Czterdziestkowe opowieści

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 27 listopada 2012, 20:59

Motory antygrawitacyjne są, przynajmniej w użytku wśród Word Bearers. Obejrzałem fotki na stronie Forgeworld, naprawdę ładne i mają mocny klimat (nie tylko jetbike, również inne modele).

Obrazek

Co do innych sprzętów, w tekstach przewijają się głównie nieznane dotąd typy kanonierek i orbitali (Thunderhawki to nowość, królują Stormbirdy) czy myśliwców przestrzeni kosmicznej (np. Wrath, wyparty później z użytku przez Furie).

Skończyłem właśnie czytać "First Heretic" - bite 500 stron opowieści o upadku Lorgara i jego Głosicieli Słowa, według mnie wciągającej i przesyconej trzydziestkowym klimatem. Jest zatarg z Ultramarines, wizyta na preimperialnej Cadii, wyprawa do Oka Grozy, wycinek rzezi na Isstvanie V oraz (w retrospekcji) porwanie kapsuł z Primarchami-niemowlętami. Przy okazji wyjaśniło się kilka wątków, które wcześniej poznałem w "Know no Fear" (czytając cykl nie po kolei). Teraz zgłębiam "The Outcast Dead", gdzie akcja rozgrywa się w mieście astropatów przylegającym do Pałacu Imperatora. Ciekawy wątek w tle - pacyfikacja Astartes rezydujących w Pałacu w roli ambasadorów swych Legionów (notabene zbuntowanych Legionów). Konfrontacja w układzie trzydziestu przeciwko trzem tysiącom...

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 30 listopada 2012, 21:43

[center]
LEGION (Dan Abnett)
[/center]

Tel Utan, Nurth, dwa lata przed wybuchem Herezji

Nurtheńczyk wymamrotał przed śmiercią zwyczajowy stek bzdur. Celował w swych nieprzyjaciół ubrudzonymi ziemią palcami, rzucając klątwy na ich rodziny i potomków, szczególnie obelżywie lżąc pozostawione daleko dzieci. Żołnierze szybko uczyli się jak puszczać podobne wyzwiska koło uszu, ale było coś takiego w przekleństwach Nurtheńczyków, co niezmiennie przyprawiało Sonekę o gęsią skórkę.

Nurtheńczyk leżał na plecach na zboczu usypanym z czerwonego piasku, ciśnięty tam falą uderzeniową wybuchu. Jego uszyte z różowego jedwabiu szaty kleiły się w miejscach, gdzie przesiąknięty krwią materiał schnął szybko w promieniach popołudniowego słońca. Jego posrebrzany napierśnik, pokryty kunsztownymi grawerunkami w postaci stylizowanych pnączy i splecionych ze sobą krokodyli, błyszczał niczym lustro. Nogi człowieka wygięte były pod nienaturalnym kątem, w pozycji jawnie dowodzącej złamanej dolnej części kręgosłupa.

Soneka wspiął się w górę suchego wadi zamierzając przyjrzeć się konającemu wrogowi. Ciemniejące, ale wciąż niebieskie przestworza ścinały się z ziemią na czerwonym horyzoncie, promienie zachodzącego słońca oblewały sterczące z piasku bryły skał i głazy ciepłą pomarańczową poświatą.

Soneka nosił przeciwsłoneczne okulary, ale zdjął je z nosa, by Nurtheńczyk mógł widzieć jego oczy. Uklęknął obok wroga, a noszone na szyi żołnierza niewielkie złote pudełko zadyndało w powietrzu nad twarzą Nurtheńczyka.

- Dość już tych klątw, dobrze? - zaproponował.

Pozostali żołnierze rozsypali się po zboczu wadi, z bronią w czujnych rękach, z wzrokiem myszkującym ustawicznie po okolicy. Pustynny wiatr poruszał ich długimi płaszczami, wprawiał je w ustawiczny taniec. Lon, jeden z bashawów Soneki, zniszczył już falcjon konającego nieprzyjaciela za pomocą likwinitu i cisnął złamane ostrze na dno wadi.

Soneka wciąż wyczuwał unoszący się w ciepłym powietrzu charakterystyczny odór likwinitu.

- To już koniec? - powiedział do umierającego człowieka - Porozmawiasz ze mną?

Przekręcając głowę w stronę najeźdźcy, z twarzą oblepioną ziarnkami czerwonego piasku, Nurtheńczyk wymamrotał coś ledwie słyszalnie. Krwiste bańki powietrza pękały co chwila w kącikach jego ust.

