Ale zajebista historia, czekam na kontynuację. Świetne tłumaczenie Keth. Gratuluję.
Czterdziestkowe opowieści
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Oblicza, Nurth, pięć tygodni później
Wycofani z pierwszej linii, spędzili ostatnie dni lata w Obliczach, wysiadując w promieniach słońca i zabawiając się na różnorakie sposoby. Niektórzy z żołnierzy zaopatrzyli się w pomoc serwitorów i ruszyli na okoliczne pustynie w poszukiwaniu miejscowych drapieżników do odstrzału, inni osiodłali znalezione na miejscu bydło urządzając sobie regularnie szaleńcze wyścigi.
To oni wymyślili dla tego miejsca nazwę Oblicza. Zwane oficjalnie CR345, a w lokalnym dialekcie Tel Khat, miejsce owo okazało się skupiskiem glinianych domostw ukrytych w wadi, którego dno usiane było mnóstwem rzeźbionych w kamieniu głów. Niektóre z nich były wielkości czołgowych kół, inne dziecięcych piąstek. Nikt nie wiedział, kto wyrzeźbił te głowy, dlaczego uczynił to w tak kontrastującej między sobą skali i dlaczego kamienne głowy zostały porzucone na pastwę losu niczym jakieś odpady.
Nikt nie zaprzątał sobie tym głowy.
Największą uwagę skupiało na sobie wino przysłane w geście uznania przez samego Namatjirę oraz doskonała tabaka, pochodząca z tego samego źródła.
Żołnierze grali w kości i karty, ujeżdżali bydło, wygrzewali się w słońcu i pływali w niesamowicie błękitnych sadzawkach ukrytych w pobliskich pieczarach.
Dłoń Soneki szybko się goiła. Wojskowi lekarze zszyli ranę, umieściwszy wcześniej w ręce pacjenta sensory neuralne i mikrosiłowniki mające w przyszłości umożliwić podłączenie do ciała oficera cybernetycznej dłoni. Mężczyzna ćwiczył z kikutem każdego dnia, czując coraz wyraźniej istnienie palców, które dopiero miały mu zostać przywrócone.
Co rusz słychać było plotki, że Wojna o Nurth dobiegała końca i brygada gotowiła się już do transferu do następnej strefy działań. Soneka niezbyt w to wierzył. Dzielił swą kwaterę w Obliczach z Dimitarem Shibanem, urodzonym w Trinacrianie hetmanem, który został ranny tego samego tygodnia, co Peto. Tkanka na piersiach i karku Shibana była obrzmiała i zgrubiała od pozostałości po tkwiących w ciele szrapnelach. Podobnie jak Soneka, Shiban żywił głęboką nienawiść wobec powietrznego czarostwa Nurtheńczyków.
- Coś mi się niedawno przyśniło - powiedział pewnego dnia Dimitir, siedząc wraz z Soneką na zadaszonym tarasie - Przyśnił mi się wierszyk.
Obaj ledwie co wciągnęli w nozdrza tabakę schowaną w niewielkich złotych pudełeczkach noszonych na szyjach, a Peto rozlewał do metalowych kubków wino.
- Wiersz? - zdziwił się szczerze Soneka.
- Jak chcesz, mogę ci go powiedzieć.
- Zapamiętałeś wiersz ze snu?
- A ty nie pamiętasz swoich snów? - odpowiedział pytaniem Shiban.
Soneka zastanawiał się przez chwilę, potem uśmiechnął się potrząsając lekko głową.
- Nigdy - odparł.
- Ten akurat był dziwny - powiedział Dimitar.
- Wiersz? - upewnił się Soneka delektując się pitym małymi łykami winem.
- Tak, leciał tak... Od wiedźmy i głodnego goblina, co w strzępy rozedrą cię, i od ducha nagiego człowieka, Księgą Księżyca obroń się - Shiban roześmiał się dokończywszy podniosłą deklamację.
