Idę za nimi. Mam największe szanse przeżycia (to jest niezostania złapanym) z całej trójki, a poza tym raz się żyje.
PBF - Skarb Acheronu - Conan na Fate
Ja dalej nie ruszam tyłka z wygodnej tawerny. Gomeza też chamuje. Żadnego szpiegowania z naszej strony; to my mamy przewagę liczebną i jak będą chcieli nas wykiwać, to srogą cenę za to zapłacą.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Mroczne miasto
Z gospody, na ulicę wyszły trzy osoby - jedna wysoka i dobrze zbudowana, druga niska i otyła, a trzecia drobna i smukła. Cała trójka nosiła ciemne płaszcze. Przez chwilę stali nieruchomo. Tranicos znał powód. Kierowany żołnierską ostrożnością Ulfilo czekał, aż oczy oswoją się z panującym na zewnątrz mrokiem. Zwiadowca poczuł podziw. Nie lubił Aquilończyka, ale musiał przyznać, iż jest on prawdziwym wojownikiem.
Ruszyli. Tranicos podążył za nimi. Kroczył w dość sporej odległości, ale nie musiał się zbliżać.
Gdy Aquilończycy dotarli do rzeki, czekała na nich łódź. Siedziało w niej czterech wioślarzy.
Tranicos schował się, gdy Aquilończycy wchodzili na pokład. Ściągnął płaszcz i zrolował go ciasno. Jedwab dał się łatwo zwinąć i zwiadowca bez problemów wsunął płaszcz do niewielkiego woreczka z krokodylich jelit. Przezroczyste opakowanie nie przepuszczało wody. Tranicos zawiązał koniec i zawiesił pakunek na szyi na jedwabnym sznurze. Ubrany jedynie w krótkie żeglarskie spodnie przyglądał się, jak łódź odpływa z przystani.
Kiedy znalazła się w odpowiedniej odległości, Tranicos zbliżył się do nabrzeża i powoli, by nie zdradził go plusk, wśliznął się do rzeki. Ciepła woda Styksu zamknęła się wokół niego, gdy ruszył za łodzią. Płynął niczym żaba, nie wynurzając rąk i nóg na powierzchnię. Wiedział, że w ten sposób może spędzić w wodzie całe godziny.
Mokre włosy oblepiły mu głowę, dzięki czemu każdy obserwator mógłby go wziąć za jakieś fokę. Statek z Aquilończykami nie był jedyną jednostką na rzece. Tranicos widział liczne łódki rybaków, którzy łowili żerujące nocą ryby. Łodzie wyposażono w pochodnie i kosze z żarzącymi się węglami, by wabić ryby w sieci. Płomienie na tle czarnych wód Styksu tworzyły niesamowicie piękny widok.
Tranicos aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, że on i ryby nie są jedynymi istotami pływającymi w wodzie. Gdzieś tutaj krążyły wielkie węże wodne, a plusk w pobliżu oznaczał, że krokodyl złapał ofiarę i walczy z nią zażarcie.
Ignorując niebezpieczeństwo, zwiadowca podążał za łodzią. Silni wioślarze nie spieszyli się, więc nie było to trudne. Kierowali się do południowego brzegu, gdzie na tle ciemnego nieba rysowały się potężne świątynie i posągi Khemi.
Jak się okazało, Tranicos nie musiał długo płynąć. Łódź przybiła do schodów prowadzących w mrok ulic. Wioślarze przywiązali dziób do wielkiego brązowego pierścienia osadzonego w nabrzeżu i pomogli wyjść pasażerom na brzeg. Tranicos dostrzegł sylwetkę jakiegoś Stygijczyka.
