Praw Klanu, jestem w stanie zrobić wszystko by go wykonać i zrobię to.
- To nie jest poświęcenie - dodał, widząc niezrozumienie na twarzy Gavina. - Poświęcenie oznacza, że masz coś swojego, co jeszcze możesz oddać. Ja nie mam. Wypełnianie Kontraktu jest dla mnie sensem mojego istnienia. Więc nic nie muszę ofiarowywać. To jest moje życie.
Choć nie sądzę, abyś był w stanie to pojąc, sag ayaar* - dodał w myślach. I nie sądzę, byś wierząc w swoje półprawdy, mógł wiedzieć, czym jest ofiara. Tak jak nie możesz wiedzieć, ya noori** jaką rolę pełnisz w tej wojnie... Haqimi Yekhrib beitak, bassas...***
- Jeśli chodzi o zasady postępowania z członkami mojego Klanu, to jestem prawdopodobnie jedynym, z którym kiedykolwiek będziesz rozmawiał - znów wyszczerzył zęby w drapieżnym uśmiechu. Aczkolwiek nie umiał się opanować. W jego głowie powracały krzyki i błagania tych, których krew pił w Bułgarii. - Okłamywanie mnie ma swoje konsekwencje. Próby używania dyscyplin przeciwko mnie będą bolały. Obrażanie honoru mojego Klanu oznacza śmierć. Ta wiedza powinna ci wystarczyć, by przetrwać.
Milczenie, które zapadło po jego słowach zdawała się wyraźnie ochładzać atmosferę w pokoju.
- I jeszcze jedno, na koniec - dodał po chwili, a jego głos zabrzmiał dziwnie spokojnie, w złowieszczej ciszy, która ogarnęła zebranych. - Nie muszę wam ufać, by wykonywać swoją pracę. I nie zamierzam. Jesteście Niewierni. Jest między nami zbyt wiele różnic, byśmy mówili wspólnym językiem. I zawsze tak będzie. To co robię, jest kwestią obowiązku i honoru. Kontrakt jest dla mnie świętością. Nie mieszajcie więc w to innych rzeczy. Tak będzie wam łatwiej. I zdrowiej.
[center]
[/center]
* arab. kłamliwy psie
** arab. ty uliczny śmieciu (określenie używane do osób z niższej klasy społecznej)
*** arb. Niech Haqim cię przeklnie, kłamco.
- Jestem twoim ochroniarzem - odezwał się w końcu, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie i zimno. Jak zwykle. - nie twoją niańką. Dbam o twoje fizyczne bezpieczeństwo. I nie obchodzą mnie zupełnie twoje przemyślenia czy rozterki moralne. Nie obchodzi mnie też, co myślisz na temat prawdy. Prawda jest jedna. Jednak nie oczekuję od ciebie, abyś był w stanie to pojąć... Jesteś Niewierny, nie możesz więc wiedzieć, o czym mówię.
- Nie widzę sensu rozmawiania z tobą także na tematy nie związane z Kontraktem. I nie będę tego robił. Odpowiadając na te, które uważam za zasadne powiem, że użycie na mnie Prezencji będzie miało konsekwencje. Nie posiadam czegoś takiego, jak wyrozumiałość. I wiem, co zagwarantował mi Klient. Jednak w przypadku, gdy użyjesz jej na kimś innym, będę umiał sobie poradzić. Umiem odróżnić, czy robisz coś przeciwko mnie, czy nie. Więc nie martw się o to.
Paskudny uśmiech Mordercy nie pozostawiał złudzeń, co do tego, iż jest w stanie wypełnić zarówno pierwszą jak i o drugą deklarację.
- Nie będę ci oszczędzał niczego, co uznam za stosowne z uwagi na efektywność mojej pracy. Nie interesuje mnie, co o tym sądzisz, ani jak to oceniasz. Daruj sobie więc rozmowy tego rodzaju. Ja nie muszę w nich brać udziału. Dopóki Kontakt nie wymaga ode mnie złamania Praw Klanu, jestem w stanie zrobić wszystko by go wykonać i zrobię to.
- To nie jest poświęcenie - dodał, widząc niezrozumienie na twarzy Gavina. - Poświęcenie oznacza, że masz coś swojego, co jeszcze możesz oddać. Ja nie mam. Wypełnianie Kontraktu jest dla mnie sensem mojego istnienia. Więc nic nie muszę ofiarowywać. To jest moje życie.
Choć nie sądzę, abyś był w stanie to pojąc, sag ayaar* - dodał w myślach. I nie sądzę, byś wierząc w swoje półprawdy, mógł wiedzieć, czym jest ofiara. Tak jak nie możesz wiedzieć, ya noori** jaką rolę pełnisz w tej wojnie... Haqimi Yekhrib beitak, bassas...***
- Jeśli chodzi o zasady postępowania z członkami mojego Klanu, to jestem prawdopodobnie jedynym, z którym kiedykolwiek będziesz rozmawiał - znów wyszczerzył zęby w drapieżnym uśmiechu. Aczkolwiek nie umiał się opanować. W jego głowie powracały krzyki i błagania tych, których krew pił w Bułgarii. - Okłamywanie mnie ma swoje konsekwencje. Próby używania dyscyplin przeciwko mnie będą bolały. Obrażanie honoru mojego Klanu oznacza śmierć. Ta wiedza powinna ci wystarczyć, by przetrwać.
