No właśnie co robicie?
PBF - Bournemouth after Midnight
Cwetan do tej pory przysłuchiwał się, w jego mniemaniu jałowej dyskusji, teraz jednak postanowił włączyć się do rozmowy.
- W moich ojczystych stronach pojawienie się sabatników nie było niczym niezwykłym. Zawsze wyglądało to tak samo. Zagrożenie sabatem, stan wyjątkowy, krwawe łowy. Bez śladu znikali książeta, ich świty, całe koterie. Nikt nie zadawał za dużo pytań. Każdy mógł być posądzony o kolaborację i czapa!
- Do tej pory siedzieliśmy tylko przy stole. Teraz jednak karty są w grze i zaczeliśmy rozgrywać partię w której stawką jest być może nasze życie.
Powinniśmy się trzymać razem bez względu na wszystko tym bardziej, że i tak już wszyscy nas kojarzą jako koterię.
Jeżeli Vallo porwali sabatnicy to nie mamy czego szukać bo nic nie znajdziemy. Uważam jednak, że to Francis miał zamiar pozbyć się z jakiegos powodu Vallo. Michaelowi palił się grunt pod nogami, pewnie nie wiedział komu w mieście może zaufać i wtedy pojawiliśmy się my. Spoza układu, z pozoru płotki. Vallo miał jakiś plan ale nie zdążył zrealizować. Musiał zniknąć, a my musimy go znaleźć.
Teraz Francis wymyślił sabat co wydatnie ułatwi mu polowanie na naszego znajomego Ventrue
- W moich ojczystych stronach pojawienie się sabatników nie było niczym niezwykłym. Zawsze wyglądało to tak samo. Zagrożenie sabatem, stan wyjątkowy, krwawe łowy. Bez śladu znikali książeta, ich świty, całe koterie. Nikt nie zadawał za dużo pytań. Każdy mógł być posądzony o kolaborację i czapa!
- Do tej pory siedzieliśmy tylko przy stole. Teraz jednak karty są w grze i zaczeliśmy rozgrywać partię w której stawką jest być może nasze życie.
Powinniśmy się trzymać razem bez względu na wszystko tym bardziej, że i tak już wszyscy nas kojarzą jako koterię.
Jeżeli Vallo porwali sabatnicy to nie mamy czego szukać bo nic nie znajdziemy. Uważam jednak, że to Francis miał zamiar pozbyć się z jakiegos powodu Vallo. Michaelowi palił się grunt pod nogami, pewnie nie wiedział komu w mieście może zaufać i wtedy pojawiliśmy się my. Spoza układu, z pozoru płotki. Vallo miał jakiś plan ale nie zdążył zrealizować. Musiał zniknąć, a my musimy go znaleźć.
Teraz Francis wymyślił sabat co wydatnie ułatwi mu polowanie na naszego znajomego Ventrue
..Nie wierzę, że Vallo kazał Ci szerzyć strach, potęgując paranoję w koterii, a raczej chodziło mu o coś zupełnie innego... -Marcus rozmyślał nad unoszącymi się w powietrzu słowami Price'a. Rola, jaką miał do odegrania w tej farsie coraz bardziej go intrygowała.. farsa... hmmm
-Możliwe, że się mylisz.. -podjął po chwili zastanowienia.
-.. a do tego histeria po całym tym straszeniem sabatem... cóż Książę mógłby sobie na to pozwolić pozbywszy się niewygodnego primogena. Nie śmiem jednak przypuszczać, by wielkoduszny Francis posunął się do czegoś takiego. -rzucił ironicznie, po czym powrócił do pierwszej myśli..
-... i może właśnie tego oczekiwał Vallo ode mnie? Może właśnie znalazłeś odpowiedź Xavierze? Kwestia, czy ktoś pozbył się starszego Twego klanu, czy też Vallo upozorował zdarzenie wciąż pozostaje otwarta. Bez względu jednak na to, kto za tym stoi wygodnym dla większości wnioskiem jest oficjalnie zrzucić winę na sabat, czyż nie? Vallo.. jeśli to mistyfikacja mógł zatem uprzedzić ruch księcia oczekując ode mnie siania strachu i paranoji właśnie... a może i miał ochotę na teatralną farsę? Osobiście stanowi to dla mnie zagadkę..
- Możliwe też, że twoje nadmierne skupienie i odpowiedzialność będą barierą w jej rozwikłaniu Xavierze. Brak Ci potrzebnego czasem dystansu, na który nie pozostawiasz sobie miejsca, ale niespecjalnie interesuje mnie krytykowanie Twoich wyborów.
Koroviev w zauważalny sposób odbiegł myślami gdzieś na bok, wyciągnąwszy przed siebie rękę.
Gdzież znowu posiałem tę cholerną laskę?