Schody na nabrzeżu pojawiały się co mniej więcej pięćdziesiąt kroków, więc Tranicos podpłynął do najbliższych. Wyszedł z wody niczym rzeczny stwór i wspiął się po szerokich stopniach. Wyjął płaszcz, rozwinął go i zarzucił na ramiona. Jedwab zafurkotał w powietrzu i szczelnie otulił jego masywną postać. Tranicos naciągnął kaptur i wyszedł na ulicę. Płaszcz pozwalał mu chodzić bezkarnie po mieście, pod warunkiem, że nie natknie się na dokładną kontrolę.
W ostatniej chwili zobaczył, jak drobna postać niknie w wąskiej uliczce. Z posępnym uśmiechem ruszył w tamtym kierunku.
Czwórka podążała dość długo ulicami Khemi. Tworzyły one niezwykły widok jak wiele innych w większych miastach Stygii. Niewolnicy i kupcy wrócili do swych kwater, ale nie oznaczało to, że ulice były całkowicie puste. Wszędzie pojawiali się wygoleni na łyso akolici rozmaitych świątyń, wychudzeni postami i innymi wymaganymi od nich umartwieniami.
Kontrastowały z nimi zmysłowe ladacznice, które paradowały po placach nagie, jedynie w kunsztownych chustach na głowach. Wpinały w nie świeczki, by migotliwe światło ukazywało piękno ich ciał. Przybysze z pustyni o przysłoniętych twarzach, odziani w czarno-białe pasiaste szaty, wiedli wielbłądy w kierunku targowisk, które rankiem miały zaroić się od handlarzy. Pomarszczeni starcy w wystrzępionych łachmanach sprzedawali narkotyki zakazane we wszystkich krajach poza Stygią. Na rogach ulic sztukmistrze trenowali swoje zwierzęta. Zza drzwi prowadzących do mrocznych piwnic płynęła obca, niezrozumiała muzyka oraz śmiech i okrzyki przestrachu.
Khemi, główny port handlowy Stygii, nie był tak bardzo opanowany przez kapłanów, jak Luxur czy inne wielkie ośrodki kultu - ale tylko według norm Stygijskich. Tranicos odnosił wrażenie, że co piąta mijana budowla jest przybytkiem poświęconym jednemu czy kilku z wielu dziwnych bóstw, a przecież jeszcze się nie zbliżyli do dzielnicy świątyń.
Co chwilę zatrzymywał się i bacznie omiatał wzrokiem ulicę. Wiedział, że jest prawie niewidoczny na tle ciemnej ściany, ale w ruchu mógłby go dostrzec jakiś przypadkowy przechodzień, gdyby tylko spojrzał w górę.
Po dotarciu do okna zaczął się zachowywać z najwyższą ostrożnością. Słyszał głosy i pragnął się dowiedzieć, czego dotyczy rozmowa. Nie próbował wciągnąć się na parapet, zamiast tego przesunął wzdłuż okna. Znalazł głębokie na pół palca wcięcie w murze i stanął tak pewnie, jak na podłodze. Powoli pochylił się ku oknu, żeby zobaczyć wnętrze i wyraźnie usłyszeć rozmowę.
Ale nim cokolwiek zobaczył czy usłyszał, poczuł silną woń dymu. Nie był to zwyczajny zapach płonącego drewna, oliwnych lampek czy woskowych świec, ale ostra, charakterystyczna woń palonych szypułek, płatków i nasion czarnego lotosu. Był to najpotężniejszy z wielu narkotyków używanych przez czarnoksiężników do wywoływania mistycznych wizji, potrzebnych do odprawiania czarów i nawiązywania kontaktów z pozaziemskimi mocami. Zapach był zwietrzały, ale łatwy do wykrycia przez człowieka z zewnątrz. Tranicos wiedział, że narkotyku często używano przez całe pokolenia. Z czarnego lotosu mogli korzystać tylko najpotężniejsi magowie. Inni po jego zażyciu wpadali w obłęd, a nawet umierali. Gdy wyciągnął wnioski, zimne ciarki przemknęły mu po krzyżu.