Milczenie, które zapadło po jego słowach zdawała się wyraźnie ochładzać atmosferę w pokoju.
- I jeszcze jedno, na koniec - dodał po chwili, a jego głos zabrzmiał dziwnie spokojnie, w złowieszczej ciszy, która ogarnęła zebranych. - Nie muszę wam ufać, by wykonywać swoją pracę. I nie zamierzam. Jesteście Niewierni. Jest między nami zbyt wiele różnic, byśmy mówili wspólnym językiem. I zawsze tak będzie. To co robię, jest kwestią obowiązku i honoru. Kontrakt jest dla mnie świętością. Nie mieszajcie więc w to innych rzeczy. Tak będzie wam łatwiej. I zdrowiej.
[center]
[/center]* arab. kłamliwy psie
** arab. ty uliczny śmieciu (określenie używane do osób z niższej klasy społecznej)
*** arb. Niech Haqim cię przeklnie, kłamco.
Ostatnio zmieniony 02 listopada 2015, 23:13 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-Niezmiernie pouczające.. - podsumował Horacy strzepując kurz z dawno nie używanej peleryny. Ściągnąwszy z wieszaka odzienie zarzucił je w wypracowanym latami, pełnym gracji i płynności geście, po czym kłaniając się koterii wskazał drzwi wejściowe.
-Wybaczcie mi cenni towarzysze moją małą inscenizację. Ów ponury zegar tyka i muszę rzec, że coś w nim mnie niepokoi. Najwyraźniej nie tylko mnie zważywszy na tak szybką i zdecydowaną reakcję księcia. Rządzi całym stanem żelazną ręką. Waham się, czy rozsądnie jest myśleć, iż rozwiązanie zagadki śmierci Atrahasisa pozostawi wyłącznie w naszej gestii. Ciekawi mnie, że tak łatwo zgodził się przekazać domenę komuś z klanu Lasombra, który ostatnimi czasy stał się cierniem w ... domenie książęcej mości. Pozostawmy jednak tę kwestię jego polityce.
Stojąc tyłem do koterii otworzył na oścież drzwi frontowe. Uniósł ręce niby dyrygent przygotowujący się do występu.
-0to Charleston. Śniące miasto, które stanęło przed wami otworem. Podczas, gdy staracie się czujnie stąpać po cienkim lodzie pełni obaw o obecność Łowcy gdzieś tam pomiędzy cieniami miasta przemykają hordy lupinów, magowie splatają swe szalone zaklęcia, a mroczne zaułki dają schronienie niezliczonym nadnaturalom.
Oto cienka linia, po której przyszło Wam stąpać. Ciekawskie oczy, które na Was spoczną. Jest ich tam wiele.. głodnych nie tylko wiedzy..
Opuścił dłonie. Ponownie odwróciwszy się ku zgromadzeniu.
-Choć nie wątpię w Twe zdolności Łowco, a w słowach pozostałych członków koterii wyczuwam zaangażowanie w sprawę bezpieczniej będzie, jeśli będziecie konsultować ze mną wszelkie próby samodzielnego poruszania się po mieście. Znam Charleston ... od dawna.
-Wybaczcie mi cenni towarzysze moją małą inscenizację. Ów ponury zegar tyka i muszę rzec, że coś w nim mnie niepokoi. Najwyraźniej nie tylko mnie zważywszy na tak szybką i zdecydowaną reakcję księcia. Rządzi całym stanem żelazną ręką. Waham się, czy rozsądnie jest myśleć, iż rozwiązanie zagadki śmierci Atrahasisa pozostawi wyłącznie w naszej gestii. Ciekawi mnie, że tak łatwo zgodził się przekazać domenę komuś z klanu Lasombra, który ostatnimi czasy stał się cierniem w ... domenie książęcej mości. Pozostawmy jednak tę kwestię jego polityce.
Stojąc tyłem do koterii otworzył na oścież drzwi frontowe. Uniósł ręce niby dyrygent przygotowujący się do występu.
-0to Charleston. Śniące miasto, które stanęło przed wami otworem. Podczas, gdy staracie się czujnie stąpać po cienkim lodzie pełni obaw o obecność Łowcy gdzieś tam pomiędzy cieniami miasta przemykają hordy lupinów, magowie splatają swe szalone zaklęcia, a mroczne zaułki dają schronienie niezliczonym nadnaturalom.
Oto cienka linia, po której przyszło Wam stąpać. Ciekawskie oczy, które na Was spoczną. Jest ich tam wiele.. głodnych nie tylko wiedzy..
Opuścił dłonie. Ponownie odwróciwszy się ku zgromadzeniu.
-Choć nie wątpię w Twe zdolności Łowco, a w słowach pozostałych członków koterii wyczuwam zaangażowanie w sprawę bezpieczniej będzie, jeśli będziecie konsultować ze mną wszelkie próby samodzielnego poruszania się po mieście. Znam Charleston ... od dawna.