Odwrócił się po chwili, nie zauważywszy lub zignorowawszy fakt, że Price przesunął się nieco, Głośnym tonem przemawiając do ściany:
-Xavierze Price. Prócz widocznych na doskonałym nagraniu nieumarłych w Twym szczelnie zaczarowanym przez tuzin arabskich dżinów pokoju był ktoś jeszcze, jednak nie dowiesz się tego ode mnie wcześniej, niż uznam to za stosowne, lub do czasu gdy...
...nie, nie sądzę byś był w tej chwili w nastroju do recytowania wierszy.
-Możliwe, że się mylisz.. -podjął po chwili zastanowienia.
-.. a do tego histeria po całym tym straszeniem sabatem... cóż Książę mógłby sobie na to pozwolić pozbywszy się niewygodnego primogena. Nie śmiem jednak przypuszczać, by wielkoduszny Francis posunął się do czegoś takiego. -rzucił ironicznie, po czym powrócił do pierwszej myśli..
-... i może właśnie tego oczekiwał Vallo ode mnie? Może właśnie znalazłeś odpowiedź Xavierze? Kwestia, czy ktoś pozbył się starszego Twego klanu, czy też Vallo upozorował zdarzenie wciąż pozostaje otwarta. Bez względu jednak na to, kto za tym stoi wygodnym dla większości wnioskiem jest oficjalnie zrzucić winę na sabat, czyż nie? Vallo.. jeśli to mistyfikacja mógł zatem uprzedzić ruch księcia oczekując ode mnie siania strachu i paranoji właśnie... a może i miał ochotę na teatralną farsę? Osobiście stanowi to dla mnie zagadkę..
- Możliwe też, że twoje nadmierne skupienie i odpowiedzialność będą barierą w jej rozwikłaniu Xavierze. Brak Ci potrzebnego czasem dystansu, na który nie pozostawiasz sobie miejsca, ale niespecjalnie interesuje mnie krytykowanie Twoich wyborów.
Koroviev w zauważalny sposób odbiegł myślami gdzieś na bok, wyciągnąwszy przed siebie rękę.
Gdzież znowu posiałem tę cholerną laskę?
Odwrócił się po chwili, nie zauważywszy lub zignorowawszy fakt, że Price przesunął się nieco, Głośnym tonem przemawiając do ściany:
-Xavierze Price. Prócz widocznych na doskonałym nagraniu nieumarłych w Twym szczelnie zaczarowanym przez tuzin arabskich dżinów pokoju był ktoś jeszcze, jednak nie dowiesz się tego ode mnie wcześniej, niż uznam to za stosowne, lub do czasu gdy...
...nie, nie sądzę byś był w tej chwili w nastroju do recytowania wierszy.
-
Oggy
- Reactions:
- Posty: 766
- Rejestracja: 13 lipca 2009, 15:05
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/Oggy
- Has thanked: 24 times
- Been thanked: 10 times
Moreau z serdecznym rozbawieniem słuchał Xaviera. Własnie takich slow się spodziewał. Chociaż wolałby usłyszeć inne.
- (...) nawymyślałeś, że czyha na nas ktoś pachnący morzem i winem. - Czy naprawdę mowie tutaj w pustkę? Los potrafi zmieniać się szybko, wczorajsze kłamstwa staja się dzisiejsza prawda, głupcy prowadza lud. - Wzrok Achille wędrował od Marcusa do Xaviera. Cóż za przedziwna relacja.
"Jestem nędzarzem, posiadam tylko marzenia.
Rozsiałem je u twych stóp. Stąpaj lekko, gdyż stąpasz
po moich marzeniach"
Ostrożniej Ventrue
- Francis jest Toreadorem, a linia krwi, która chcą reaktywować jest związana z sztuką (...)
Achille przesunął dłonią po twarzy dając sobie dwie sekundy na uspokojenie myśli. Przecież wiadomo ze każdy pijak to złodziej.
- Związana ze sztuka? Cos mi umknęło? - Toreador poruszył się, pochylając z zainteresowaniem ku Princowi.
- (...) nawymyślałeś, że czyha na nas ktoś pachnący morzem i winem. - Czy naprawdę mowie tutaj w pustkę? Los potrafi zmieniać się szybko, wczorajsze kłamstwa staja się dzisiejsza prawda, głupcy prowadza lud. - Wzrok Achille wędrował od Marcusa do Xaviera. Cóż za przedziwna relacja.
"Jestem nędzarzem, posiadam tylko marzenia.
Rozsiałem je u twych stóp. Stąpaj lekko, gdyż stąpasz
po moich marzeniach"
Ostrożniej Ventrue
- Francis jest Toreadorem, a linia krwi, która chcą reaktywować jest związana z sztuką (...)
Achille przesunął dłonią po twarzy dając sobie dwie sekundy na uspokojenie myśli. Przecież wiadomo ze każdy pijak to złodziej.