- Twój przyjaciel przemawia z wielką mądrością - powiedział do Ulfila. - Wyprawa musi się zakończyć sukcesem. Jak mogłoby być inaczej, z pomocą mistrza tak uczonego jak on, z małżeńską miłością i oddaniem, jakie wykazuje szlachetna pani, oraz z odwagą prawego wojownika, jakim ty jesteś? - Jeśli w jego słowach było szyderstwo, to zamaskował je bardzo dobrze.
- Rzeczywiście, jak? - powtórzył Springald.
- Jesteście zadowoleni z wynajętego okrętu i załogi?
- Statek jest bardzo dobry - odparł Ulfilo - i chociaż niewiele wiemy o morzu, ludzie wydają się dobrymi i dzielnymi żeglarzami. Kapitan jest piratem z Vaniru, a marynarze wyglądają na rzezimieszków, ale przypuszczam, że przy wynajmowaniu ludzi na taką wyprawę nikt nie kieruje się ich układnością i manierami. Nasi ochroniarze i przewodnicy to cymmeriański awanturnik, akwiloński zwiadowca oraz kilku innych weteranów, to zawodowcy, doświadczeni w walce na ziemiach czarnych ludów.
- Jak chcecie - powiedział kapłan. - Mógłbym przydzielić wam paru ludzi, którzy będą pilnowali zarówno moich, jak i waszych interesów.
Ulfilo chciał odwarknąć coś gniewnie, ale Springald był szybszy.
Tranicos się przygotował, włożył swój płaszcz zwiadowcy, czekał aż akwilończycy wyjdą, wyszedł chwilę później. Wiedział, że być może przyjdzie mu się skradać, dlatego zostawił długi łuk, a zabrał tylko krótki miecz i sztylet. Tak wyposażony mógł przemykać ciemnymi ulicami cicho i niepostrzeżenie.
Z gospody, na ulicę wyszły trzy osoby - jedna wysoka i dobrze zbudowana, druga niska i otyła, a trzecia drobna i smukła. Cała trójka nosiła ciemne płaszcze. Przez chwilę stali nieruchomo. Tranicos znał powód. Kierowany żołnierską ostrożnością Ulfilo czekał, aż oczy oswoją się z panującym na zewnątrz mrokiem. Zwiadowca poczuł podziw. Nie lubił Aquilończyka, ale musiał przyznać, iż jest on prawdziwym wojownikiem.
Ruszyli. Tranicos podążył za nimi. Kroczył w dość sporej odległości, ale nie musiał się zbliżać.
Gdy Aquilończycy dotarli do rzeki, czekała na nich łódź. Siedziało w niej czterech wioślarzy.
Tranicos schował się, gdy Aquilończycy wchodzili na pokład. Ściągnął płaszcz i zrolował go ciasno. Jedwab dał się łatwo zwinąć i zwiadowca bez problemów wsunął płaszcz do niewielkiego woreczka z krokodylich jelit. Przezroczyste opakowanie nie przepuszczało wody. Tranicos zawiązał koniec i zawiesił pakunek na szyi na jedwabnym sznurze. Ubrany jedynie w krótkie żeglarskie spodnie przyglądał się, jak łódź odpływa z przystani.
Kiedy znalazła się w odpowiedniej odległości, Tranicos zbliżył się do nabrzeża i powoli, by nie zdradził go plusk, wśliznął się do rzeki. Ciepła woda Styksu zamknęła się wokół niego, gdy ruszył za łodzią. Płynął niczym żaba, nie wynurzając rąk i nóg na powierzchnię. Wiedział, że w ten sposób może spędzić w wodzie całe godziny.
Mokre włosy oblepiły mu głowę, dzięki czemu każdy obserwator mógłby go wziąć za jakieś fokę. Statek z Aquilończykami nie był jedyną jednostką na rzece. Tranicos widział liczne łódki rybaków, którzy łowili żerujące nocą ryby. Łodzie wyposażono w pochodnie i kosze z żarzącymi się węglami, by wabić ryby w sieci. Płomienie na tle czarnych wód Styksu tworzyły niesamowicie piękny widok.
