Ogrzana kolba kuszy lekko dotknęła prawego policzka Zoriana, przymierzającego się do strzelenia w głowę ghula. Wymierzył, wyobraził sobie przez sekundę trajektorię lotu, po czym upewniając się, że na pewno trafi, nacisnął spust.
Bełt wystrzelił z kuszy i poleciał prosto w oko trupojada. Ten, dostawszy żelaznym grotem w mózg, padł na miejscu, stanowiąc pyszny przysmak dla jego pobratyńców.
Sześć bełtów później, Zorian musiał wkroczyć do walki wręcz, zmieniając pierwszy szereg, zmęczony i poraniony walką. Aquilończyk nie krzyczał już i nie przeklinał. Oszczędzał energię i siły, by wytłuc jak największą liczbę przeciwników, zanim sam padnie. Zupełnie zapomniał o szamanie na tyłach...
Cios szponiastą łapą ześlizgnął się po tarczy. Atakujący dostał za swoją zuchwałość zaszczyt posmakowania aquilońskiej stali. Trzeba było przyznać, że ghulowi musiało bardzo zasmakować, bo zażądał jeszcze raz, a Zorian potulnie prośbę wypełnił, tnąc swoim ulubionym sposobem, czyli ciosem zza głowy w dół po skosie, ścinając łeb przeciwnika. Nasycając się chwilą triumfu żołnierz nie zauważył ataku od boku, który rozharatał mu lewą rękę, przez co Zorian musiał odrzucić tarczę, gdyż nie był w stanie jej unosić.
Teraz naprawdę się zdenerwował.
Pchnął nowego napastnika prosto w gardziel, i opierając buta na klatce piersiowej, wyszarpnął miecz, by w porę zablokować szpony kolejnego nacierającego od boku ghula. Już miał wymierzyć mu sprawiedliwość, gdy ten został porwany przez tornado, wylatujące od boku i zbierające krwawe żniwo.
Walka wyglądała na zakończoną - a taką przynajmniej miał nadzieje Zorian. Rozejrzał się po polu bitwy - Vanko właśnie wykańczał ostatniego poruszającego się trupojada. Wszyscy byli zakrwawieni i z grymasem wściekłości na twarzach cieli lub kopali pokonanych przeciwników.
- Dzięki, Mitro... - mruknął aquilończyk, i wziął się do opatrywania ran i szybkiej ewakuacji.
Po opatrzeniu ran, pomagam nieść Cadmona, klnąc przy tym na czym świat stoi, na przemian modląc się do Mitry