Powieść Artura - fluff

Awatar użytkownika
wasut
Reactions:
Posty: 745
Rejestracja: 25 stycznia 2009, 18:16
Lokalizacja: Kraków
Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/wasut
Has thanked: 2 times
Been thanked: 2 times

Post autor: wasut » 13 sierpnia 2014, 23:32

avnar napisał(a):
Wskrzeszenia kolejnego już nie będzie. Rzut na odporność nie wyszedł i dusza pękła.
So true...
czegoj napisał(a):
Teraz muszę się zastanowić co dalej. Może przeczytam jeszcze raz i wtedy coś chwyci, na razie i ja jestem na nie.);(
Myślisz że warto się męczyć? Każdy z nas tutaj, choć nie ekspert, to jako fan fantastyki i nie tylko, przeczytał sporą ilość tekstu, jak to w fantastyce tekstu kijowego i tekstu wyjątkowego. Potrafimy ocenić czy coś jest dobre czy nie. Więc wielokrotne czytanie chyba nic nie da. Myślę że KC zostają zgładzone przez brak odpowiedniej samooceny i jechanie na huraoptymiźmie. Przykro patrzeć ale avnar dał chyba najcelniejszą ocenę.

kaceto
Reactions:
Posty: 222
Rejestracja: 30 sierpnia 2013, 11:28

Post autor: kaceto » 14 sierpnia 2014, 00:19

Mnie to przypomina... Sesję. Takie gadanie na sesji, MG ma jakąś wizję w głowie, pewną historię do zaprezentowania i opowiada, a gracze słuchają. Tylko tam (na sesji) się wiele wybacza, wiadomo, ale to samo na papierze.... Wszyscy widzimy jak to wygląda.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 14 sierpnia 2014, 00:34

Rozdział I - Miejsce pierwsze: NARODZINY

- Kat An!!! - najgłośniej jak mogła, syknęła ciężarna orczyca - Kacie! Jeszcze raz spróbujesz mnie podgryzać...! - dodała uderzając wielką niczym bochen chleba pięścią w swój nabrzmiały brzuch.

- Rozumiem, że spałaszowałeś rodzeństwo - sama to zrobiłam w twoim wieku, ale zżerać rodzoną matkę?

Kolejny kuksaniec przyniósł widoczną ulgę, brzuch lekko zmalał i orczątko wewnątrz przestało się poruszać.

Wielka orczyca wyprężyła się i rozejrzała wokół. Potężne mięśnie nabrzmiały, uwidoczniając zielonkawe żyły. Mierzyła nieco powyżej dwóch metrów. Jej oliwkowa skóra była gładka, co świadczyło o młodym wieku i znaczącym statusie. Biodra miała przesłonięte pasem skóry ze zwisającymi dużymi płatami futrzanych fragmentów jakiegoś zwierza, prawdopodobnie bawoła opasa.

Bystre, duże i głęboko osadzone oczy zwróciły się nerwowo w lewo i w prawo. W tym też momencie uwidocznił się ich czerwony blask, który zajaśniał w półmroku jaskini.

"Nic nie przyszło" - pomyślała orkowa samica. Rada, że nic nie wykorzystało jej chwilowej słabości i nieuwagi, odwróciła się. Pod stopami leżał jeszcze ciepły, choć niekompletny zezwłok jej partnera. Wyraźnie brakowało wyjedzonych fragmentów ud i krocza.

- Muszę cię dokończyć, mój mężu, bo inaczej ten bachor mnie zeżre - powiedziała orczyca w kierunku nieżywego partnera.

Była wyjątkowa jak na swą rasę. Wielka, rosła i przebiegła. W swym krótkim dziesięcioletnim życiu pochowała już kilku mężów, choć tylko tego jednego musiała zjeść. I do tego nie dała się zdominować, jak większość jej głupszych rówieśniczek. Ich życie było nieustannym zdobywaniem pokarmu i odchowywaniem kolejnych miotów jak zwykle licznego potomstwa. Jej synek= tego już była prawie pewna = przyjdzie na świat w chwale jej rodu = silniejszy od rówieśników. Zostanie kimś o kim powstaną wieczne legendy. O tym też była przekonana. I w swej matczynej miłości nawet nie skrzywiła się, gdy kolejny kęs chłopca oderwał coś z jej wnętrza...