- Ilu was było? - zapytał Soneka - Ilu się jeszcze ukrywa w tej dziurze?

- Ty... - zaczął Nurtheńczyk.

- Tak?

- Ty... pieprzyłeś się z własną matką.

Stojący u boku Soneki Lon podniósł szybkim ruchem swój karabinek.

- Daj spokój - powiedział Soneka - Słyszałem gorsze rzeczy.

- Ale twoja matka to piękna kobieta - burknął Lon.

- Ty też chciałbyś się za nią wziąć? - zapytał Soneka budząc wybuch wesołości u części żołnierzy. Lon potrząsnął głową, opuścił ku ziemi lufę karabinka.

- Ostatnia szansa - powiedział do umierającego człowieka Peto Soneka - Ilu was było?

- A ilu was jeszcze zostało? - odpowiedział pytaniem Nurtheńczyk, suchym chrapliwym szeptem. Mówił z bardzo silnym akcentem, ale nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że jego mowa wywodziła się z tego samego źródła, co język imperialny - Ilu was tam jeszcze jest? Przybyliście całymi hordami z gwiazd, ale niczego nie osiągnęliście.

- Niczego?

- Dowiedliście jedynie istnienia prawdziwego zła.

- Tylko tyle jesteśmy dla was warci? - zapytał Soneka.

Nurtheńczyk spoglądał na niego zeszklonymi oczami, przywodzącymi na myśl widok przestworzy o brzasku. Zacharczał, a z jego ust trysnęła obfita struga krwi.

- Umarł - zauważył Lon.

- Trafna diagnoza - prychnął Soneka prostując swe plecy i oglądając się w tył na swych ludzi. Na dnie wadi dwa pojazdu Nurtheńczyków dopalały się szybko zasnuwając powietrze gęstymi kłębami dymu. Gdzieś w oddali, w głębi wadi rozległy się stłumione trzaski wystrzałów z laserów.

- Chodźmy potańczyć - powiedział Soneka.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 30 listopada 2012, 22:32

Stając na krawędzi wadi i spoglądając na zachód można było dostrzec zarys samego Tel Utanu - skupiska terakotowych bloków i murów pokrywających podłużne wzgórze w kształcie liścia wznoszące się ku niebo dziesięć kilometrów dalej. Dzieląca miasto od obserwatora przestrzeń była plątaniną rozpadlin i skalnych bloków oraz koryt wyschniętych rzek i w coraz słabszym świetle kończącego się dnia wąwozy te wypełniały się mrokiem tak gęstym jak atrament.

Patrząc na odległe miasto Soneka czuł podobną czerń w swoim sercu. Tel Utan okazało się dla żołnierzy orzechem nie do zgryzienia. Przez osiem ostatnich miesięcy opierało się wszelkim atakom dzięki kombinacji sprzyjającego obrońcom terenu, umiejętnej taktyki, stoicyzmu tubylców i ogromnej dozy zwyczajnego szczęścia.

Pięćdziesiąta Druga Geno-brygada Chiliadu była jedną z najstarszych jednostek Imperialnej Armii. Elitarny związek bojowy złożony z tysiąca kompanii sięgał swą przeszłością czasów Wojen Unifikacyjnych; należał do sławnej Starej Setki, regimentów wojskowych wywodzących się z czasów konfliktów terrańskich, które Imperator w swej niezgłębionej mądrości pozostawił po Unifikacji w stanie służby doceniając lojalność i męstwo służących w nich żołnierzy. Tysiące innych jednostek zostały w tym samym czasie zmuszone do demobilizacji bądź nawet poddane masowym czystkom w odpowiedzi na niechęć do zaakceptowania zasad nowego porządku świata.

Peto Soneka urodził się w Feodosii i w latach swej młodości służył w tamtejszej armii, ale zawzięcie zabiegał o przeniesienie do Pięćdziesiątej Drugiej Brygady, kiedy tylko nadarzyła się ku temu stosowna okazja, zafascynowany w pełni zasłużoną reputacją jednostki. Walczył w szeregach brygady od dwudziestu trzech lat zdobywając rangę hetmana - i nie przypominał sobie, by w tym czasie jego żołnierze natrafili na przeciwnika, którego nie byliby w stanie złamać.