Tranicos aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, że on i ryby nie są jedynymi istotami pływającymi w wodzie. Gdzieś tutaj krążyły wielkie węże wodne, a plusk w pobliżu oznaczał, że krokodyl złapał ofiarę i walczy z nią zażarcie.
Ignorując niebezpieczeństwo, zwiadowca podążał za łodzią. Silni wioślarze nie spieszyli się, więc nie było to trudne. Kierowali się do południowego brzegu, gdzie na tle ciemnego nieba rysowały się potężne świątynie i posągi Khemi.
Jak się okazało, Tranicos nie musiał długo płynąć. Łódź przybiła do schodów prowadzących w mrok ulic. Wioślarze przywiązali dziób do wielkiego brązowego pierścienia osadzonego w nabrzeżu i pomogli wyjść pasażerom na brzeg. Tranicos dostrzegł sylwetkę jakiegoś Stygijczyka.
Schody na nabrzeżu pojawiały się co mniej więcej pięćdziesiąt kroków, więc Tranicos podpłynął do najbliższych. Wyszedł z wody niczym rzeczny stwór i wspiął się po szerokich stopniach. Wyjął płaszcz, rozwinął go i zarzucił na ramiona. Jedwab zafurkotał w powietrzu i szczelnie otulił jego masywną postać. Tranicos naciągnął kaptur i wyszedł na ulicę. Płaszcz pozwalał mu chodzić bezkarnie po mieście, pod warunkiem, że nie natknie się na dokładną kontrolę.
W ostatniej chwili zobaczył, jak drobna postać niknie w wąskiej uliczce. Z posępnym uśmiechem ruszył w tamtym kierunku.
Czwórka podążała dość długo ulicami Khemi. Tworzyły one niezwykły widok jak wiele innych w większych miastach Stygii. Niewolnicy i kupcy wrócili do swych kwater, ale nie oznaczało to, że ulice były całkowicie puste. Wszędzie pojawiali się wygoleni na łyso akolici rozmaitych świątyń, wychudzeni postami i innymi wymaganymi od nich umartwieniami.
Kontrastowały z nimi zmysłowe ladacznice, które paradowały po placach nagie, jedynie w kunsztownych chustach na głowach. Wpinały w nie świeczki, by migotliwe światło ukazywało piękno ich ciał. Przybysze z pustyni o przysłoniętych twarzach, odziani w czarno-białe pasiaste szaty, wiedli wielbłądy w kierunku targowisk, które rankiem miały zaroić się od handlarzy. Pomarszczeni starcy w wystrzępionych łachmanach sprzedawali narkotyki zakazane we wszystkich krajach poza Stygią. Na rogach ulic sztukmistrze trenowali swoje zwierzęta. Zza drzwi prowadzących do mrocznych piwnic płynęła obca, niezrozumiała muzyka oraz śmiech i okrzyki przestrachu.
Khemi, główny port handlowy Stygii, nie był tak bardzo opanowany przez kapłanów, jak Luxur czy inne wielkie ośrodki kultu - ale tylko według norm Stygijskich. Tranicos odnosił wrażenie, że co piąta mijana budowla jest przybytkiem poświęconym jednemu czy kilku z wielu dziwnych bóstw, a przecież jeszcze się nie zbliżyli do dzielnicy świątyń.
Tropiona czwórka zatrzymała się. Stygijski przewodnik wskazał drzwi dwupiętrowego budynku. Wszyscy zniknęli w środku. Tranicos szybko podszedł do portalu i zdążył jeszcze usłyszeć trzask zasuw. Przyjrzał się budowli. Jak wiele domów w tym mieście, z wyjątkiem świątyń, miał płaską fasadę i z każdej strony stykał się z sąsiednimi budynkami. Ścianę zdobiły płaskorzeźby przedstawiające sceny z historii, mitologii i stygijskie obrzędy. Nad drzwiami widniała owalna płyta z dziwnym herbem: trójząb o falistych ostrzach wpisany w sierp księżyca. Jeśli oznaczał jednego z bogów Stygii, to był on nie znany Tranicosowi.