- Ja to znam - odezwał się nagle Soneka, spoglądając na towarzysza z ukosa.
- Znasz to? - zapytał z niedowierzaniem Shiban - Naprawdę?
- Moja matka śpiewała mi to, kiedy byłem małych chłopcem. Nazywała to Pieśnią Szaleńca. Były tam jeszcze inne zwrotki, których już nie pamiętam.
- Naprawdę? A o czym były?
- Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami hetman.
Wycofani z pierwszej linii, spędzili ostatnie dni lata w Obliczach, wysiadując w promieniach słońca i zabawiając się na różnorakie sposoby. Niektórzy z żołnierzy zaopatrzyli się w pomoc serwitorów i ruszyli na okoliczne pustynie w poszukiwaniu miejscowych drapieżników do odstrzału, inni osiodłali znalezione na miejscu bydło urządzając sobie regularnie szaleńcze wyścigi.
To oni wymyślili dla tego miejsca nazwę Oblicza. Zwane oficjalnie CR345, a w lokalnym dialekcie Tel Khat, miejsce owo okazało się skupiskiem glinianych domostw ukrytych w wadi, którego dno usiane było mnóstwem rzeźbionych w kamieniu głów. Niektóre z nich były wielkości czołgowych kół, inne dziecięcych piąstek. Nikt nie wiedział, kto wyrzeźbił te głowy, dlaczego uczynił to w tak kontrastującej między sobą skali i dlaczego kamienne głowy zostały porzucone na pastwę losu niczym jakieś odpady.
Nikt nie zaprzątał sobie tym głowy.
Największą uwagę skupiało na sobie wino przysłane w geście uznania przez samego Namatjirę oraz doskonała tabaka, pochodząca z tego samego źródła.
Żołnierze grali w kości i karty, ujeżdżali bydło, wygrzewali się w słońcu i pływali w niesamowicie błękitnych sadzawkach ukrytych w pobliskich pieczarach.
Dłoń Soneki szybko się goiła. Wojskowi lekarze zszyli ranę, umieściwszy wcześniej w ręce pacjenta sensory neuralne i mikrosiłowniki mające w przyszłości umożliwić podłączenie do ciała oficera cybernetycznej dłoni. Mężczyzna ćwiczył z kikutem każdego dnia, czując coraz wyraźniej istnienie palców, które dopiero miały mu zostać przywrócone.
Co rusz słychać było plotki, że Wojna o Nurth dobiegała końca i brygada gotowiła się już do transferu do następnej strefy działań. Soneka niezbyt w to wierzył. Dzielił swą kwaterę w Obliczach z Dimitarem Shibanem, urodzonym w Trinacrianie hetmanem, który został ranny tego samego tygodnia, co Peto. Tkanka na piersiach i karku Shibana była obrzmiała i zgrubiała od pozostałości po tkwiących w ciele szrapnelach. Podobnie jak Soneka, Shiban żywił głęboką nienawiść wobec powietrznego czarostwa Nurtheńczyków.
- Coś mi się niedawno przyśniło - powiedział pewnego dnia Dimitir, siedząc wraz z Soneką na zadaszonym tarasie - Przyśnił mi się wierszyk.
Obaj ledwie co wciągnęli w nozdrza tabakę schowaną w niewielkich złotych pudełeczkach noszonych na szyjach, a Peto rozlewał do metalowych kubków wino.
- Wiersz? - zdziwił się szczerze Soneka.
- Jak chcesz, mogę ci go powiedzieć.
- Zapamiętałeś wiersz ze snu?
- A ty nie pamiętasz swoich snów? - odpowiedział pytaniem Shiban.
Soneka zastanawiał się przez chwilę, potem uśmiechnął się potrząsając lekko głową.
- Nigdy - odparł.
- Ten akurat był dziwny - powiedział Dimitar.
- Wiersz? - upewnił się Soneka delektując się pitym małymi łykami winem.