Orki z jaskiń Taran-Tas były wyjątkowo silne. Liczebność ich populacji wahała się skokowo od kilkuset samic do kilkudziesięciu tysięcy wojowników. Takie armie dokonywały inwazji na sąsiednie krainy. Problem w tym, że nie za każdym razem wracały. Zdyscyplinowane legiony elfów, krasnoludów czy panujących reptilionów prawie zawsze kładły kres powtarzającym się średnio co dziesięć lat najazdom orków. I tak było od wieków. Przeludnienie w orczych leżach i nieustający głód ich mieszkańców zwykle owocowały kolejną wyprawą łupieżczą.

An - bo tak zwała się orczyca - postanowiła wraz z partnerem i kilkunastoma młodymi parami wyruszyć i założyć nowe leże. W tym celu opuścili umiłowany gwar swych siedlisk i udali się na wielotygodniową niebezpieczną wyprawę w głąb nieznanych północnych gór. Z początku szło dobrze. Poruszali się o zmroku, a ich partnerzy byli doskonali w nocnych łowach. Zakradali się za głazy, po czym z orczym wrzaskiem dopadali zaskoczone tym antylopy i gołymi rękoma łamali im karki. Dostępność właściwego pożywienia po dwóch tygodniach zaowocowała: wszystkie samice były już ciężarne.

Nic nie zapowiadało kłopotów aż do odkrycia tej przeklętej jaskini. Już pierwszej nocy zamknęła się od zewnątrz. Tam, gdzie powinno być wyjście, była lita skała - jakby spoczywała w tym miejscu od wieków. Żadnych szczelin. Zaś na przeciwległym końcu jaskini nagle pojawiło się przejście. Prowadziło ono do wnętrza jakichś tajemniczych, prastarych katakumb. Patrząc w głąb, wszyscy w grupie czuli dziwny, zabobonny lęk.

Z tego korytarza pochodziła też ich pierwsza zdobycz - rosły na sześć metrów bazyliszek. Cała grupa walczyła dzielnie. Gad uległ mrowiu łap i pysków. Zginął, rozszarpując zaledwie trzech samców. Oj, mieli wyżerkę. Wykorzystując padlinę, ucztowali przez kilka tygodni, licząc na otworzenie się jaskini. Na szczęście była woda, małe cieki sączące się z niektórych ścian. Największy problem zaczął się, gdy skończyło się truchło. Grupa postanowiła wejść w głąb jaskiń - do labiryntu. An i jej mąż zostali na czatach, gdyby jaskinia otworzyła się. Po tygodniu wiedzieli jednak, że ich towarzysze giną. Z minuty na minutę ich orcza więź słabła, aż w końcu zanikła.

An i jej mąż zrozumieli, że są już sami. U wszystkich orków, w tym i ich szlachetnej podrasy urruków, istniała od zawsze więź. Pozwalała ona na odczuwanie wspólnie emocji, a już szczególnie tych skrajnych. W bitwach przynosiła zaskakujące efekty. Mogła być wielką zaletą, jak i przyczynić się do wielkich szkód. Gdy wódz zagrzewał do walki, orcze hordy niczym jeden mąż odczuwały uniesienie, nieskończoną brawurę i siłę. Nie czuli ran ani nie zwracali uwagi na padających towarzyszy lub wrogów. Co innego, gdy szło źle. Cała armia potrafiła zarazić się przygnębieniem i defetyzmem, a to wywoływało masowy odwrót i chęć ucieczki w samotność. Niejedna orcza armia poszła w rozsypkę i uciekła z pola bitwy, w której miała kilkukrotną przewagę lub zapewnione zwycięstwo. I nic nie potrafiło tego zmienić...

Po dwóch tygodniach samotnego oczekiwania z mężem na zmianę losu, An nie wytrzymała. Gron wiedział, że do tego dojdzie, jednak nie opuścił orczycy. Wiedział, że jego ciało na jakiś czas jej i ich potomstwu zapewni życie. Postanowił w związku z tym nie ryzykować utraty go w walce z potworem, który na końcu tych jaskiń pożarł ich grupę.

