Post
autor: deliad » 28 lipca 2013, 09:15
Rotgan-kir, ranek
Po przekroczeniu bramy Nieulękli weszli na nieduży otoczony kamienicami plac. I o ile to możliwe, panował tu jeszcze większy tłok i gwar niż przed bramą. Na placu chaotycznie poustawiano stragany, wózki, kosze, worki i skrzynie, pełne warzyw i owoców. Sprzedawcy przekrzykiwali się zachwalając swoje towary, a kupujący wybrzydzali targując się o każdego srebrnika.
Pod ścianą jednej z kamienic rozsiadła się grupa ludzi w jaskrawo czerwonych szatach i ogolonych do skóry głowach. Rozpalali ogień w małym metalowym naczyniu i zaczęli głośno wznosić wspólne modły, powtarzają co chwilę Sharmi.
Na owym placu Balin nie znał żadnej godnej uwagi karczmy, więc instynktownie ruszył najszerszą brukowaną ulicą, ku głównemu rynkowi.
Gusłek natomiast znał Rotgan-kir jak własną kieszeń. Nie było karczmy w której by nie pił, anie zamtuza w którym nie czciłby Pana Uciech. Niestety nie było zbyt wielu miejsc w tym mieście, gdzie nie byłby winien pieniędzy...
Rotgan-kir był dość dziwnym tworem architektonicznym. Układ budynków był dość chaotyczny, a ulice bez ostrzeżenia zmieniały swój kierunek i szerokość. Część z nich śmierdziała niczym kloaka smoka, a część posiadała kanalizację.
Brak jednorodności architektonicznej było znamienite dla tego miasta. Obok monumentalnych, starożytnych, wielopiętrowych budynków ze misternymi, choć najczęściej uszkodzonymi, zdobieniami, stały zbudowane z przypadkowych materiałów małe domki. W nowszych budynkach budulcem były fragmenty marmurowych kolumn, bazaltowych płyt, bloków piaskowca, a czasami nawet głowy reptiliońskich posągów. Podobnie sprawa wyglądała z ulicami. Raz wyłożone były równo ułożonymi wytartymi od ludzkich stóp, marmurowymi płytami, a raz ubitym gruzem.
W mieści panował tłok i ścisk. Ulicami mimo wczesnej godziny przelewały się fale mas ludzkich. Pod ścianami i w zaułkach rozłożyli się przyjezdni, dla których zabrakło miejsc w karczmach. Jedni leżeli na kocach, inni gotowali strawę na przenośnych paleniskach. Dodatkowo gwar ludzi starały przekrzyczeć wszędobylskie mewy-złodziejki.
Początkowo dzień zapowiadał się upalnie, ale nim grupa dotarła do Miejskiego Rynku, na niebie pojawiły się sine i czarne chmury. Po dotarciu na rynek, chmury rozpruły się zasypując całe miasto, mknącymi z zawrotną szybkością, lodowymi kulekami. Mieszkańcy miasta, chroniąc głowy i ramiona, rzucili się szukając schronienie przed nieoczekiwana chłostą z niebios.
- Tutaj, tutaj, szybko - krzyknął jakiś korpulentny, łysiejący, niski człowiek.
Gusłek poczuł jak owa persona łapie go pod łokieć i popycha w otwarte drzwi.
Nie widząc innego wyjścia reszta ruszyła za nimi.
Za drzwiami Nieulękłym ukazała się schludna, czysta i pustawa karczma. Za stołami siedziało zaledwie kilka osób. Korpulentny człowiek ukłonił się i powiedział.
- Serdecznie witam w Spokojnej Przystani. Proszę rozgośćcie się. Już niosę dzban piwa. Panowie w Rotgan- kir na dłużej? Mam jeszcze kilka wolnych pokoi. Wynajmę po przystępnej cenie
Balin zastygł jak zamurowany. To było to samo miejsce, w którym zmarł jego dziadek. Co prawda nazwa karczmy była inna, inny był karczmarz, a stoły poustawiano inaczej, to jednak krasnolud dokładnie pamiętał duży zdobiony porożami kominek...