- Tak, leciał tak... Od wiedźmy i głodnego goblina, co w strzępy rozedrą cię, i od ducha nagiego człowieka, Księgą Księżyca obroń się - Shiban roześmiał się dokończywszy podniosłą deklamację.
- Ja to znam - odezwał się nagle Soneka, spoglądając na towarzysza z ukosa.
- Znasz to? - zapytał z niedowierzaniem Shiban - Naprawdę?
- Moja matka śpiewała mi to, kiedy byłem małych chłopcem. Nazywała to Pieśnią Szaleńca. Były tam jeszcze inne zwrotki, których już nie pamiętam.
- Naprawdę? A o czym były?
- Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami hetman.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Kompania Shibana nosiła kodową nazwę Klaunów, a ich sztandar ozdobiony był emblematem wykrzywionej w skowycie białej czaszki. Shiban został raniony nurtheńską miną przeciwpiechotną podczas walk o wadi na wschód od Tel Utan i rana ta zmusiła go do pozostawienia Klaunów pod komendą najstarszego stażem bashawa, genożołnierza, którego Soneka szybko zapamiętał jako "Skurczybyka Strabo".
Dimitar zwykł się wypowiadać o swym zastępcy na sposoby takie jak "Mam nadzieję, że ten skurczybyk Strabo jakoś się trzyma" albo "Na kochaną Ziemię, żeby tylko ten skurczybyk Strabo mi nie pozabijał chłopaków".
- Za bardzo się martwisz, Dimi - powiedział Soneka.
- A ty byłbyś się cieszył, gdybyś musiał zostawić swoich ludzi w rękach bashawa?
Soneka w głębi ducha rozumiał rozterki Shibana. Ze względu na wyjątkowo wysokie straty wśród Tancerzy dowództwo przesunęło do Obliczy całą kompanię, rannych i zdrowych żołnierzy pospołu. Shiban dla odmiany trafił na północ z trzydziestką rannych Klaunów podczas, gdy reszta kompanii wciąż działała w strefie walki. Peto zastanawiał się wielokrotnie jak czułby się, gdyby musiał oddać komendę nad jednostką Lonowi. Co prawda pokładał wielką ufność w kompetencje Lona, Shaha i Attixa, wszystkich zresztą bashawów Tancerzy, ale z drugiej strony, rozumiał emocje drugiego hetmana.
Siedzieli na werandzie z wyciągniętymi przed siebie nogami, w słabnącym blasku późnego popołudnia. Toczyli między sobą grę na głowy, o własnoręcznie wymyślonych i wielokrotnie poprawianych zasadach.
Dimitar zwykł się wypowiadać o swym zastępcy na sposoby takie jak "Mam nadzieję, że ten skurczybyk Strabo jakoś się trzyma" albo "Na kochaną Ziemię, żeby tylko ten skurczybyk Strabo mi nie pozabijał chłopaków".
- Za bardzo się martwisz, Dimi - powiedział Soneka.
- A ty byłbyś się cieszył, gdybyś musiał zostawić swoich ludzi w rękach bashawa?
Soneka w głębi ducha rozumiał rozterki Shibana. Ze względu na wyjątkowo wysokie straty wśród Tancerzy dowództwo przesunęło do Obliczy całą kompanię, rannych i zdrowych żołnierzy pospołu. Shiban dla odmiany trafił na północ z trzydziestką rannych Klaunów podczas, gdy reszta kompanii wciąż działała w strefie walki. Peto zastanawiał się wielokrotnie jak czułby się, gdyby musiał oddać komendę nad jednostką Lonowi. Co prawda pokładał wielką ufność w kompetencje Lona, Shaha i Attixa, wszystkich zresztą bashawów Tancerzy, ale z drugiej strony, rozumiał emocje drugiego hetmana.
Siedzieli na werandzie z wyciągniętymi przed siebie nogami, w słabnącym blasku późnego popołudnia. Toczyli między sobą grę na głowy, o własnoręcznie wymyślonych i wielokrotnie poprawianych zasadach.