- Masz rację, że tak trzęsiesz portkami. Głupi jesteś i chyba totalnie się na swojej robocie nie znasz, że bierzesz co Ci rzucą pod nogi nie patrząc, czy to przypadkiem nie jakaś lipa. Do jasnej cholery, gildia od siedmiu boleści! Ciężko wam dupę ruszyć, żeby się dowiedzieć kogo macie zabić przed przyjęciem zlecenia? Co, dobrze płacili, że logika przestała być ważna?... Co żeś szefowi nagadał? Pewnie nie za dużo, skoro sam nie wiesz, kogo dokładnie macie usztywnić. Zlecenie macie na piśmie, podpisane? Czy tylko na gębę i sakiewkę wszystko ustalacie? Jak zapewne już zdajesz sobie sprawę spieprzanie z miasta ze świadomością, że jesteśmy na celowniku gildii, a nasi szeptani koledzy cali i zdrowi dalej podróżują do celu nie jest tutaj opcją najlepszą. Chcę wiedzieć, jak dokładnie wygląda sytuacja, co wie szef, jak zawarłeś umowę i tym podobne. Może wymyślę jak nas wszystkich z tej sytuacji wyciągnąć... przynajmniej spróbuję.
- Ojoj, moja towarzyszka się wkurzyła. A to zły znak. Jeszcze trochę i sam jej się będę bał, Gerreth! Lepiej mów co wiesz... - dodał Czarny z nutką smutku w głosie. Nie chciał być na jego miejscu...
Gerreth niemal płakał.
- Co mi tu o logice pierdzielicie? Przepraszam. Jak książę przybywa do miasta w stroju pielgrzyma, to dla nas jest pielgrzymem, do cholery! Co, mamy legitymować każdego przybysza, żeby sprawdzić, czy nie jest przypadkiem księciem? Nie mamy sieci Wszystkowidzących, to jest gildia, nie jakieś tajne zakapturzone stowarzyszenie! Mam obowiązek każde zlecenie zgłaszać szefowi, takie są zasady. I każde składa się z kilu kart papieru: zlecenia, kopii zlecenia, odpisu do archiwum, potwierdzenia zapłaty, kopii potwierdzenia zapłaty i jeszcze kilku. To nie jest wyjątkiem. - Gerreth opadł zrezygnowany na krzesło.
Nagle podskoczył, wołając:
- No przecież! Zagubione w papierach!
- Co?! - zdziwił się Czarny.
- Potoczne u nas określenie zlecenia niemożliwego lub niekorzystnego dla nas do zrealizowania. Są na wszystko papiery, ale zlecenie nie dociera do zabójców. I po problemie!
Spoiler!
Fałszywy alarm - z drzwi wypadł jedynie pijak, wypchnięty przez wykidajłę z karczmy.
Kasme oparła się o oparcie krzesła i wypuściła powietrze przez zęby dając tym samym upust swoim emocjom. Przymknęła na chwilę oczy, żeby nie skoczyć na Gerretha z pięściami i nie natłuc go po głowie, w nadziei, że coś mu się w niej przestawi i zacznie szybciej wszystko analizować. Po chwili odpowiedziała:
- Zawsze mi się wydawało, ze gildia to coś więcej niż zakapturzone stowarzyszenie, ale widać... człowiek uczy się przez całe życie. Nieważne... To co z tym zagubieniem Gerreth? Jakieś dodatkowe papiery są potrzebne, czy tak po prostu mówisz, że zagubione i już, sprawy nie ma?