Czarny wystawił łeb z krzaków, uśmiechając się i szczerząc zęby. Po chwili wyjechał na koniu i podjechał do grupki.
- Cicho, pusto, nudno. A jak u was?
Teraz przyczaję się na tyłach, sprawdzić, czy mamy ogon. Czyli zostanę w krzakach ukrywając konia i zaczekam 10 minut. Potem pogalopuje z powrotem do drużyny.
Po chwili czekania zobaczyłeś kilka czarnych sylwetek jeźdźców. Będą tutaj za parę minut, jadą dość szybko. Jest zbyt daleko aby rozróżnić ilu ich jest.
Gdy Czarny zniknął, książę powrócił do tematu.
- Mordercy na usługach Linnoy? Niedorzeczne. Zabijając nas wywołaliby wojnę, która najprawdopodobnie zmiotłaby Linnoy z powierzchni ziemi. - powiedział do Kasme.
Z której strony nadciągają? Czy książę i reszta bandy sporo oddalili się ode mnie? I czy ukrycie, w którym obecnie jestem jest niemożliwe do dostrzeżenia z drogi?
Czarny gwizdnął cicho ze zdumienia. Rozejrzał się jeszcze w obie strony i położył plecak w krzakach, przykrywając go gałęziami. Następnie położył się plackiem na ziemi, i wymijając końską kupę podczołgał się pod krzaki rosnące niedaleko drogi.
Od strony stolicy, są jakieś pół kilometra od ciebie, a reszta drużyny jest dwieście metrów przed tobą. Żeby cię zauważyć, musieliby się zatrzymać i rozejrzeć, w galopie nie mają szans.
Zza zakrętu drogi wypadł zdyszany Czarny.
- Ktoś tu jedzie! - powiedział, zeskakując z konia. Sibelius odruchowo wyciągnął łuk, Cheelos wyjął z tuby pergamin i zaczął spokojnie przygotowywać zaklęcie, a Margento zdjął z pleców krótką włócznię.