Na parterze nie było okien, ale każde piętro miało ich po trzy. Gdy Tranicos przyglądał się budynkowi, w oknie na drugim piętrze zapłonęło światło. Tranicos rozejrzał się czujnie. Z dala nadchodzili dwaj pijani mężczyźni. Skręcili za róg i ulica opustoszała. Tranicos zbliżył się do budynku i zaczął wspinać po ścianie ze zręcznością wiewiórki. Stygijscy bogowie i boginie, często ze zwierzęcymi głowami, zapewniali dogodne oparcie dla rąk i nóg. Jedyna korzyść z bogów Stygii, pomyślał z krzywym uśmiechem.Co chwilę zatrzymywał się i bacznie omiatał wzrokiem ulicę. Wiedział, że jest prawie niewidoczny na tle ciemnej ściany, ale w ruchu mógłby go dostrzec jakiś przypadkowy przechodzień, gdyby tylko spojrzał w górę.
Po dotarciu do okna zaczął się zachowywać z najwyższą ostrożnością. Słyszał głosy i pragnął się dowiedzieć, czego dotyczy rozmowa. Nie próbował wciągnąć się na parapet, zamiast tego przesunął wzdłuż okna. Znalazł głębokie na pół palca wcięcie w murze i stanął tak pewnie, jak na podłodze. Powoli pochylił się ku oknu, żeby zobaczyć wnętrze i wyraźnie usłyszeć rozmowę.
Ale nim cokolwiek zobaczył czy usłyszał, poczuł silną woń dymu. Nie był to zwyczajny zapach płonącego drewna, oliwnych lampek czy woskowych świec, ale ostra, charakterystyczna woń palonych szypułek, płatków i nasion czarnego lotosu. Był to najpotężniejszy z wielu narkotyków używanych przez czarnoksiężników do wywoływania mistycznych wizji, potrzebnych do odprawiania czarów i nawiązywania kontaktów z pozaziemskimi mocami. Zapach był zwietrzały, ale łatwy do wykrycia przez człowieka z zewnątrz. Tranicos wiedział, że narkotyku często używano przez całe pokolenia. Z czarnego lotosu mogli korzystać tylko najpotężniejsi magowie. Inni po jego zażyciu wpadali w obłęd, a nawet umierali. Gdy wyciągnął wnioski, zimne ciarki przemknęły mu po krzyżu.
Troje Aquilończyków zajmowało ciężkie rzeźbione krzesła z czarnego drewna. Naprzeciw nich siedział Stygijczyk. Był olbrzymem, wyższym nawet od Ulfila i masywniej zbudowanym. Długie, czarne włosy miał schludnie uczesane i przewiązane złotą wstążką, pośrodku której błyszczał złoty medalion z herbem takim samym jak nad drzwiami. Stygijczyk miał szpiczastą brodę, wystające kości policzkowe i przenikliwe oczy lśniące czarnym ogniem. Tranicos domyślił się, że nieznajomy jest wielmożą z najwyższej kasty.
- Ale co ci powiedział? - zapytywał ostrym tonem Ulfilo. Starał się przemawiać ze zwykłą pewnością, ale Tranicos mógłby przysiąc, że Aquilończyk boi się swego gospodarza.
- Że widział to, czego szukał. - Dobywający się z potężnej klatki piersiowej głos Stygijczyka był głęboki i dźwięczny. - Że zobaczył znak na górskiej przełęczy, zanim jego ludzie zmusili go do powrotu.
- Jak wyglądał? - zapytała niespokojnie Malia. - Dobrze?