Rzecz jasna zwycięstwo nie zawsze przychodziło z łatwością. Przywołując najbardziej wryte w pamięć wspomnienia, Soneka mógłby opowiedzieć o Foechionie, gdzie jego genetycznie modyfikowani żołnierze przez sześć tygodni zmagali się w polarnych ciemnościach z zielonoskórymi albo Zantium, gdzie Dragonoidzi omal nie pokonali ich w wojnach podjazdowych i ustawicznych zasadzkach.

Lecz Nurth, Tel Utan w szczególności, okazał się największym wyzwaniem w historii brygady. Plotki sugerowały, że marszałek zaczynał się niecierpliwić, a nikt zdrowy na umyśle nie kręciłby się dobrowolnie w pobliżu Namatjiry wiedząc, że jego cierpliwość właśnie się kończy.

Soneka założył z powrotem przeciwsłoneczne okulary. Był szczupłym mężczyzną w wieku czterdziestu dwóch lat, chociaż mógł bez większego trudu uchodzić za dwudziestopięciolatka. Regularne rysy twarzy, wysoko zarysowane kości policzkowe i twarde linie szczęki, wysunięty podbródek i lśniące pod wydatnymi wargami nieskazitelne zęby niezmiennie zwracały na niego uwagę kobiet. Podobnie jak pozostali członkowie imperialnej ekspedycji, zdążył się opalić w nurtheńskim słońcu na ciemny brąz. Kiedy machnął ręką, jego bashawowie sprowadzili żołnierzy na dno wadi, ruszając szeroką piaszczystą rozpadliną w forpoczcie pancernego wsparcia. Kołyszące się na gąsienicach czołgi wyrzucały w powietrze chmury czerwonawego piasku, mieląc swym ciężarem kawałki skał. Centaur Soneki czekał na powrót dowódcy, ale hetman machnął przecząco ręką w stronę kierowcy transportera.

Zamierzał skorzystać z własnych nóg.

W myślach oszacował, że zostało mu jakieś pół godziny słonecznego światła. Noc - lekcja wyryta boleśnie w świadomości imperialistów - należała do rdzennych mieszkańców Nurthu. Soneka miał nadzieję, że zdąży do zmierzchu dotrzeć na wysokość wysuniętego punktu kontrolnego CR23. Ostatnie starcie z Nurtheńczykami znacząco opóźniło postęp natarcia, budząc w myślach hetmana skojarzenia z mozolnym wyciąganiem spod skóry kolejnych drzazg.

Przemieszczający się w coraz głębszym półmroku żołnierze Soneki budzili w sercu hetmana uczucie uzasadnionej dumy. Ich uniformy były ciasno dopasowanymi do ciał skórzanymi kombinezonami pokrytymi elementami osobistych pancerzy, z narzuconymi na barki długimi płaszczami z żółtego merkadaksu, terrańskiego syntetycznego jedwabiu o znacznie wyższej odporności na uszkodzenia od materiału służącego do wyrobu nurtheńskich mundurów. Skórzane kombinezony opięte były uprzężami i pasami, a ich kaptury wykończone były pasami sztucznego futra i ozdobione kompanijnymi emblematami. Mężczyźni nieśli przy sobie lekkie plecaki, rezerwowe akumulatory i długie bagnety, podwójny zapas butelkowanej wody szczękający w ustawicznym kontakcie z zawieszonymi na uprzężach pojemnikami likwinitu. Większość posiadała laserowe karabinki i konwencjonalne granatniki przeciwpancerne, ale niektórzy nieśli miotacze płomieni i ciężką broń maszynową.

Wszyscy byli ogromnymi ludźmi, tworzonymi drogą sztucznego zapłodnienia i modyfikowanymi genetycznie w celu uzyskania jak największej masy mięśniowej, przez co w porównaniu z nimi Soneka sprawiał wrażenie zdecydowanie niskiego i wątłego. Nosili na głowach hełmy zwieńczone szpikulcami, z wypolerowanej stali i często wyposażone w podwieszone do nich obszerne chusty. Ich przeciwsłoneczne okulary miały kształt klasycznych gogli: pękatych hemisfer z pomarańczowego metalu o czarnych wizjerach.

Kompania Soneki nosiła nazwę Tancerzy, nadaną jej blisko osiemset lat wcześniej. Chociaż żaden z Tancerzy jeszcze tego nie wiedział w ostatnich minutach kończącego się dnia, lada chwila ta właśnie kompania miała zebrać najbardziej bolesne cięgi w całej historii brygady.