- Związana ze sztuka? Cos mi umknęło? - Toreador poruszył się, pochylając z zainteresowaniem ku Princowi.
astrolog/alchemik 10/10 POZ
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
dostaniecie jeszcze ode mnie "pod choinkę" dwa świąteczne posty, żebyście mieli o czym myśleć, a nie tylko obżerać się karpiami;)
Założyłem po poście Cwetana, że w zaistniałej sytuacji trzymacie się razem, ale jeśli zdecydujecie innaczej, to nie ma sprawy.
Oto pierwszyz postów:
Założyłem po poście Cwetana, że w zaistniałej sytuacji trzymacie się razem, ale jeśli zdecydujecie innaczej, to nie ma sprawy.
Oto pierwszyz postów:
Bournemouth; Stafford Rd. W pobliżu schronienia Achile; 18.11.14 nad ranem
Achile zbliżał się pewnym acz ostrożnym krokiem w stronę zaniedbanego budynku w jakim miał swoje nieiwelkie mieszkanie. Chciał zabrać kilka rzeczy. Dziwny lęk kołatający w tyle głowy nie pozwalał się rozluźnić. Lęk jaki pamiętał gdy przemierzał za dnia ulice ostrzeliwanego przez snajperów Sarajewa, czy dżunglę dalekiego wschodu, gdy uciekał przed rządowymi siłami Sri-Lanki. Coś kazało mu zachować czujność i jakkolwiek by nazwał to dziwne uczucie, to Achile utwierdził się w przekonaniu, że coś podpowiadało dobrze. Przed drzwiami frontowymi stało dwóch mężczyzn palących papierowsy i rozmawiających cicho. Moreau powoli odwrócił się:
- Powoli... Potem za róg, wyciągnę broń z torby i sobie pogadamy...
Dostrzegł kątem oka, jak jeden z mężczyzn jakby zaciągnął nosem powietrza i momentalnie odwrócił głowę w stronę Moreau. Ruszyli w jego stronę coraz szybszym krokiem. Toreador zniknął za rogiem przyśpieszając znacznie aby zyskać nieco czasu i zdążyć sięgnąć po skryty w torbie karabinek szturmowy.
Coś schwyciło go w pewnym momencie mocarnym uściskiem z jakiego nie sposób było wyrwać i wciągnęło do ciemnego zaułku śmierdzącego uryną. Wielka dłoń zacisnęła się na twarzy Achile pozbawiając go możliwości wydania jakiegokolwiek dźwięku. Toreador zwymiotowałby gdyby tylko był człowiekiem. Muskularna ręka cuchnęła paletą odrażających kanałowych woni. Niski, chrapliwy głos wyszpetał tylko złowrogo:
- Siedź kurwa cicho degeneracie, bo Cię zostawię na ich pastwę.
Zaułek minęły dwie postaci rozglądające się czujnie na boki i węszące niczym psy. Ku zdzwieniu zszokowanego całą sytuacją Moreau, obaj wymieniając kilka słów po serbsku nie dostrzegli dwóch postaci przyczajonych w mroku.
- Serbowie? Skąd mogli się tu wziąźć? Czego mogą chcieć ode mnie? - rozbrzmiewało w głowie Achile.
Nosferatu jeszcze przez długi czas nie zwolnił uścisku. Po chwili, która dla torturowanego odorem Achile wydawała się wiecznością, chwyt zelżał ale Anton pokazał palcem aby zachować ciszę. Dopiero po jakimś czasie szeryf rozluźnił się i odezwał się:
- Odeszli, ale kurwa mówię Ci koleżko, że wrócą. Są od Radko Mladica. Na twoim miejscu, znalazłbym se kurwa jakąś inną zajebistą metę, chyba że wolisz towarzystwo tych szalenie miłych panów. Aż ich świerzbią pazury, żeby zrobić ci coś zajebiście miłego.
- Mladica! Ale jak? Przecież został skazany za zbrodnie wojenne! Czemuby mnie miał szukać? Nigdy nie weszliśmy sobie w drogę. - krzyczał w myślach Toreador. Koszmar Sarajewa powrócił w jednej chwili. Wszystkie sceny artyleryjskiego ostrzału, bycia w stanie pernamentnego oblężenia i konających dzieci, którym nie potrafił pomóc, zapach ich krwi, który przyprawiał wampira o mdłości. Pamiętał te chwile, gdy każdy dzień mógłbyć ostatnim. Wystarczyłby jeden zbłąkany pocisk który zerwałby dach jego schronienia. Toreador otrząsnął się nagle z zamyślenia:
- Skąd to wszystko wiesz? - zapytał krótko.
- Z dupy. - wycharczał Anton: - Wiem i chuj. A tak żeby coś rzec na marginesie, bo mnie ozór dziś swędzi okrutnie, to rzeczy się trochę pozmieniają na mieście. A wam radzę iść tropem Vallo z tymi przydupasami z paczki. Tylko w swej mądrości pamiętaj, że ode mnie tego nie słyszałeś.