Nagły cios większej, choć o niebo lżej zbudowanej samicy zaskoczył go, gdy brał ją po raz ostatni. Drugi cios był już tylko formalnością. Wszystko to stało się jednak za późno...


Dziecko w brzuchu poruszyło się ponownie. Nagle matka skuliła się z bólu. Jej ciało zwiotczało i powoli, z wielkim hukiem runęło do tyłu na plecy. Dłoń jednej z rąk bezwładnie opadła na dłoń Grona.

W tym momencie skóra na brzuchu pękła i pojawiła się szponiasta zielonkawa rączka. Za moment wynicowała się druga. Chwilę później naprężyły się one i przez otwór wychyliła się główka orczątka. Jej bezwłosa powierzchnia pokryta była krzepnącą posoką w kolorze zieleni zmieszanej z rdzą. Uśmiech zawitał na twarzy dziecka. Po chwili jednak przygasł, gdy jego wzrok napotkał półmartwą już twarz matki.
Dziecko nagle kaszlnęło. Z jego spłaszczonego noska wyleciały dziwne farfocle. Po chwili główka wyprostowała się i z szerokiego, jak u każdego z orków pyszczka wyszły pierwsze sylaby.

- Kat, an.

Po chwili przemieniły się w jedno słowo: Katan.

ghasta
Reactions:
Posty: 2356
Rejestracja: 29 września 2010, 23:48
Has thanked: 3 times
Been thanked: 9 times
Kontakt:

Post autor: ghasta » 14 sierpnia 2014, 01:24

Miałem do tego tekstu nie zaglądać, dobrze pamiętając próbkę, która znalazła się dawno temu na portalu. Niestety, ale się jednak skusiłem.
Na swoje nieszczęście dopiero co odłożyłem na półkę 'Mona Lisa Turbo' Gibsona, a kilka dni wcześniej skończyłem czytać opowiadania Howarda o Conanie, Kullu i Solomonie.

Autorze - przygotuj się na strumień krytyki jaki wyleje się z różnych zakątków polskiego, rpgowego, światka. Ten strumień zmyje tę powieść do jakiejś głębokiej i ciemnej jaskini. I to zasłużenie.

O ile pierwszy rozdział z orkami - dziwaczny i trochę niepoukładany jeszcze dałoby radę obronić mając porządnego korektora, tak ten z krasnoludem i elfką jest totalnym g.
Skok z kimś trzymanym w rękach nad głową jest niezłym wyczynem, ale zaraz dowiadujemy się, że to nie skok, ale jednak spadanie. Dalej dochodzi do absurdalnej sytuacji w wozie - elfka zastanawia się jak wykorzystać sytuację, w której ma do szyi przystawione ostrze topora. Topór zresztą za chwile znika i krasnal udaje, że posuwa elfkę. To wszystko (w ciemności wozu, w nocy!) dostrzega ludzki gwardzista widzący w ciemności ?? W międzyczasie pojawiają się Gorlam i Asteriusz (a co to za byty?), serpenty (+ opis żywcem wyjęty z rozdziału bestiariusza). Kolejna chwila i gwardziści giną. Jednak warto zwrócić uwagę na fakt, że najpierw było ich niemal 30, ale jak już byli zabijani to jest ich ponad 30 .... i tak dalej i tak dalej...

Kolejne dwa rozdziały dopełniają otchłań (bo to nawet nie obraz) nędzy i rozpaczy....

Lata temu czytałem powieść o jakimś barbarzyńcy, nie pamiętam już nawet tytułu, ale treść. Generalnie były to takie siódme popłuczyny po wodzie, w której Conan mył nogi. Bohater książki, niemal co rozdział, pokonywał coraz to potężniejsze potwory. Oczywiści potwór z rozdziału poprzedniego był już najpotężniejszym w danej krainie.
Sądziłem, że tamta książka jest zła. Jednak dzisiaj ten próg został daleko przesunięty.
Ostatnio zmieniony 14 sierpnia 2014, 02:04 przez ghasta, łącznie zmieniany 1 raz.