- Pani, powrócił z niezwykle trudnej wyprawy, w czasie której zginęło wielu jego ludzi. On sam ledwo uszedł z życiem. Wygląd odzwierciedlał te przeżycia. A jednak nie wzdragał się przed powtórną wyprawą. Pomimo przerażających niedostatków nie stracił odwagi. Twój mąż jest człowiekiem zdeterminowanym i odważnym.
- Mój brat - powiedział Ulfilo - nie baczy na niebezpieczeństwo i waży się na najgłupsze ryzyko. Mówisz, że znalazł to, czego szukał?
- O tak, w końcu mu się powiodło. Znaki napotykane po drodze były jednoznaczne. A jednak zabrakło mu ostatecznego ogniwa w łańcuchu i pieniędzy na wyposażenie nowej wyprawy. Z tego powodu przyszedł do mnie i wtedy dobiliśmy targu.
- A ten układ wiąże także i nas? - zapytał ponuro Ulfilo.
- Oczywiście. - Stygijczyk pchnął po stole pregamin. - Jak możesz zobaczyć, twój brat związał się poważną przysięgą, i ten kontrakt obowiązuje całą waszą rodzinę.
Ulfilo spojrzał na dokument. Twarz wydłużała mu się w miarę czytania.
- To jest nie do przyjęcia! Niezależnie od zysku, nie miał prawa podejmować tego rodzaju zobowiązań!
- Bogowie mało się przejmują prawami ludzi - zganił go Stygijczyk. - To nie jest dokument, nad którym mieliby rozprawiać godni pogardy prawnicy i sędziowie. Akt składa się ze świętych przysiąg, a karą za ich niedotrzymanie będzie nie grzywna czy więzienie, lecz przerażające przekleństwo bogów.
Ulfilo z trudem powstrzymał się przed użyciem przemocy, ale Springald uspokoił go.
- Ale co ci powiedział? - zapytywał ostrym tonem Ulfilo. Starał się przemawiać ze zwykłą pewnością, ale Tranicos mógłby przysiąc, że Aquilończyk boi się swego gospodarza.
- Że widział to, czego szukał. - Dobywający się z potężnej klatki piersiowej głos Stygijczyka był głęboki i dźwięczny. - Że zobaczył znak na górskiej przełęczy, zanim jego ludzie zmusili go do powrotu.
- Jak wyglądał? - zapytała niespokojnie Malia. - Dobrze?
- Pani, powrócił z niezwykle trudnej wyprawy, w czasie której zginęło wielu jego ludzi. On sam ledwo uszedł z życiem. Wygląd odzwierciedlał te przeżycia. A jednak nie wzdragał się przed powtórną wyprawą. Pomimo przerażających niedostatków nie stracił odwagi. Twój mąż jest człowiekiem zdeterminowanym i odważnym.
- Mój brat - powiedział Ulfilo - nie baczy na niebezpieczeństwo i waży się na najgłupsze ryzyko. Mówisz, że znalazł to, czego szukał?
- O tak, w końcu mu się powiodło. Znaki napotykane po drodze były jednoznaczne. A jednak zabrakło mu ostatecznego ogniwa w łańcuchu i pieniędzy na wyposażenie nowej wyprawy. Z tego powodu przyszedł do mnie i wtedy dobiliśmy targu.
- A ten układ wiąże także i nas? - zapytał ponuro Ulfilo.
- Oczywiście. - Stygijczyk pchnął po stole pregamin. - Jak możesz zobaczyć, twój brat związał się poważną przysięgą, i ten kontrakt obowiązuje całą waszą rodzinę.
Ulfilo spojrzał na dokument. Twarz wydłużała mu się w miarę czytania.
- To jest nie do przyjęcia! Niezależnie od zysku, nie miał prawa podejmować tego rodzaju zobowiązań!
- Bogowie mało się przejmują prawami ludzi - zganił go Stygijczyk. - To nie jest dokument, nad którym mieliby rozprawiać godni pogardy prawnicy i sędziowie. Akt składa się ze świętych przysiąg, a karą za ich niedotrzymanie będzie nie grzywna czy więzienie, lecz przerażające przekleństwo bogów.
Ulfilo z trudem powstrzymał się przed użyciem przemocy, ale Springald uspokoił go.
- Dobry kapłanie Maata, nie potrzebujemy tutaj gróźb ani kłótni. Wszyscy wiemy, jaka nas czeka nagroda w przypadku udanej ekspedycji. Takie bogactwo przerasta wszelkie wyobrażenia. Jeśli będziemy musieli je podzielić, cóż z tego? Nawet część skarbu wykracza poza marzenia największego aquilońskiego szlachcica. Zapewniam cię, że warunki zawarte w tym dokumencie są więcej niż satysfakcjonujące. Dogadajmy się po dobroci, bez podejrzeń czy urazy.
Stygijczyk uśmiechnął się lekko.- Twój przyjaciel przemawia z wielką mądrością - powiedział do Ulfila. - Wyprawa musi się zakończyć sukcesem. Jak mogłoby być inaczej, z pomocą mistrza tak uczonego jak on, z małżeńską miłością i oddaniem, jakie wykazuje szlachetna pani, oraz z odwagą prawego wojownika, jakim ty jesteś? - Jeśli w jego słowach było szyderstwo, to zamaskował je bardzo dobrze.
- Rzeczywiście, jak? - powtórzył Springald.
- Jesteście zadowoleni z wynajętego okrętu i załogi?
- Statek jest bardzo dobry - odparł Ulfilo - i chociaż niewiele wiemy o morzu, ludzie wydają się dobrymi i dzielnymi żeglarzami. Kapitan jest piratem z Vaniru, a marynarze wyglądają na rzezimieszków, ale przypuszczam, że przy wynajmowaniu ludzi na taką wyprawę nikt nie kieruje się ich układnością i manierami. Nasi ochroniarze i przewodnicy to cymmeriański awanturnik, akwiloński zwiadowca oraz kilku innych weteranów, to zawodowcy, doświadczeni w walce na ziemiach czarnych ludów.
- Jak chcecie - powiedział kapłan. - Mógłbym przydzielić wam paru ludzi, którzy będą pilnowali zarówno moich, jak i waszych interesów.
Ulfilo chciał odwarknąć coś gniewnie, ale Springald był szybszy.
- Och, dziękujemy ci, przyjacielu Sethmesie. Gdybyśmy pokazali się z twoimi ludźmi, nasz kapitan szybko nabrałby podejrzeń. Jesteśmy od niego zależni we wszystkim, co wiąże się z kierowaniem statkiem. Obawiam się, że musimy odmówić.
- Jak sobie życzycie. Kiedy odpływacie?
- Najszybciej jutro - odpowiedział Ulfilo. - Jeśli kapitan załatwi wszystkie interesy. A jak nie, to na pewno pojutrze.
- Aha, Sethmesie, przyjacielu - rzekł z wahaniem Springald - to... to ogniwo, o którym niedawno wspomniałeś... czy nie moglibyśmy je dostać?
Stygijczyk rozpostarł ręce.
- Jak to? Dałem je Marandosowi, zgodnie z naszą umową.
- Zapewne, ale czy przypadkiem nie zachował
- Jak sobie życzycie. Kiedy odpływacie?
- Najszybciej jutro - odpowiedział Ulfilo. - Jeśli kapitan załatwi wszystkie interesy. A jak nie, to na pewno pojutrze.
- Aha, Sethmesie, przyjacielu - rzekł z wahaniem Springald - to... to ogniwo, o którym niedawno wspomniałeś... czy nie moglibyśmy je dostać?
Stygijczyk rozpostarł ręce.
- Jak to? Dałem je Marandosowi, zgodnie z naszą umową.
- Zapewne, ale czy przypadkiem nie zachował